Zabłąkany jelonek w Jakuszycach

Zabłąkany jelonek w Jakuszycach

W minioną niedzielę przy drodze do stacji turystycznej Orle tuż za Polaną Jakuszycką błąkał się mały jelonek. Był wyraźnie głodny, wzbudzał współczucie i sympatię licznych tego dnia spacerowiczów. Wielu go głaskało, dotykało, najbardziej przejęci jego sytuacją zorganizowali transport, zawieźli do weterynarza. Potem zwierzę trafiło do azylu, zagrody, gdzie znalazło fachową opiekę. Na taki obrót sprawy zżymają się leśnicy. - Odebrano cielakowi szanse na powrót do matki i życie w jego naturalnym środowisku – oceniają.
 

O sytuacji poinformował nas turysta z Warszawy, który przyjechał na kilka dni, aby cieszyć się rowerowymi wyprawami po Izerach. - Małego jelonka spotkałem na drodze niedaleko za Polaną Jakuszycką w stronę Orlego. Był zagubiony, to wychodził na drogę, to kładł się obok na trawie. Wszyscy go głaskali, robili zdjęcia i szli sobie dalej. Jelonek lizał dłonie pieszczących go ludzi, kąsał lekko, widać, że szukał mamy i mleka – opowiada. Wraz z innym spacerowiczem postanowili pomóc zwierzęciu. - Wydzwanialiśmy na policję, do weterynarza, do leśnictwa, ale żadna instytucja nie była zainteresowana interwencją – mówi. Na miejscu pojawił się nawet pracownik Lasów Państwowych, ale jego udział ograniczył się do poinformowania przejętych sytuacją turystów, że nie należy dotykać cielaczka, bo potem zostanie odrzucony przez matkę i zginie z głodu albo jako ofiara jakiegoś drapieżnika. W ocenie turystów, którzy przejęli się małym jelonkiem, taki powód odrzucenia z pewnością już nastąpił i zwierzę było skazane na śmierć. - W tej sytuacji należało coś zrobić, ale żadne instytucje pomóc nie chciały – ocenił mężczyzna.

Ostatecznie turysta z okolicznej miejscowości pojechał do domu po posłanie, kołdrę, zapakował małego jelonka do samochodu i zawiózł do weterynarza. Stąd trafił do azylu, gospodarstwa, gdzie jest karmiony i dochodzi do siebie (dwa zdjęcia z galerii pokazują jelonka w nowym miejscu). Turysta z Warszawy i inna pani, która poznała sytuację zadeklarowali pomoc finansową gospodarzom, którzy przyjęli maleństwo.

 

Jerzy Majdan, nadleśniczy z nadleśnictwa Szklarska Poręba, przyznaje, że na jego biurko wpłynęła notatka w tej sprawie. - Sprawa została rozwiązana, więc nie zagłębiałem się w nią. Zasadniczo w podobnych sytuacjach nie powinno się nic robić. W 90 proc. takich przypadków matka jest w pobliżu i ze strachu przed ludźmi ukrywa się i czeka. Ludzie , sądzą, że zwierzę jest porzucone bądź matka zginęła i w przypływie współczucia próbują pomóc, a w rzeczywistości robią krzywdę - mówi nadleśniczy. W maju na świat przychodzi szczególnie dużo saren i jeleni. Małe można znaleźć gdzieś w trawie, na polu, w krzakach. Ludzie znajdują takie maleństwa i zabierają je, bo wydaje się im, że są porzucone i skazane na śmierć. Mylą się bardzo. Male nie są opuszczone, a jedynie spłoszona matka chowa się gdzieś w pobliżu. - Ci co „ratują” takie zwierzęta robią im bardzo dużą krzywdę. Pozbawiają je możliwości życia w ich naturalnym środowisku – podkreśla Jerzy Majdan. Małe jelonki i sarenki nie mają potem szans na powrót do życia na wolności, najlepszego, jakie mogą mieć.  

jelonek1.JPG
jelen7.JPG
jelen 3.JPG
jelen 4.JPG
jelen 6.JPG
Jelen_120520a.JPG

Komentarze (14)

Co się będzie leśniczy martwił i tak trafi pod lufę.

Zmarnowali życie jelonkowi dla kilku wspólnych fotografii.

Zrobili najgłupszą rzecz jaką można zrobić. Za moim płotem w zbożu ocieliła się sarna. Codziennie obserwują jak się ona zachowuje. Cielak leży ukryty, a ona pasie się dużo dalej. Czasami podchodzi do niego i go karmi. Nawet jak się spotka takie małe sarniątko to nie wolno go dotykać ,żeby nie nabrało innych zapachów. Sarna da sobie radę bez naszej pomocy.

A tyle się mówi w mediach, "internetach" itp. uczą tego nawet w szkołach, żeby pod żadnym pozorem nie dotykać takiego młodego jelenia, sarny, zająca czy jakiegokolwiek innego dzikiego zwierzęcia, a deb.le i tak wiedzą swoje i robią po swojemu. Masakra jacy ludzie są oporni na wiedzę.

Tak się Warszawka bawi w górach, ta tępa dzida w pomarańczowej bluzie pewnie fotkę z uratowanym jelonkiem już od dawna ma na pejsbuku. Ale czemu tu się dziwić, mazowieckie to stolica disco polo.

Zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości. Debile z Warszawki nie potrafią się zachować w górach...

debile

Jelonek tuli się do ludzi warszawskich, bo jeszcze nie wie jakie to bydło i ****stwo. Sam zostałem wyrzucony z warszawskiego samochodu, gdyby nie miejscowa sunia Sabcia to zginałbym marnie.

Raczej obłąkany warszawiak w Jakuszycach.

Fatalnie się stało, że ludzie głaskali i dotykali tego nieszczęsnego jelonka... teraz matka zapewne go odrzuci, czując obcy zapach człowieka. Podobnie z małym zajączkiem - pozornie zagubionym w trawie, gdzie jest bezpieczny, bo nie emituje żadnego zapachu - jeśli się ktoś nim "zaopiekuje", to już matka go porzuci na pastwę drapieżników! Nigdy nie dotykać dzikich (małych) zwierząt w ich naturalnym środowisku!

W Jakuszycach zabłąkani to mogą być tylko ludzie, na pewno nie jelonek albo inna sarna.

A można było zwyczajnie się odczepić od dzikiego zwierzaka, popatrzeć, nawet cyknąć fotkę z daleko i pójśc sobie, jak normalny człowiek. Nawet jakby cielak był odrzucony, zagubiony i głodny, trudno, niech sobie go zje jakiś drapieżnik, tak działa natura. Słabsze giną, silne przeżywają. Ja wiem, że to się nie mieści w głowach różnych tam słodkopierdzących, ale tak jest czy się ktoś na to godzi czy nie. (tak przy okazji: jelonek to taki chrząszcz, albo muzyk).

Ten durny babsztyl w pomarańczowych łachach... chodziło tylko żeby sobie strzelić selfika z małym jelonkiem... co za frajerstwo teraz po lasach się szlaja...

Jelonek niestety zdechł. Gratulacje dla debili co zapragnęli sobie robić z nim selfie.

Napisz komentarz

WERYFIKACJA
Poniższe zadanie ma na celu stwierdzenie, czy jesteś człowiekiem, a tym samym przeciwdziałanie spamowi.