Misja niedokończona

Misja niedokończona

Wspomnienie o Aleksandrze Targowskiej (1965-2008)
Mogła zrobić karierę, osiągnąć sukces, ale to jej nie interesowało. Chciała tylko ludzi leczyć. Całe swoje życie poświęciła pacjentom, dla każdego znalazła tyle czasu, ile było trzeba. I wszystkich traktowała jak swoich przyjaciół. Trudno uwierzyć, że zmarła po chorobie, z której wyleczyła dziesiątki, jeśli nie setki ludzi.

- Odszedł naprawdę wielki człowiek - mówią o Aleksandrze Targowskiej jej przyjaciele ze szpitala Izer-Med w Szklarskiej Porębie, gdzie ostatnio pracowała. Kochali ją, choć znali od niedawna. Pod Szrenicę przyjechała dwa lata temu. Przeczytała ogłoszenie, że na oddziale chemioterapii szukają onkologa. Zgłosiła się i... - Pasowała do nas. Po miesiącu pracy czuliśmy wszyscy, jakbyśmy znali się z Olą od wielu lat - opowiada Małgorzata Wróbel, pielęgniarka oddziałowa na oddziale chemioterapii. - Była żywa, zawsze uśmiechnięta. Dla niej liczył się tylko człowiek.

Małgorzata Wróbel przypomina sobie, jak pod jej gabinetem ustawiały się kolejki. - Często zostawała po godzinach, bo chciała przyjąć wszystkich - mówi.
Wizyta u doktor Targowskiej nie wyglądała jak u przeciętnego lekarza. To było coś więcej. Człowiek przyszedł, usiadł. - Jak minął tydzień? - spytała. I nie było to tylko pytanie grzecznościowe. Słuchała odpowiedzi, zadawała pytania. Widać było, że ją to interesuje. I tak łagodnie przechodziła do rozmowy o chorobie. Spostrzeżenia pacjentów skrupulatnie notowała. Ani przez moment nie dało się odczuć, że się śpieszy. Tego nauczyła ją pewna historia z życia. Opowiadała, jak przed laty - pracując w pogotowiu ratunkowym w Szczekocinach (miasto w woj. śląskim) - pojechała do pacjenta z bólami w klatce piersiowej. Wyglądał dobrze, a że otrzymała drugie zgłoszenie, zostawiła go i pojechała dalej. Dwa dni później spotkała tego pacjenta ze swoim synem, przed gabinetem lekarskim. Okazało się, że miał zawał. - Mogłam mu wtedy pomóc, gdybym tylko poświęciła mu więcej czasu - nie mogła sobie wybaczyć.

W pogotowiu w Szczekocinach pracowała do 2005 roku. Równocześnie była onkologiem w Wojewódzkim Szpitalu specjalistycznym w Częstochowie (1993-2005), nieopodal swojego rodzinnego Myszkowa. Później wyjechała do Szwecji, gdzie przez pół roku pracowała jako onkolog. - ^le się tam czuła - opowiada Małgorzata Wróbel. - Mówiła, że ludzie tacy chłodni, zasadniczy. O byle co donoszą na siebie. Nie ma tej więzi, co w Polsce. Dlatego wróciła.

Od samego początku, jak tylko została lekarzem, chciała leczyć ludzi chorych na raka. To było całe jej życie. No i podróże, które kochała. Doktor Targowska była m.in. w Holandii, w USA, w Kenii, w Meksyku. W tym roku urlop spędziła na wymarzonym wyjeździe w Indiach. Mówiła, że jedzie tam nabrać pokory do życia. - Kto nie był w Indiach, nie wie nic o życiu - powtarzała. Po powrocie za to opowiadała, że są tam ludzie bogaci, ale też mnóstwo żyje w nędzy, że dzieci są zmuszane do żebrania. Planowała też misje charytatywne. Chciała wyjechać do Afryki. Za zakwaterowanie i wyżywienie miała leczyć ludzi. Tego marzenia nie zdążyła zrealizować.

W podróże jeździła przede wszystkim z koleżankami. To dlatego, że sama nie założyła rodziny. Nie wiadomo dlaczego, bo nigdy o tym nie wspominała. Może po prostu tak bardzo poświęciła się pracy zawodowej, że nie miała na to czasu. Kochała zwierzęta, miała pięknego psa husky. Lubiła też fotografować zwierzęta.

Jak mówią jej przyjaciele, bez problemów mogła zrobić karierę zawodową. Znała biegle sześć języków. Dyplom lekarza zdobyła w Czechach na Uniwersytecie Karola w Pradze. Zrobiła też kilka innych studiów podyplomowych na renomowanych polskich uczelniach. Była onkologiem, specjalistą chemioterapii i radioterapii. Sięgnęła też po medycynę niekonwencjonalną. Ukończyła m.in. kurs terapeutycznych metod homeopatii na Akademii Medycznej w Katowicach. Na samej sobie stosowała techniki zaczerpnięte z klasztoru Shaolin. Sięgnęła m.in. po akupunkturę. - Bardzo dobrze się czułam po takim zabiegu - opowiadała.

Wszystko to pomagało jej w leczeniu pacjentów. Nawet wiara, bo była osobą mocno wierzącą. Jej życiowym autorytetem był Jan Paweł II i Matka Boska. Kiedyś trafiła do niej pacjentka z zaawansowanym nowotworem, z wieloma przerzutami. W zasadzie bez szans na przeżycie. Nie pomagała chemioterapia, choć program leczenia zmieniano kilkakrotnie. Doktor Targowska nie przerwała leczenia, ale kazała jej się też... modlić i wierzyć. W końcu chemia zaczęła pomagać - pacjentka żyje do dziś!

Jak to się stało, że doktor Targowska odeszła tak nagle? Jej przyjaciele podkreślają, że zmarła niepotrzebnie, za szybko. No i nie dała sobie pomóc. Leczyła innych, a nie miała czasu zadbać o swoje zdrowie. Po powrocie z Indii czuła się coraz gorzej, ale nadal leczyła. Nawet w dniu, w którym przełamała się i zgłosiła się do jeleniogórskiego szpitala, wcześniej sama przyszła do pracy i przyjmowała pacjentów. Ale była już mocno chora. Zaciskała zęby z bólu, ale przebadała kilka osób. Jak zwykle z uśmiechem pytając: co słychać? Taka właśnie była Aleksandra Targowska.

Po jej śmierci płakali pacjenci, płakali też pracownicy szpitala: od konserwatora, salowej, pielęgniarki. - Będzie nam jej bardzo brakowało - mówi Małgorzata Wróbel.
Mnie też.
Robert Zapora

Ostatnia podróż
Fragment maila przyjaciółki Oli Barbary Gabryś do oddziałowej oddz. chemioterapii w Szklarskiej Porębie: „Z rozmów z Olą, dla której priorytetem był zawsze Człowiek, wiem, że to dzięki tym wartościom, które odnalazła w Was, czuła się u Was tak dobrze jak nigdzie dotąd. To u Was znalazła port, z którego udała się, tak - jak to powiedział nasz Proboszcz w homilii - w najpiękniejszą podróż swojego życia”.
 

Misja niedokończona

Komentarze (0)

Napisz komentarz

WERYFIKACJA
Poniższe zadanie ma na celu stwierdzenie, czy jesteś człowiekiem, a tym samym przeciwdziałanie spamowi.