Góry Izerskie czekały na Marcina Wawrzyńczaka. Warszawiak, tłumacz z języka angielskiego, a od kilku lat także z niemieckiego, tatuażysta, miłośnik aikido, fotograf – przeszukuje biblioteki oraz internet w poszukiwaniu relacji podróżników, wędrujących dawno temu szlakami w okolicach Szklarskiej Poręby, Osady Orle, Rozdroża Izerskiego czy kopalni Stanisław. Dzięki książkom, które tłumaczy, wiemy, jak żyli mieszkańcy tych okolic dwieście, trzysta lat temu. Wyobrażamy sobie zbocza, na których pasły się owce i krowy, setki hut szkła, posadowionych przy rzekach, pracujących drwali, wędrowców zatrzymujących się w baudach. Odnajdujemy tożsamość tych miejsc i czujemy wspólnotę z tymi, którzy je zasiedlali.

– Trzeba nie zamykać oczu na to, co było kiedyś, znać i rozumieć ducha miejsc, w których mieszkamy – mówi o początkach swoich poszukiwań Marcin Wawrzyńczak. 53-latek wyprowadził się z rodziną z Warszawy w 2002 roku. Pojechał tam, gdzie warszawiakom najbliżej, czyli na Wschód. Wytrzymali siedem lat. Bo w jednym miejscu zbyt się różnili od miejscowych, w drugim było im za pusto i za bardzo samotnie. Ruszyli więc na Zachód.

W Chromcu poczuli oddech historii

Marcin znał wcześniej Wolimierz i ludzi z Teatru Klinika Lalek. Wiedział, że nie będą „jedynymi cudakami w gminie”. Z żoną Matyldą i trzema córkami w 2009 roku znaleźli starą chałupę przysłupową w Chromcu. Od razu wiedzieli, że tu będzie ich dom. Okolica chwyciła ich za serce, a artyści, których w sąsiednich miejscowościach: Kopańcu, Antoniowie, Małej Kamienicy czy wreszcie w Szklarskiej Porębie, jest niemało, przekonali, że dotarli do wyjątkowego miejsca.

– Dolny Śląsk był trzysta lat temu najbogatszym regionem Prus – wyjaśnia Marcin. Ziemie te trafiły do Prusaków po I wojnie śląskiej (1740–42). Odebrali je z rąk Austriaków i od razu się nimi zachwycili. Bo Austriacy mieli Alpy, więc Karkonosze oraz Góry Izerskie traktowali marginalnie. A Prusacy zachłysnęli się Górami Olbrzymimi. Zaczęli o nich pisać, malować je, budować tu domy i pałace. Sporo domostw zostało zachowanych do dziś, niemal w niezmienionym stanie. Jak choćby chałupa przysłupowa Wawrzyńczaków w Chromcu, która pochodzi z XVIII wieku. W innych miejscach w Polsce już dawno stanąłby w tym miejscu betonowy klocek. A przecież takich chałup są w Górach Izerskich i na ich Pogórzu dziesiątki.

Mając wokół namacalne ślady przeszłości, zaczął Marcin Wawrzyńczak dociekać, kto dawniej tu mieszkał, czym się zajmował. Fascynowały go zwłaszcza huty szkła. Podczas wędrówek znajdował w wielu miejscach ślady po nich. W Górach Izerskich „wędrujących hut” były setki. Zakładano je od XIV wieku. Hutnicy mieli dostęp do licznych rzek i strumyków, nie brakowało też drzew. Gdy w jednym miejscu wycięto drewno potrzebne do opalania pieców hutniczych, przenoszono się wyżej. Ostatnia huta działała tu w 1754 roku, tam gdzie dzisiaj jest osada Orle.

Odkrył Michelsbaude. Mówi się o tym: Izerska Troja

Takie historie się mnożyły. Bo w Górach Izerskich, miał wrażenie, że gdzie nie poszedł, trafiał na ślady po dawnych budynkach, ludziach, zakładach. I tak Marcin Wawrzyńczak wsiąkł na dobre.

Chciał wiedzieć coraz więcej. Odnalazł w internecie i bibliotekach sporo relacji niemieckich podróżników, dotarł do pamiętników, listów, w których autorzy szczegółowo opisywali swoje wrażenia z wycieczek w Góry Olbrzymie. – Tylko, że ja wtedy nie znałem niemieckiego – wspomina.

Impuls do nauki dała mu wyprawa na Jelenią Łąkę, leżącą kilometr od skrzyżowania Starej Drogi Celnej z Dolnym Duktem Końskiej Jamy. W mchu znalazł jakiś kamień i szklane odłamki. Chciał się dowiedzieć, po czym są to pozostałości. Wawrzyńczak zaczął przeglądać stare mapy, szukać w archiwach. Natrafił na nazwę: Michelsbaude. W wywiadach mówi, że poczuł się wtedy jak odkrywca Troi. Z pomocą Jowity Selewskiej, tłumaczki z niemieckiego, dotarł do książek z XVIII i XIX wieku. Nazwa Michelsbaude pojawiała się w nich często. – To było jak praca detektywa. Z każdą lekturą pojawiały się nowe wątki – opowiada. O pomoc poprosił Ullricha Junkera, który biegle czyta teksty zapisane szwabachą (starą, gotycką czcionką). Pan Ullrich dobrze jest znany jeleniogórzanom. Zawdzięczamy mu tłumaczenia ksiąg parafialnych, dokumentów miejskich czy kronik Cieplic i Miłkowa. Najcenniejszą pracą Ullricha Junkera jest udostępnienie 12 tomów kronik jeleniogórskich Davida Zellera, w których zawarte zostały bezcenne wiadomości o Jeleniej Górze. Tym razem badacz pomógł w odtworzeniu historii Michelsbaude. To już nie była tylko nieistniejąca budowla, ale związani z nią ludzie, ich rodziny, śluby, chrzciny, zgony. Los został przypieczętowany, gdy pan Marcin, w tej samej okolicy Jeleniej Łąki, znalazł zaśniedziałą mosiężną tabliczkę z napisem R. Adolph. Michelsbaude. Wtedy już wiedział, że był to ostatni dzierżawca gospody. Postanowił opisać jej historię. – Przy przekopywaniu się przez dokumenty okazało się, że niemiecki jest bardzo podobny do angielskiego – wspomina z humorem pisarz. Z zaciekawieniem dowiadywał się, że w baudach, prostych budynkach bez wygód, siadywali obok siebie podróżnicy, pracownicy hut szkła, drwale, rolnicy, a także artyści, geolodzy, przyrodnicy i … szmuglerzy. Pili piwo, jedli niewyszukane potrawy. Marcin Wawrzyńczak opisał to wszystko i tak przywrócił do życia izerską gospodę, o której pierwsze wzmianki pojawiły się w 1800 roku, a przetrwała do 1905 roku. Inne baudy, te, które stały przy uczęszczanych szlakach, nie zniknęły i pozostały jako gospody czy schroniska.

W Góry Olbrzymie śladami podróżników

W Michelsbaudzie, tak jak i w innych gospodach, nudno z pewnością nie było. O tym mogą przekonać się czytelnicy polsko- niemieckiej antologii „Podróżnicy w Górach Olbrzymich”, którą opracował Marcin Wawrzyńczak. Zawarł w niej blisko czterdzieści relacji podróżniczych z Karkonoszy i Gór Izerskich, obejmujących okres od końca XVII do początku XX wieku. – Nie powielałem opisów z typowych przewodników, bo tu często jeden autor spisywał od drugiego, ale skupiłem się na fragmentach opisujących spotkania z ludźmi, realiach społeczno-gospodarczo-kulturowych, perypetiach turystów – mówi o tym wydawnictwie. Dowiadujemy się z niego, jak podróżowano i wędrowano, co jedzono i pito, jak i gdzie nocowano. Spotkamy karkonoskich i izerskich górali, przemytników, leśników, drwali, gospodarzy baoud i schronisk. Odwiedzimy Śnieżkę, Śnieżne Kotły, najważniejsze schroniska (dzisiejsze: Strzechę Akademicką, Schronisko pod Łabskim Szczytem, Schronisko na Hali Szrenickiej, Luční Boudę, Spindlerovą Boudę), a także te nieistniejące, jak Schlingelbaude, Pudelbaude czy Michelsbaude.

Wydawnictwo Wielka Izera

Aby wydać tę i inne książki, Marcin Wawrzyńczak założył na strychu domu w Chromcu jednoosobowe wydawnictwo Wielka Izera. Czytelnicy doceniają ogrom pracy włożony w wynajdowanie i opracowywanie relacji z podróży w Karkonosze oraz Góry Izerskie. Uznanie wzbudza także graficzna strona książek. Zawsze są w twardych okładkach, bardzo starannie opracowane. Tekstom towarzyszą ilustracje z epoki, autorstwa wybitnych grafików: Friedricha Augusta Tittela, Carla Peschecka, Christopha Nathe czy Ericha Fucha. Często zamieszczane są zdjęcia map terenów opisywanych w relacjach. Po książki tłumaczone przez Marsa Wawrzyna (bo tak się podpisuje Wawrzyńczak) sięga się przed wycieczką w góry i do nich wraca, po powrocie do domu.

Najnowsza pozycja wydawnictwa Wielka Izera to wspomnienia Davida Friedricha Schulza „Podróż z Turyngii w śląskie Góry Olbrzymie: przez Saksonię, Szwajcarię Saską i Górne Łużyce, z przystankami na Oybinie i w Unięcicach” (1802). Autor był nauczycielem domowym, a potem katechetą i kapelanem w sierocińcu i więzieniu w Żytawie. Książka zawiera opis jego pieszej wędrówki odbytej we wrześniu 1802 roku. Lekturę pogłębiają dygresje historyczne, a mnogość szczegółów dotyczących życia codziennego i otoczenia pozwala czytelnikowi obserwować świat oczami wędrowca sprzed ponad dwustu lat. Autorem ilustracji zamieszczonych w książce jest Adrian Zingg, wybitny profesor miedziorytnictwa w Akademii Drezdeńskiej. Jak zapowiada Marcin Wawrzyńczak, to wydanie zapoczątkowuje serię „Navigare Necesse Est”, czyli kolejne relacje podróżnicze z regionu Karkonoszy i Gór Izerskich. W przygotowaniu są: A. Traugott von Gersdorf „Dzienniki podróżne. Część pierwsza: 1765-1780”, J.C.F. GutsMuths „Moja podróż po ojczyźnie: z Turyngii w Góry Olbrzymie aż po źródła Łaby i przez Czechy w Góry Kruszcowe” (1799) oraz „Podróż w Karkonosze i sąsiednie okolice Czech i Śląska w roku 1796” anonimowego autora.

Wydawnictwo Wielka Izera docenili niemieccy sąsiedzi. W Muzeum Śląskim w Goerlitz podkreślają, że dzięki Marcinowi pamięć historyczna Gór Izerskich i Karkonoszy nabiera silnego, polskiego głosu. „Swoją pracą przebija most między niemiecką przeszłością a polską teraźniejszością krajobrazu. Daje głos starym wędrowcom i mieszkańcom regionu. Udostępnia ten najczęściej zaginiony świat polskim czytelnikom, pokazując im wspólnotę tożsamości kulturowej” – piszą niemieccy muzealnicy o izerskim wydawcy.

Aby Góry Izerskie wyszły z cienia Karkonoszy

Te książki mają, w zamyśle tłumacza, pomóc wyjść Górom Izerskim z cienia Karkonoszy. Pokazać, że i tutaj jest się czym chwalić i jest dużo do podziwiania. – Świat górali izerskich nie zmieniał się przez stulecia, bo oni żyli przez pół roku prawie odcięci od świata – opowiada Wawrzyńczak. Przeobrażały się epoki, upadały państwa, a oni trwali. – Chciałbym tymi wydawnictwami oddać im cześć, poszanowanie za to, że się tak trzymali. Upomnieć się o nich, przywrócić światu. Czuję, że jestem im to winien – wyjaśnia.

Przybliża zatem nie tylko miejsca i ludzi, ale także autorów relacji i wspomnień. Przedsmak kolejnych wydawnictw dają opisy na Facebooku wydawnictwa Wielka Izera. Wawrzyńczak zamieszcza tam co ciekawsze relacje, dodaje interesujące zdjęcia. Czytelników jest coraz więcej.

– Regionalistów przybywa – cieszy się autor. – Ludzie zbierają stare pocztówki z miejscowości, w których mieszkają. Starają się odtworzyć życie dawnych mieszkańców. Mają czasami ogromną wiedzę – mówi Marcin. – Po spotkaniach z czytelnikami mam wrażenie, że w każdej wsi jest teraz jakiś regionalista – dzieli się spostrzeżeniami. Kilkanaście lat temu przyznawanie się do zainteresowania niemiecką przeszłością miejsc, w których teraz żyjemy, nie było wcale tak powszechne. Nawet jeśli ktoś natrafił w swoim domu na dokumenty czy pamiątki, należące do przedwojennych właścicieli, nie chwalił się tym. A już na pewno nie dociekał i nie drążył tematu.

– Obserwuję, jak to się zmienia – mówi wydawca. – Rośnie pokolenie, dla którego liczą się tylko góry, młodzi ludzie pozbyli się niemieckiej traumy.

– Bo góry nie mają narodowości – podkreśla Wawrzyńczak. – Czytamy w dawnych relacjach, jak przyroda zapierała dech pruskim wędrowcom. Chodzimy tymi samymi szlakami i czujemy to samo. Jesteśmy częścią tego korowodu postaci. Możemy się odnieść do wrażeń, doświadczeń i wiedzy poprzedników, opisanych w relacjach sprzed wieków. Góry dają nam, tak jak im, energię, radość, moc. Są oazą wolności. Nie da się ich upolitycznić, ucywilizować. I to jest najpiękniejsze – dodaje.

Ławeczka dla Gersdorfa

Marcin Wawrzyńczak nie poprzestaje na tłumaczeniach relacji podróżników. Nazwać go można aktywnym regionalistą. Takim, który ma bzika na punkcie kamieni granicznych oraz innych i potrafi wciągająco opowiadać o Mnisim Lesie, znajdującym się pomiędzy Górzyńcem i Kopańcem, który hrabia Schaffgotsch darowywał cystersom w Cieplicach. Mnisi mogli pozyskiwać z niego drewno, lecz nie wolno im było w tym lesie polować. Granica Mniszego Lasu była oznaczona kamieniami granicznymi z kolejnymi rzymskimi numerami porządkowymi, datą 1708 oraz herbami cystersów z Krzeszowa z jednej i Schaffgotschów z drugiej. Kamienie te odnajdywane są teraz przypadkiem przez turystów lub świadomych poszukiwaczy. Wawrzyńczak pieczołowicie je fotografuje. Kilka lat temu temu zaczął odnawiać datowniki zbudowania dróg leśnych w Górach Izerskich.

Kolejny przykład aktywnej działalności regionalisty to inicjatywa uhonorowania Adolfa Traugotta von Gersdorfa, dziedzica w Pobiednej, naukowca, zasłużonego dla całych Górnych Łużyc. Na przełomie XVIII i XIX wieku należał on do największych znawców Karkonoszy i Gór Izerskich. Podczas swoich wycieczek Gersdorf wprawiał ludzi w zdumienie. Wędrował po górach pieszo, objuczony lunetami, termometrami, barometrami i całym mnóstwem innych przyrządów. Nocował nierzadko w stajniach, oborach i stogach siana. Gersdorf zajmował się astronomią, elektrycznością, archeologią, oświatą ludową, ekonomią i fizyką, wspierał artystów. Z inicjatywy Marcina Wawrzyńczaka w Pobiednej planują postawić ławeczkę Adolfa Traugotta von Gersdorfa. Projekt już jest gotowy.

Alina Gierak

6 komentarzy

  1. „młodzi ludzie pozbyli się niemieckiej traumy” młodzi tak, ci starsi jeszcze nie. Mój niedawno zmarły dziadek, ppor Wojska Polskiego musiał walczyć z tymi mordercami, żeby dzisiaj, w wolnej Polsce można było, jak się okazuje, stawiać niemcom pamiątkowe ławeczki. Bez lufy przy skroni …

  2. A ja, wbrew innym komentarzom, uważam, że Pan Mars będzie kiedyś legendą tego regionu, i że to, co robi, jest godne najwyższego szacunku. Kłaniam się Panu, Panie Marsie, w pas i proszę nie ustawać w tym, co Pan robi! Chapeau bas!

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

601 566 560

Zgłoś za pomocą formularza.