Rozmowa z Jackiem Jakubcem – wieloletnim społecznym kustoszem i mieszkańcem Dworu Czarne w Jeleniej Górze, byłym prezesem Fundacji Kultury Ekologicznej, która rozpoczęła proces renowacji tego zabytku.

– Historia zatoczyła koło. Dwór Czarne wrócił do miasta, co daje mu szansę na uratowanie. Jelenia Góra maznów szansę powrotu do Twojego wielkiego dzieła sprzed lat, które zostało brutalnie przerwane, i uratowania zabytku przed jego ponownym popadnięciem w ruinę. Gdyby nie Twoje osobiste zaangażowanie, w miejscu cennej budowli dziś byłaby może tylko kupa kamieni. Obiekt nie jest jednak w dobrym stanie, co widać gołym okiem. Wiele z tego, co udało się się zrobić kiedyś, zostało zmarnowane. Widzisz szansę na powrót tego niezwykłego miejsca do życia i jego jasną przyszłość?

– Zdecydowanie tak. Bierze się to przekonanie stąd, że pojawiają się nowe możliwości działania. Zdrowym rozwiązaniem było w obecnej sytuacji zwrócenie zabytku miastu. Mówię to jako założyciel Fundacji Kultury Ekologicznej, której prezesowałem 22 lata. Fundacja nie bez powodu i zasłużenie została obdarowana kiedyś przez gminę tym majątkiem, tym skarbem, ale po drodze zdarzyły się takie rzeczy, że moje przywiązanie do stanu, w którym Fundacja Kultury Ekologicznej jest właścicielem tego majątku, trochę mi uschło. No i szans na reaktywację życia Dworu w poprzednim modelu nie widzę. Miasto jest znów właścicielem obiektu i jest to dobra wiadomość. Mało tego. Ustami prezydenta samorząd przekreśla domniemanie, że może zrobi z tego coś pod młotek i w ten sposób parę milionów do kasy miejskiej przyjmie, no i mamy problem z głowy. Bo jak myśmy ten zamek otrzymali uroczystym aktem darowizny, to do mnie docierały takie komentarze: wiesz ty co, nie podniecaj się, miasto sobie zdjęło problem z głowy, którym teraz nie będzie musiało się martwić. Myślę, że to duże uproszczenie…

– Bo był to kłopot, którego wówczas miasto się pozbyło, ale chyba nie tylko o to chodziło?

– Tak. A teraz ten „problem” znów mają władze Jeleniej Góry. Drugi element, który pozwala mi patrzeć z nadzieją w przyszłość, jest taki, że w dalszym ciągu (to taka pozytywna recydywa) dobro, które tutaj jest, ten rarytas jeleniogórski, ma więcej entuzjastów, którym Dwór uruchamia wyobraźnię, niż jeden Jacek Jakubiec. Jest grono ludzi, którzy naprawdę patrzą na to mądrze i wiedzą, że nie można dopuścić do sytuacji, żeby z tym się stało byle co. To miejsce już żyło, my to wiemy, Jeleniogórzanie to pamiętają. I to mnie krzepi.

– Od ilu lat jesteś związany z tym miejscem?

– W sensie „formalnym” statusu społecznego kustosza od 1977 roku. Natomiast pierwszy kontakt wizualny to był rok 1974. To była wspólna wizyta z profesorem Rozpędowskim. moim byłym szefem z Katedry Historii Architektury z Politechniki Wrocławskiej, który robił ekspertyzy na temat barokowych kaplic. Przy okazji mówi: panie Jacku, pan tu mieszka (bo mieszkałem już trzy lata w Jeleniej Górze), a jest tu coś, czego pewnie pan nie widział. Jest Dwór. Przyjechaliśmy na Czarne, patrzę, no i jest. Tyle że to była opuszczona ruina…

– No i z czasem, po wielu latach zacząłeś realizować swój pomysł na to miejsce, i to z dużym sukcesem. Pech w tym, że działania te zostały przerwane w bardzo bolesnych okolicznościach. Później długo źle się działo w tych murach. Teraz wracamy jednak do punktu wyjścia, ale to miasto będzie gospodarzem miejsca i będzie wybierać ścieżkę jego zagospodarowania. Konkretny pomysł jeszcze się nie wykluł, więc jest czas na dyskusje. Chcesz zaproponować władzom miasta którąś ze swoich idei, któryś ze swoich pomysłów, jakiego wcześniej nie udało się doprowadzić do finału, jako propozycję do wzięcia pod uwagę? Jakim miejscem może stać się Dwór Czarne?

– Zgadza się, jest czas na dyskusję. Myśmy zaproponowali władzom Miasta wprowadzenie tego tematu pod obrady na sesji Rady miejskiej. Jest wizja, koncepcja wielowątkowa. Ponieważ jestem architektem – urbanistą, patrzę szerzej na to miejsce. Koncentruję się na temacie dworu, no ale jest jeszcze otoczenie. To jest zespół folwarczny, który historycznie i pod wieloma względami stanowi też wyzwanie, wręcz zobowiązanie i tych składników nie można oddzielać od siebie.

– Ale zabudowania folwarczne, też zrujnowane, nie są w rękach miasta.

– Ale miasto ustami prezydenta wypowiada zamiar przejęcia całego tego kompleksu. Teraz to ruiny, ale ostatnio zostały wstępnie zabezpieczone. I teraz to jest dopiero potencjalność! Miejsce jako całość wyglądać może przepięknie, gdyby je architektonicznie scalić. Dwór to perła w koronie, dominanta, dobro kultury wielkiej wartości z konkretnymi funkcjami, ale z kulturą w roli głównej. Spotkania, wernisaże, koncerty, co kto chce. Przecież teatr już się tutaj sprawdził w kilku wydaniach. No i obiekt powinien pozostać otwarty dla turystów. Ich oprowadzanie musi mieć podbudowę w uzupełnianej wiedzy o historii obiektu. Ona wciąż jest niepełna. Napisałem książkę o Dworze, ale to jest dopiero połowa wiedzy.

– Dwór Czarne wciąż pozostaje wyzwaniem i miejscem do odkrycia.

– On przyciąga i fascynuje, natomiast otoczenie ma też bardzo konkretne w naszych wizjach przeznaczenie. Nota bene nie dalej, jak godzinę temu rozmawiałem z panem doktorem Peterem Schabe z Berlina, szefem Polsko-Niemieckiej Fundacji Ochrony Dóbr Kultury.

Założyli ją profesor Tomaszowski (mój niedoszły promotor, świętej pamięci), i profesor Kiesow z Niemiec. Dwóch zaprzyjaźnionych speców, wybitne autorytety od zabytków, którzy doszli w pewnym momencie do wniosku, że założą tę organizację, bo na tych ziemiach zachodnich jest mnóstwo cennych dóbr, z którymi Polacy sobie radzą lepiej czy gorzej i warto otaczać je szczególną opieką. W każdym razie dwóch profesorów, polski i niemiecki, byli entuzjastycznymi apologetami koncepcji: stwórzmy tutaj centrum, rzemiosła, które produkuje fachowe kadry dla ochrony i pielęgnacji zabytków. Symboliczna jest idea, żeby jeden zabytek uratowany od zagłady służył ratowaniu innych zabytków, czyli produkujmy kadry do fachowej opieki nad zabytkami.

– Stworzenie takiego centrum rzemiosł jest szansą dla Dworu Czarne, jednym z pomysłów, jaki warto wziąć pod uwagę?

– Jest szansą dla dworu, dla regionu, dla euroregionu i dla Polski. W Polsce nie ma miejsca, gdzie byliby systemowo kształceni rzemieślnicy dla zabytków. Po wojnie był czas, kiedy iluś takich fachowców wypuszczały słynne PKZ-ety, czyli Pracownie Konserwacji Zabytków, komunistyczny monopolista. W każdym województwie był oddział PKZ-tów i to był hit, bo tam byli przedwojenni mistrzowie, fachury na wysokim poziomie. Były ekspertyzy, fachowość, edukacja zawodowa i wykonawstwo. To był polski hit eksportowy – bardzo mocna polska szkoła konserwatorska. Tego teraz brakuje, więc zróbmy to!

– Widzisz tutaj szansę działalności na większym polu międzynarodowym, na polu euroregionalnym?

– Tak i także koledzy czescy i niemieccy, chcą takiego wspólnego działania, wyjścia naprzeciw tej idei. Także dlatego, że tradycyjne rzemiosło to ginąca wartość kulturowo-cywilizacyjna. Ale to nie tylko sentymenty, bo i pragmatyka za tym przemawia. Mamy tu multum zabytków i ktoś musi nad ich zachowaniem pracować.

– Czyli potrzebni są specjaliści do pracy przy zabytkach?

– Bez dobrego rzemiosła mowy nie ma, żeby je skutecznie ratować.

– Na ratowanie i budowanie nowego życia Dworu Czarne potrzeba mnóstwa pieniędzy.

– Zgadza się

– I w tej materii pomocny może być Euroregion Nysa?

– Myślę że tak. 14 kwietnia spotkaliśmy się w Libercu, było to wszystko omawiane. Cała ta idea euroregionalnego centrum ochrony i pielęgnacji tradycji rzemieślniczych ze wskazaniem na zabytki. Bo rzemiosło to i fryzjerstwo, i koronkarstwo, i wikliniarstwo, ale zabytki w tym kontekście i tradycyjne rzemiosło budowlane – przede wszystkim. No i tego chcą Czesi, Niemcy i polska strona. Na to trzeba pieniędzy w dwóch kategoriach. Na małe projekty (seminarium, konferencja, warsztat praktyczny, wystawa, itp.), ale i na inwestycje. Jeżeli w Euroregionie Nysa uczynimy z tej dziedziny jeden z priorytetów działalności, szanse na środki europejskie powinny się pojawić. W tej chwili przygotowywany jest projekt uchwały prezydium Euroregionu Nysa, w tym zakresie. Nam też pozostaje zakasać rękawy i skupić się na tej sprawie.

– I władze Jeleniej Góry mogłyby wziąć pod uwagę możliwość stworzenia centrum tradycyjnych rzemiosł na Czarnym?

– Liczę na to. Zwłaszcza że prezydentem Euroregionu Nysa ze strony polskiej jest prezydent Jeleniej Góry.

– A Twoja rola w tym zespole euroregionalnym?

– Ja nadal jestem wolontaryjnie przewodniczącym polskiej strony grupy roboczej ochrona zabytków Euroregionu Nysa.

– Jak patrzyłeś przez ostatnie lata, mieszkając tutaj, na to, co działo się wokół Dworu?

– Trudno było… Trwał zastój i degrengolada. Ale dzisiaj widzę, że trzy samochody zajechały, bo Miasto zaczyna poważnie traktować to nowe wyzwanie. Wiem, że eksperci przygotowują ocenę, w jakim stanie jest Dwór po 14 latach kryzysu oraz spojrzenie na to, co jest pilnie do zrobienia, za ile trzeba to zrobić i skąd wziąć kasę.

– Wracam do mojego pytania. Jak patrzyłeś przez te ostatnie lata na to, co dzieje się z tym miejscem? Serce krwawiło na widok obiektu, który znów ulega dewastacji i tyle wykonanej już pracy obraca się wniwecz?

– Moje odczucia? Słowa, które cisną mi się na usta, nie nadają się do publikacji… Trzydzieści parę lat mozołu z niezłymi efektami, a teraz wszyscy widzą, co się dzieje, ale mniejsza o mnie.

– Nie do końca. Zmierzam do pytania o twoją rolę w losach Dworu. Nie zgadzam się z powtarzanym przez niektórych twierdzeniem, że to, co teraz dzieje z Czarnem, jest przez Jakubca. Uważam, że dzięki Tobie ten zabytek trwa i ponieważ Jakubiec wciąż w nim jest, obiekt jest w jakiś sposób stale nadzorowany. Czujesz się problemem Dworu Czarne? Twoja w nim obecność jest problemem?

– Wręcz przeciwnie. Gdybyśmy tu z moją ślubną nie koczowali, jak ten Ślimak broniący placówki u Prusa, ludzie rzeczywiście szybko rozbebeszyliby to wszystko. Przecież te łobuzy, które spowodowały ów cały kryzys, przez te ostanie 14 lat „urzędowania” byli tutaj może ze trzy razy. A przez długi czas byli właścicielami, którym wiadomo, o co chodziło, o parę milionów do wzięcia. Myślę, że także dzięki mojej obecności tutaj ten ich plan się nie powiódł.

Widzisz w tej chwili jakieś pierwszoplanowe niebezpieczeństwa dla Dworu?

– Są przede wszystkim niebezpieczeństwa fizyczne. Chociażby odgromówka zerwana, skutki awarii po zalaniach zamku hektolitrami wody, brak zabezpieczeń hydrantowych, i to są zagrożenia. Ale myślę, że to się rychło uda naprawić.

Stan obiektu wymaga pilnej interwencji.

– Oczywiście. Trzeba np. usunąć drzewka z rynien, most jest uszkodzony, bo wypadły z niego kamienie. I pewnie inne zagrożenia czyhają za rogiem. Dwór wymaga mnóstwa uwagi i energii. I według mnie zasługuje na ogromną koncentrację sił w jego sprawie. Gdyby tego zabrakło – może nie być dobrze.

– Wracamy więc do pytania, czy Czarne jest skarbem i powodem do dumy miasta, czy wielkim problemem Jeleniej Góry?

… i czy powróci temat: może poszukajmy Kuwejtczyka czy Portugalczyka, który weźmie ten kłopot na siebie i parę milionów do kasy miasta włoży. Gdy był już kryzys i pewien Niemiec pytał mnie, ile to wszystko jest warte, powiedziałem, że w papierach jest od 6 czy 7 milionów złotych. A on odpowiedział, że chyba euro…

– Nie jestem specjalistą, ale myślę, że całe to miejsce i przywrócenie go do życie wymagać będzie zaangażowania dziesiątków milionów zł.

– Wskaźnikowo wychodzi, że na skończenie dworu trzeba około 2 milionów euro oraz od 20 do 25 milionów euro na uporządkowanie jego otoczenia.

– Czyli około 100 milionów złotych?

– Tak.

– To są ogromne środki…

– Zgadza się. I na to mogą być różne pomysły, ale ja nie mam mandatu ani pozycji, która by pozwalała dywagować, skąd wziąć takie pieniące. Jakie ścieżki próbować tu uruchomić? To temat sam w sobie. Na marginesie: 100 milionów? Co to jest? Chłopaki przez tydzień 250 milionów przez internet zebrali, aby ratować dzieci przed rakiem.

– Powtarzasz, że Dwór mógłby się stać centrum życia społecznego osiedla Czarne, centrum usługowym i osią życia okolicy. Było też grono ludzi zainteresowanych przyszłością tego miejsca, przyjaciół Dworu Czarne, którzy wspierali cię przez lata na różnych polach działania. Istnieje nadal lokalne środowisko, które chce działać na rzecz Dworu Czarne?

– Tak. Spotykamy się co jakiś czas i rozmawiamy o pomysłach na przyszłość. Jest wąska grupa sztabowa, która się tym wszystkim pasjonuje, ale przygotowujemy wyjście szersze, takie, żeby to, o czym gadamy, dotarło do społeczności, głównie lokalnej, ale nie tylko. Chodzi o monitorowanie wszystkiego, co się tutaj będzie dalej działo. Zwłaszcza, że są już za nami konkretne doświadczenia… Przecież to już hulało! Tu, gdzie siedzimy, była widownia na 150 osób, Teatr Norwida wystawiał tutaj sztuki. Było pięknie i się popsuło.

– Ten kawałek dramatu jest szczególnie bolesny, bo przecież szło ku dobremu, w historyczne mury wróciło życie, był sukces, nadzieje, plany. I nagle łup!

– Okropna sytuacja, ale trzeba się z niej podźwignąć i mieć nadzieję, że teraz stanie się inaczej.

– Jest grono mieszkańców osiedla i jego okolic, którzy widzą w tym miejscu centrum swojego życia. Chcecie organizować festyny, zwracać uwagę na to miejsce, aktywizować środowisko lokalne, a nie tylko patrzeć na wydarzenia z pozycji statystów.

– Dokładnie tak. Planowali tu piknik osiedlowy. To jest dość prosta sprawa, bo w zamku są ławy piwne i stoły, można je wystawić, zorganizować jakiś catering, ale przede wszystkim mieć też program kulturalny. Coś się ludziom opowie o Dworze, wysłucha ich opinii i pomysłów. Pomysł jednak upadł i to, że jeszcze nie czas po temu, ze zrozumieniem przyjmujemy do wiadomości. Ale zależy nam na tym, żeby Dwór Czarne przestał być sprawą czterech czy pięciu osób, a inni żeby tylko popatrzyli z daleka. Jeżeli przybędzie wolontariuszy chętnych tu do roboty, będzie dobrze. Niedawno zgłosił się np. kolega, który chciałby tutaj utworzyć mobilny punkt informacji turystycznej, z ulotkami opowieściami, oprowadzaniem. Wyjaśniłem mu, że na razie coś takiego nie jest możliwe, ale pomysł dobry i żal byłoby zmarnować taki entuzjazm. Są też inne, znacznie większe pomysły na uczynienie Czarnego dużą atrakcją turystyczną na wzór innych, słynnych miejsc w Europie, ale to melodia przyszłości.

– Czyli Dwór Czarne inspiruje?

– I to jak! Pomysłów wokół centrum rzemiosł jest mnóstwo, ponieważ takie idee po prostu pociągają za sobą pewien strumień kreatywności. Przecież to nie są tylko moje sprawy. Jest wielu ludzi, którzy widzą to podobnie i mają świetne pomysły. Swego czasu artysta z Borowic Janek Cirut zaproponował, aby Centrum Rzemiosła wzbogacić o atrakcyjny element – „uliczki cechowej”.

Jest nadal aktualna koncepcja umieszczenia tu działu rzemiosła Muzeum Karkonoskiego, który póki co, w muzeum się nie mieści.

– Jak widzisz swoje dalsze życie z Dworem? To wciąż Twoje miejsce?

– Zakładam, że nikt mnie za szybko stąd nie wywali, więc wolałbym tutaj trwać. I przede wszystkim kontynuować badania, historyczne. To, co napisałem w książce, to pierwsza porcja wiedzy, którą należy rozwijać, i są konkretne pomysły, jak pociągnąć dalej tę sprawę, o której mogę długo opowiadać. Zaczynając choćby od skromnego programu badań dendrochronologicznych, czyli na elementach drewnianych, który pozwala datować z dokładnością do jednego roku, kiedy drzewo na konkretną belkę zostało ścięte. Na przykład w Wieży Rycerskiej w Siedlęcinie precyzyjnie wyłapano tymi badaniami, że belki z głównej fazy są z lat 1315-1316 r. Ja tu mam kilka miejsc, które chętnie bym tak przebadał.

– Chciałbyś nadal dalej zgłębiać tajemnice Dworu Czarne?

– Oczywiście! Przecież mówimy o wielkiej skarbnicy fascynującej wiedzy o historii tych ziem i niezwykle cennym zabytku.

– Czyli nie straciłeś serca do Dworu?

– Ani trochę.

– I wciąż rozpala cię Dwór Czarne?

– W wieży jest nadproże nad zamurowaną strzelnicą, dębowe, nawet ze śladem pożaru. No dla mnie bajka. Ja muszę wiedzieć, kiedy tą wieżę dostawiono, bo ona jest z drugiej fazy budowy. Mnóstwo pięknych rzeczy tu jest, nie mówiąc o tym, że obiekt ma kilkaset lat, a znamy tylko dwa konkretne fakty, czyli pan Casper Schaffogotsch i jego gest inwestorski AD 1559, późnej pożar i 1656 zakończenie odbudowy. No i to, że w 1679 Jelenia Góra nabywa cały majątek. Tylko te fakty, a co było po drodze? Kto tu bywał, co się tu działo? Nie sposób przyjmować, że nic. Mamy wiele do odkrywania.

– Ile czasu potrzebuje Dwór na powrót do życia, przy założeniu, że miasto zaangażuje się w to dzieło?

– Więcej niż dwa lata tu nie trzeba, jeżeli będą, oczywiście, odpowiednie decyzje i pieniądze. Maksimum trzy lata z elewacjami.

– Od chwili rozpoczęcia prac?

– Oczywiście, bo przygotowanie inwestycji to osobna sprawa. Ja, niestety, nie jestem, w sytuacji kogoś, kto ma środki i wie, co należy tu robić. Mogę z pełną odpowiedzialnością mówić o badaniach, o szukaniu wiedzy w archiwach, w muzealnych zbiorach, w bibliotekach. Tego nikt nie robił, bo nie było komu, Można zrobić np. studencki projekt polsko-niemiecki, kontynuując kwerendy w poszukiwaniu wiedzy na temat tego miejsca, niezależnie od prac remontowych.

– Jakieś inne pomysły?

– Były już działania rozpoczęte i zawieszone ze znanych powodów, nawet kryminalnych. Pierwsza sprawa – portal, piękny renesansowy portal. W magazynie leży jego około 50 procent. Część jest pod Krakowem we wsi Jawornik u mistrza, który dostał już zlecenie na rekonstrukcję, ale jak się tu zaczęła wojna, zadzwonił, to powiedziałem mu: panie Wicie, daj pan spokój, bo nie będzie komu płacić, mnie z Fundacji wywalili, a ludzie, od których to zależy, wypną się na pana. A przecież on już zaczął prace nad kolejnymi elementami. Kontakt z nim jest i możemy do tego wrócić. Mówi, że jak będą pieniądze, leżą u niego na paletach w warsztacie te elementy zaczęte. Wyobraź sobie bajkę, że na otwarciu dworu odsłaniamy uroczyście przepiękny renesansowy portal…

– Rozmarzyłeś się…

– Owszem, ale to byłoby wydarzenie dużego kalibru! Inna rzecz – na przykład malowidła. Rozpoczęte badania, odsłonięte, ale nie do końca zakonserwowane. Tam są bardzo ciekawe informacje. Siedzimy na dziedzińcu, na którym, popatrz pan tam, wiadomo, że była galeria balkonowa naokoło i tu były schody na tę galerię. Tam, gdzie są owe, dechy wchodziło się do komnat, z galerii. Ta galeria żyła, ona funkcjonowała. Był system grzewczy. Tam są zamurowane otwory, którymi futrowano piece kaflowe stojące w środku. I one dawały ciepełko w komnatach, ale całą zabawę z popiołem, paliwem i tak dalej to załatwiała służba z zewnątrz z galerii. I teraz tę galerię bezwzględnie trzeba odtworzyć. Była rozmowa na ten temat (tuż przed tym kataklizmem, jaki nastąpił) z radcą handlowym ambasady norweskiej. Dlaczego norweskiej? Ano dlatego, że mamy norweski kościółek Wang w Karpaczu, mamy w Cieplicach Pawilon Norweski, mamy ewidentne dowody, że Norwegowie to są mistrzowie w pracy w drewnie, To ja im mówię, a co by było, gdybyśmy zrobili w oparciu o tzw. fundusz polsko-norweski warsztat dla adeptów sztuki ciesielskiej i zrekonstruowali tę galerię? Usłyszałem, że to interesujące, ale krótko potem wszystko poszło ad kosz. Ale teraz chyba jest czas na powrót do tego i innych pomysłów..

– Rozmarzyłeś się…

– No tak, ale do takich rzeczy należy powracać. Zakładam, że miasto w jakiś sposób zechce czasem posłuchać, co ja mam do powiedzenia w tej sprawie, bo może warto z mojej wiedzy skorzystać.

– Wyobrażasz sobie życie w jakimkolwiek innym miejscu niż Dwór Czarne?

– Ciężko by było…

– Dziękuję za rozmowę.

Tekst i zdjęcia: Daniel Antosik

Artykuł ukazał się w Nowinach Jeleniogórskich Nr 6/2026 (z 13 maja 2026)

Aktualne i archiwalne wydania Nowin Jeleniogórskich, w wersjach drukowanej i elektronicznej, dostępne są także w Księgarni Karkonoskiej Wydawnictwa Ad Rem, dostępnej  TUTAJ.

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Portal

451620318

Zgłoś za pomocą formularza.