Pisanie wspomnienia o przyjacielu nie jest łatwe. Zwłaszcza gdy odszedł tak nagle, pokonany przez koronawirusa. Gdy w pamięci wciąż żywe są rozmowy z Nim o przetrwaniu w lockdownie Zdrojowego Teatru Animacji w Jeleniej Górze, którego był dyrektorem. Gdy świeże są echa wieczorów pełnych anegdot, wspólnego grillowania, spływów Bobrem. Bliscy, aktorzy, znajomi mieli łzy w oczach, gdy opowiadali o Nim. Wysłuchałam ich ze ściśniętym gardłem…

– Przyjechał z Wrocławia szczuplutki chłopczyk w okularach – Małgorzata Lisowicz, aktorka Zdrojowego Teatru Animacji, dobrze pamięta pierwsze spotkanie z Bogdanem Nauką w 1994 roku. Miał za sobą studia na Wydziale Filologii Polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, pracę jako kierownik literacki i asystent reżysera we Wrocławskim Teatrze Lalek (latach 1982–1993). Wykładał na wrocławskim wydziale Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Przyjechał w nieznane. Obce miasto, zespół, teatr bez własnej sceny. – Nic o Nim nie wiedzieliśmy, ale daliśmy Dyrektorowi kredyt zaufania – przypomina aktorka. Nie wszyscy. Niektórzy z zespołu odeszli. Ci, co zostali, razem z Bogdanem Nauką wyruszyli w wielki świat. Dosłownie i w przenośni. – Zaczęliśmy jeździć na festiwale, zdobywaliśmy na nich nagrody – opowiada pani Małgorzata. Dyrektor dał im nową energię.

Był niezwykle pracowity i sumienny. – Bardzo o nas dbał. Poczuliśmy od razu, że mamy w nim oparcie. Cokolwiek się stanie, On będzie z nami – wspomina aktorka. Jako przykład zaufania, jakim aktorzy darzyli Dyrektora, pani Małgorzata podaje wyjazd na jeden z festiwali. – Leciałam pierwszy raz samolotem. Należało w deklaracji wpisać osobę, którą należy powiadomić w razie wypadku. Kogo wpisałam? Dyrektora. Choć On z nami przecież leciał. Przyszedł mi od razu do głowy, bo wiedziałam, że można na Niego liczyć, że poradzi sobie w każdej sytuacji. Potem okazało się, że podobnie wpisała jedna z koleżanek. Bo wiedziała, że Dyrektor nie zawiedzie – wspomina pani Małgorzata. – Przejmował się naszymi kłopotami, troszczył o zdrowie naszych bliskich. Gdy wiedział, że może pomóc, łapał od razu za telefon. Był dla nas zawsze Szefem, naszym Dyrektorem. Nigdy o Nim nie mówiliśmy inaczej. Darzyliśmy go dużym szacunkiem – podkreśla aktorka.

Bogdan Nauka troszczył się o swój zespół. Po premierach dziękował twórcom, ale także oświetleniowcom, akustykowi, inspicjentowi, paniom z pracowni, ochronie. Zapraszał do realizacji młodych reżyserów, scenografów, muzyków. Przeżywał ich przedstawienia, jak swoje. Cieszył się z ich sukcesów. Ostatnio, po zdobyciu Srebrnego Kluczyka w plebiscycie Nowin Jeleniogórskich za najlepszy spektakl teatralny scen jeleniogórskich przez Punch Mamę, czyli Laurę Słabińską – za reżyserię spektaklu „Kto się boi Pani Eś”. Był w październiku ubiegłego roku na uroczystości wręczenia nagród w Jeleniogórskim Centrum Kultury. Potem zachorował na koronawirusa. Zmarł w jeleniogórskim szpitalu 20 listopada.

– Ciągle mam wrażenie, że przyjdziemy do teatru po tym covidowym zamknięciu i On tam będzie na nas czekał – mówi Małgorzata Lisowicz. Jest jedną z najstarszych aktorek. Razem z Bogdanem Nauką przeżyła 26 lat jego dyrektorowania w ZTA.

Diana Jonkisz, reprezentująca młodsze pokolenia aktorów Zdrojowego Teatru Animacji, nie ukrywa, że bardzo przeżyła śmierć Dyrektora. Poznali się w 2010 roku, gdy jako studentka szkoły teatralnej była na praktykach w ZTA. – Trafiłam pod skrzydła ciepłego, dobrego człowieka – opowiada ze wzruszeniem. Inspirował ją, dbał, by rozwijała się artystycznie. – Gdy potem studiowałam scenografię w Krakowie, dostosował grafik, by spektakle nie kolidowały z moimi zajęciami – opowiada Diana. Był dla niej Nauczycielem. Wiedziała, że może liczyć na Jego wsparcie w każdym momencie. Do historii teatru przeszło powiedzenie Dyrektora: „Ambasada radziecka bierze to na siebie”- tak mówił, gdy dochodziło do jakiejś wpadki. – Jako reżyser wsłuchiwał się w nasze sugestie, spektakl rodził się we wspólnych dyskusjach – podkreślają Małgorzata Lisowicz i Diana Jonkisz.

Bogdan Nauka za swoje spektakle zdobył wiele nagród. Był między innymi laureatem III nagrody w plebiscycie publiczności dla spektaklu „Kopciuszek” ze Śląskiego Teatru Lalki i Aktora Ateneum z Katowic. Dostał Złotą Maskę w kategorii: najlepsze przedstawienie w teatrze lalkowym, dla spektaklu „Niewielki, niemały król” z Teatru Lalek „Arlekin” w Łodzi. Miał wizję swojego teatru. Podstawą byli lalkarze, ludzie, którzy w teatrze animacji nie zjawili się przez przypadek. Ważni byli mali widzowie, ale chciał pokazać także dorosłym, że przedstawienie w teatrze animacji może być przejmujące i ciekawe. Nie bał się eksperymentować. Wystawiony wspólnie przez ZTA i zespół Gerhart Hauptmann Theater w Görlitz spektakl „Haghazussa. Magia bez granic tańca i lalek” połączył taniec z teatrem lalkowym, dając widzom i aktorom niezapomniane wrażenia.

– Przeprowadzkę z Wrocławia do Jeleniej Góry potraktował jako szansę dla siebie i naszej rodziny – Małgorzata Nauka opowiada o czasach sprzed 26 lat. Dla jej męża to była zawodowa trampolina. Wiedział, że mało który młody reżyser dostaje możliwość kierowania teatrem. Nie zmarnował propozycji. – Zyskała też nasza rodzina. Wiedzieliśmy, że z małymi córkami – Anią i Zosią – będziemy mogli żyć w Jeleniej Górze spokojniej i pełniej niż w zaganianym Wrocławiu – przypomina Małgosia.

Tak więc, gdy w październiku 1993 roku ówczesny dyrektor Wydziału Kultury Urzędu Wojewódzkiego w Jeleniej Górze, Kazimierz Raksa zaproponował jej mężowi objęcie dyrekcji Państwowego Teatru Animacji w Jeleniej Górze, nie zastanawiali się długo. Bogdan Nauka przejął teatr, który nie miał własnej sceny, a ta tymczasowa przy ul. Wolności ledwo przechodziła weryfikację u strażaków. Gdy w końcu strażacy ją zamknęli, aktorzy tułali się ze swoim Dyrektorem po różnych miejscach, wciąż mając nadzieję, że w końcu gdzieś będą grać na stałe. Te warunki mogły załamać innych, ale nie Jego. – Od razu zaczęliśmy mocno pracować, wyjeżdżać na festiwale do Europy, do Izraela. Tworzyć pod okiem uznanych artystów – opowiada o początkach Małgorzata Lisowicz.

Dał aktorom inną jakość, uwierzyli w siebie. Razem przeżyli trudny czas, gdy samorząd jeleniogórski zdecydował o połączeniu scen – Teatru im. Cypriana Kamila Norwida i Teatru Lalek. – W tym okresie najlepiej było widać Jego usilną pracę nad integracją obu instytucji – dobrze to pamięta Jerzy Łużniak, prezydent Jeleniej Góry. I dodaje, że tylko Bogdan Nauka mógł sobie poradzić z kolejnym zadaniem – odbudową budynku, który miasto przejęło od uzdrowiska w Cieplicach. Ruina dawnego teatru uzdrowiskowego, odnowiona za pieniądze zdobyte przez ZTA z Funduszy Norweskich, dziś jest wizytówką miasta. Do Zdrojowego Teatru Animacji nie wstyd zaprosić światowe gwiazdy, naukowców, parlamentarzystów. Jeleniogórzanie pokazują teatr swoim gościom, dumni z tak pięknego obiektu. Dyrektor Nauka osobiście doglądał remontu. Przeszukiwał katalogi w poszukiwaniu odpowiednich foteli, sprzętu, oświetlenia. Kupował rzeczy z najwyższej półki, by przetrwały lata. – Potrafił i chciał dogadywać się ze wszystkimi, nawet najtrudniejszymi partnerami. Rozumiał trudności każdego i każdemu chciał pomóc, nawet kosztem własnego spokoju –Jerzy Łużniak podkreśla, jak ważna była rola Dyrektora podczas tych przedsięwzięć. Odbudowując teatr, nie zapomniał przy tym o znakomitym artyście, który w nim tworzył. Zadbał, by jedna z alei w parku Zdrojowym nosiła imię Andrzeja Dziedziula, współtwórcy słynnej Małej Sceny dla Dorosłych Wrocławskiego Teatru Lalek i twórcy wybitnych autorskich monodramów.

Rodzina Nauków na początku zamieszkała w Jeleniej Górze w małym mieszkaniu na Placu Ratuszowym. Tu rodziły się plany nowych spektakli, nawiązywania współpracy z innymi teatrami, wyjazdów. – Bogdan był zafascynowany Jelenią Górą, przeszłością miasta, jego mieszkańcami – opowiada żona Małgorzata. Ciągle coś czytał i znajdował ciekawe historie oraz bohaterów związanych z Kotliną Jeleniogórską. Powstawały z tego spektakle lub piosenki, jak ta o rycerzu z Siedlęcina, spektakl oparty na legendach karkonoskich, albo przedstawienie „Zaślubiny Rzepióra”. Mało który region miał tak oddanego twórcę, łączącego przeszłość z teraźniejszością. Nie były to tylko spektakle. Mieszkańcy Cieplic i turyści wspominają efektowne wjazdy królowej Marysieńki do Cieplic, wymyślone przez Bogdana Naukę. Historyczna parada, w której udział brali aktorzy, przedszkolaki i turyści, łączyła pokolenia. Podobnie jak koncerty w muszli w Parku Zdrojowym w Cieplicach czy słynne sylwestry w Zdrojowym Teatrze Animacji. Bogdan Nauka, kochając tradycję, wciąż poszukiwał nowych rozwiązań, nowych atrakcji, by prowadzony przezeń Teatr był ludziom potrzebny w wielu życiowych okolicznościach” – pisał we wspomnieniu o Dyrektorze Jerzy Łużniak. Posłanka Zofia Czernow podkreśla, że nie opuściła ani jednej premiery w ZTA, podobnie jak Marcin Zawiła, były prezydent miasta, obecnie dyrektor Książnicy Karkonoskiej. Przychodzili do teatru ze swoimi dziećmi, a potem z wnukami. Takich wiernych widzów teatr miał tysiące. Dyrektor Nauka witał ich w progu, a po przedstawieniu wypytywał dzieci o wrażenia.

– Tato większość swojego życia poświęcił teatrowi, którym kierował. Praca zarówno dyrektora teatru, jak i reżysera spektakli była dla niego niezwykle ważna i oddawał się jej bez reszty, poświęcając cały swój czas i energię – wspominały Ania i Zosia, córki Bogdana. Starsi aktorzy pamiętają małe dziewczynki, które bawiły się na scenie, bywały na próbach. Zofia, już jako dorosła, zajmowała się potem się multimedialną stroną przedstawień.

Ojcem był wspaniałym. Takim do pozazdroszczenia. Opiekuńczym, wspierającym, ale także dającym wolność, prawo do popełniania błędów. Nauczył je, że warto walczyć o marzenia, nie bać się wyzwań. Był dumny ze swoich dziewczyn – Ani, która ukończyła psychologię i pracuje w Dublinie, a także Zosi, doktorantki na Uniwersytecie Wrocławskim. Mogły na niego liczyć. Jechał na przykład kilkadziesiąt kilometrów, by odebrać je o trzeciej rano z imprezy. Gdy trzeba było, zakasał rękawy i remontował łazienkę w mieszkaniu jednej z nich. Stawiał się na każde wezwanie.

Piękne relacje miał Bogdan z żoną Małgosią. Szacunek, przywiązanie, miłość. Drobne gesty, spojrzenia, codzienna troska. Już po kilku chwilach obcowania z nimi czuło się, że łączy ich prawdziwe, głębokie uczucie. Stworzyli razem ciepły, gościnny dom w Tarczynie, małej wiosce koło Wlenia.

– Nasz przyjazd tutaj to gotowa anegdota – wspomina Małgorzata. 45-letni Bogdan trafił do lekarza z niezbyt groźną przypadłością. Ten spojrzał na niego i zawyrokował: „Długo pan nie pożyje”. Wyliczał powody: kierat pracy, do tego papierosy i niezdrowe odżywianie. Jako receptę przepisał ruch na świeżym powietrzu. – Najlepiej kup pan ziemię, koś, siej, uprawiaj – zaordynował doktor. Naukowie wzięli sobie zalecenia do serca. Szukali miejsca na dom letniskowy. Gdy już stracili nadzieję, że coś znajdą, znajomy zawiózł ich do Tarczyna. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Ten wjazd na górę z widokiem na całe Karkonosze, okazała lipa i pod nią niewielki domek. – Bogdan znalazł swoje miejsce na ziemi – opowiada Małgosia. Zajmował się ogrodem, majsterkował, ciągle coś ulepszał. Nie lubił siedzieć bezczynnie. Domowe zajęcia relaksowały Go. Bliscy wiedzieli, że z Tarczyna trudno wyciągnąć Go w daleki świat. Po co Włochy, Hiszpania, Chorwacja? Tu, na Jego wsi, było Mu najlepiej. Sukcesem było więc wysłanie Małgosi i Bogdana do Rzymu, na 25. rocznicę ślubu. Bilety zostały kupione w tajemnicy. Hotel zarezerwowany. Nie miał wyjścia. Musiał jechać. Choćby dla włoskich lodów, bo słodycze lubił ogromnie. Historia rodzinna nie wspomina, czy z podróży przywiózł pluszowego misia. Bo nie potrafił przejść obojętnie obok nich. W Jego gabinecie w teatrze są misie z całego świata. Z drewna, gliny, słomy, wełny. W kaskach, czapkach, pilotkach. Każdy nowy misiek był witany serdecznie. Ostatni prezent to misiek z NASA, którego dostał od Zosi po jej pobycie w USA.

Córki wspominają: Jego wielką pasja była hodowla róż i pomidorów. Marzył, że po przejściu na emeryturę zajmuje się pszczelarstwem. Każde przygarnięte przez nas zwierzę (a była ich spora gromada na przestrzeni lat) obdarzał czułością i miłością. Uwielbiał zwłaszcza koty, a one kochały Jego. Czesiek, rudy kot, który śpi na krześle z napisem: „Reżyser”, nie odstępował Bogdana. Podobnie kocia staruszka Bronia. Opiekował się dwoma pozostałymi kotami i dwoma psami.

Pracował niestrudzenie, do ostatnich chwil. Jeszcze w październiku zastanawiał się nad scenariuszem widowiska sylwestrowego, które chciał wystawić w ZTA. Nawet gdy był już w szpitalu, rozmawiał o sprawach teatralnych. Dopytywał, czy przeszedł w ministerstwie wniosek o dofinansowanie, czy z Urzędu Marszałkowskiego jest odpowiedź na prośbę o wsparcie. Snuł plany obchodów 45-lecia działalności Zdrojowego Teatru Animacji, a w teatrze myśleli, jak najlepiej uczcić 40-lecie pracy artystycznej Dyrektora. Koronawirus sprawił, że zamiast laurek, szampana i radości były smutne słowa pożegnania: – Żegnaj nasz Dyrektorze. Do zobaczenia Mistrzu. Widać w niebie potrzebowali reżysera anielskich spektakli .

Alina Gierak

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

Zgłoś za pomocą formularza.