Jadwiga Kość od 43 lat prowadzi w centrum Karpacza pensjonat Jaskier. Nikt inny nie prowadzi tak długo pensjonatu w tym mieście. Pochodzi ze Strzegomia, przybyła w Karkonosze za miłością – swoim mężem.

– Jak to się stało, że w 1978 roku rozpoczęła Pani pracę jako prowadząca pensjonat?

– Mąż był w Jeleniej Górze w czynnej służbie wojskowej, bardzo podobały mu się te tereny. Otrzymał więc w prezencie ślubnym od swego ojca działkę w centrum Karpacza. Kończył akurat budownictwo lądowe na politechnice. Teść wykonywał pracę gastronoma, ale zajmował się też kamieniarstwem i wspomagał budowę pensjonatu na zakupionej ziemi.

– Mąż ściągnął tu ze Strzegomia swoją ukochaną – Panią.

– Nie było innego wyjścia. Byliśmy już małżeństwem. Pracowałam wcześniej w handlu, o obsłudze turystów nie miałam zielonego pojęcia. Ale wszystkiego się nauczyłam.

– W 1978 Karpacz był zupełnie inny. Istniały domy Funduszu Wczasów Pracowniczych. Biznes prywatny dopiero raczkował.

– Był szał enerdowski na przyjazdy do Karpacza, ale by z niego skorzystać, trzeba było mieć umowy z państwowymi pośrednikami. My też je zawarliśmy. Nasz standard na tamte czasy był dość wysoki, odpowiadał Niemcom, więc Orbis przysyłał do nas autokary z NRD.

– Potem rynek się otworzył, pośrednicy nie byli już konieczni. W innych pensjonatach zmienili się prowadzący, a Pani na swoim stanowisku trwa. Jest Pani zadowolona z tej drogi życia?

– Tak, dla mnie najważniejszy jest kontakt z ludźmi, co zapewnia mi właśnie prowadzenie pensjonatu.

– Pewnie dlatego, że lubi Pani kontakt z ludźmi, dobrze się tu czuł także Tadeusz Różewicz.

– Zanim trafił do mnie, był w kilku miejscach w Karpaczu, na zaproszenie ówczesnego burmistrza Józefa Piotrowskiego i przewodniczącego Rady Miasta Zbigniewa Kulika. W końcu pan Kulik zapytał, czy nie przyjmę pana Różewicza. Bardzo się ucieszyłam. Poznanie takiego człowieka to przecież niesamowita przygoda. Cieszę się, że miałam tę możliwość i że ją wykorzystałam. Panu Tadeuszowi spodobało się u nas, choć jestem gadatliwa, ale nie natrętna i wścibska.

– Ale jest Pani dyskretna. Tadeusz Różewicz przyjeżdżał do Pani pensjonatu przez wiele lat, a wiedziało o tym bardzo wąskie grono osób.

– Jeśli pan Tadeusz sam nie zaczynał ze mną rozmowy, nie pytałam go o nic ani nie dociekałam, co robił, z kim się spotykał, gdzie był. Z czasem uznał, że warto nam zaufać. Zaprzyjaźniliśmy się. Nasza znajomość trwała bardzo długo, aż do odejścia pana Tadeusza.

– Czyli 17 lat. Często przyjeżdżał?

– Najczęściej trzy razy w roku: wiosną, latem i w październiku – tak się składało, że na moje imieniny. Gdy miał kłopoty zdrowotne, to był dwa razy w roku. Jego pobyty trwały każdorazowo trzy tygodnie. Twierdził, że na tydzień to mu się nawet nie opłaca pakować.

– Przyjeżdżał sam czy z żoną?

– Zdarzało się, że z żoną, ale najczęściej sam. Uprzedzał mnie telefonicznie. W ogóle to często rozmawialiśmy przez telefon. Zawiązała się między nami dziwna więź. Mówiłam mu, że nadajemy na tych samych falach: gdy zamierzałam zadzwonić, by zapytać o zdrowie i co słychać, dzwonił pan Tadeusz.

– Jak spędzał czas w Karpaczu?

– Spacerował, czas wypełniali mu także Zbigniew Kulik i Józef Piotrowski – podjeżdżali samochodem i zabierali go na wycieczki. Nie dociekałam, dokąd.

– A kiedy Tadeusz Różewicz mówił, jak spędzał czas, to co komunikował?

– Że jest zmęczony, że wrócił z wycieczki w góry, pod Wang lub do Sosnówki. Zachwycał się. – Nie wiecie, gdzie mieszkacie – mówił.

– Pani mu gotowała czy jadł na mieście?

– U mnie. Przychodził na śniadanie przed innymi wczasowiczami. Nie wiem, o której wstawał, ale na śniadanie schodził ze swojego pokoju na piętrze – od strony parku – o wpół do dziewiątej. Ten pokój mu bardzo odpowiadał. Tylko stolik musiałam wymieniać na inny, bo było za nisko. Przynosiłam też specjalną lampkę, by mógł pisać. Siedział sobie i pisał, nikt mu nie przeszkadzał.

– Nie miał w pokoju telefonu ani nie używał telefonu komórkowego?

– Nigdy nie miał takiego telefonu. Korzystał z mojego w kuchni. Gdy ktoś do niego dzwonił, schodził lub zanosiłam mu słuchawkę na górę. Rzadko do kogoś dzwonił, natomiast do niego dzwoniono często.

– Jakie było jego ulubione menu?

– Jajka na miękko i twarożek. Pił herbatę. Na obiad lubił pstrągi z domowej hodowli mojego męża, z czystego strumienia w Karkonoskim Parku Narodowym. Do tego ziemniaczki i surówka. Na kolację dwie kromeczki chleba. Schodził do kuchni i sam wybierał to, na co miał ochotę, zwykle delikatne rzeczy. Czasem, gdy gdzieś w trasie jadł późny obiad w towarzystwie panów Piotrowskiego i Kulika, nie miał ochoty na kolację.

– Skoro sporo osób do niego dzwoniło, był człowiekiem otwartym.

– Dzwoniący byli jego współpracownikami, na przykład pan Stolarczyk z Wydawnictwa Dolnośląskiego. Omawiali sprawy służbowe. Dość często dzwonił też brat Stanisław. Dzwonił reżyser z Austrii, z którym Tadeusz Różewicz rozmawiał po niemiecku, dzwoniła tłumaczka z Włoch. Inni prosili o zezwolenia na wystawienie jego sztuk.

– A jak z Panią rozmawiał, to o czym?

– Inaczej rozmawiał z moim mężem, inaczej z naszymi dziećmi, a inaczej ze mną. Z mężem poruszał tematy filozoficzne, ze mną praktyczne i życiowe. Był człowiekiem poważnym, ale prywatnie lubił dowcipkować, opowiadać historie z życia wzięte, śmieszne.

– Na przykład?

– Lubił jeździć do Finlandii, gdzie miał zaprzyjaźnionych pisarzy z górnej półki. Kiedyś go zaprosili do sauny w głębi lasu. Była oczywiście schłodzona wódeczka, było dobre jedzonko – rybki. Siedzieli w saunie, ale w pewnym momencie Finowie uznali, że jest im za gorąco, więc pójdą wykąpać się w lodowatej wodzie w pobliskiej przerębli. Pan Tadeusz nie miał ochoty na taką kąpiel, ale wstydził się przyznać, więc postanowił posiedzieć jeszcze w saunie. Oni wyszli, trzasnęli drzwiami. Został sam, w saunie zrobiło się ciemno, chodził na czworakach szukając wyjścia. Nie mógł znaleźć. “Przyszła chyba ostatnia godzina. Położyłem się, czekałem na śmierć”. Nagle drzwi się otwarły, panowie Finowie wołali: “Tadeusz! Ty jesteś mistrz! Jeszcze nikt z nas nigdy nie wytrzymał tyle w saunie parowej! A Ty tyle czasu, to niespotykane”. Nie przyznał się, że już żegnał się z życiem.

– Przyjeżdżał do Karpacza samochodem?

– Był przywożony przez pana Kulika albo kogoś z Urzędu Miasta. Czasem przywoził go pan Stolarczyk. Często puszczał mu “Jarzębino czerwona”. Uwielbiał ten utwór.

– Kto go tu odwiedzał?

– Tłumaczka na włoski. Raz przyjechał Andrzej Seweryn, z prośbą o zgodę na zezwolenie wystawienia w Paryżu sztuki “Do piachu”. Nie zastał autora, więc rozmawiał ze mną, a ja przez telefon z żoną pana Tadeusza. Był w Konstancinie, zaraz oddzwonił. Dał zgodę, ale zaznaczył: “Pani Jadziu, ale proszę pilnować, by nic nie zmieniono. Gdzie kropka, tam kropka, gdzie przecinek, tam przecinek. A na premierę to pani pojedzie”. Andrzej Seweryn był bardzo szczęśliwy. Wystawił tę sztukę.

– Jak było na premierze?

– Nie pojechałam. Pan Tadeusz potrafił znajdować rozwiązania w takich sytuacjach. Kiedyś miał zaproszenie do Jerozolimy, ale zrezygnował z wyjazdu ze względów zdrowotnych, bo to jednak daleko. Powiedziałam mu, że jeszcze nigdy nie dostałam kartki z Jerozolimy. – Jak pan nie pojedzie, nie dostanę. Proszę sobie wyobrazić, że na imieniny otrzymałam od niego pocztówkę wysłaną z Polski, ale z widokami Jerozolimy. Był bardzo dowcipny.

– O czym rozmawiał z Pani córkami?

– Fascynowało go wykształcenie i wiedza starszej córki – obecnie profesora etnologii. Ma dużą wiedzę na temat zasad religijnych, folkloru, a pracę pisała na temat śmierci. Kiedyś pani Różewiczowa zadzwoniła do mnie po Wszystkich Świętych z pytaniem, co moja córka robiła na pokazie mody cmentarnej. Pokazywali w telewizji, co ona tam robiła. Okazało się, że wypowiadała się jako etnolog na temat zwyczajów pochówkowych.

– Czy Tadeusz Różewicz był osobą tajemniczą?

– Tak, zdecydowanie! Porównałam go kiedyś do Stanisława Lema. Uśmiechnął się tylko, gdy to usłyszał. Potrafił przewidzieć różne zjawiska I sytuacje. Martwiła go sytuacja na świecie. Widział ją w bardzo szerokim kontekście, umiał wyciągnąć wnioski. Widział to, czego my nie byliśmy w stanie dostrzec.

– Wracał do swoich przeżyć wojennych?

– Nie, ale kiedyś zapytałam go, dlaczego jego wiersze są takie mroczne, czarne. Odpowiedział, że takie było jego życie. “Na moich oczach został zastrzelony mój starszy brat. Pani Jadziu, ja tego nigdy nie zapomnę”.

Rozmawiał: Leszek Kosiorowski

Fot.: DCK Arka Karkonoszy. Pełną wersję rozmowy znajdą Państwo na na youtube

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Marek Lis

694 792 203

Zgłoś za pomocą formularza.