Wojtek Antonik – rocznik 1970, wykształcenie średnie ogólne, tata jednego syna, mąż Patrycji, z którą mieszka blisko natury we wsi Krogulec w Rudawach Janowickich.

– Rzuciłeś atrakcyjną pracę w korporacji. Wybrałeś prowadzenie niedużej kawiarni w Jeleniej Górze. Skąd taki pomysł?

– Tak naprawdę to ja jestem stąd. Pochodzę z Kowar. Gdy je wspominam, przychodzi mi na myśl beztroska życia w czasach, gdy nie mieliśmy takich podwórek, jak te współczesne, gdy nie mieliśmy telefonów i w ogóle było inaczej. Potem było życie dorosłe – zwykłe-niezwykłe…

– Gdzie je prowadziłeś i co robiłeś?

– Wyprowadziłem się bardzo szybko z Kowar – w wieku 22 lat. Szybko wszedłem też w obowiązki dorosłego – ojca i męża. Te doświadczenia doprowadziły mnie do momentu, w którym zacząłem się zastanawiać, co dalej z moim życiem, o co mi w nim chodzi, co mi dźwięczy w duszy i sercu.

– Musiałeś z czegoś żyć, pracować gdzieś, zarabiać…

– Oczywiście. Pracowałem w kilku zakładach – w Bolesławcu, na Ukrainie. Prowadziłem różne projekty w branży automotive, zarządzałem ludźmi.

– Byłeś na ścieżce korporacyjnej.

– Absolutnie tak. Byłem w innym świecie niż teraz. W tym świecie fajna muzyka grała mi w głębi duszy, ale kompletnie nie miałem pomysłu na realizację siebie, więc robiłem to, co wszyscy. Aż przyszedł przełom. Założyliśmy z przyjaciółmi firmę. Wydawało mi się, że spełnił się sen, że osiągnąłem wszystko. Okazało się jednak, że ten sen nie jest skrojony na to, co jest we mnie w środku. Satysfakcja finansowa nie szła w parze z tym, co mi w duszy grało. Tęsknoty za innym życiem odzywały się coraz mocniej. W końcu nadszedł moment, w którym podjąłem decyzję o zerwaniu ze wszystkim starym, co mnie otaczało, z całym moim dotychczasowym światem. To była rewolucja, która oznaczała, że idę w świat sam, że muszę odnaleźć siebie, dowiedzieć się, kim jest Wojtek, czego Wojtek chce, a czego – przede wszystkim – nie chce. To właściwie było najpierw – diagnoza, czego nie chcę. Dopiero potem zaczęło się wyłaniać to, czego pragnę.

– Czyli zmiana była procesem, który w Tobie dojrzewał, a nie efektem jakiegoś wydarzenia.

– Tak, zdecydowanie. Choć było też pewne przebudzenie, refleksja, że nie chciałbym podzielić losu moich rodziców, którzy zestarzeli się w poczuciu niespełnienia i średniej szczęśliwości. Czułem, niestety, że – nie obrażając nikogo – idę drogą rutyny przeciętnego Kowalskiego, podczas gdy chciałem czegoś innego.

– Postanowiłeś zawalczyć o siebie. Od czego zacząłeś?

– Spakowałem swój dobytek i wynająłem 27 metrów kwadratowych powierzchni życiowej. Już następnego dnia nie wiedziałem, co mam robić. Korzystałem z pracy z coachem. Poszedłem w góry na kilka dni, by pobyć samemu, przemyśleć, co zrobiłem… Kurz musiał opaść. Przemiana trwała około czterech-pięciu miesięcy. I właśnie po kilku miesiącach przyszło hasło: kawa. Poczułem, że to hasło pasuje do tego, co lubię, moich przekonań i estetyki. Dwa najbardziej uwodzące zapachy świata dla mnie to zapach chleba, z piekarni Płońskiego w Kowarach, i zapach kawy. Ale w pierwszym momencie odrzuciłem pomysł budowania nowego życia w związku z kawą. Nie miałem pieniędzy ani pomysłu. Jak zrobić kawiarnię? Kto mi pomoże? Nie widziałem tego.

– A jednak poszedłeś w tę stronę.

– Gdy minął miesiąc, znalazłem się w sytuacji, w której za chwilę bardziej realne byłoby schronisko Brata Alberta, a nie realizacja marzeń o nowym życiu. “Ej, stary, zrób coś!” – pomyślałem. “Dowiedz się chociaż tyle, ile możesz, a potem zobaczysz, co z tego wyniknie”. Postanowiłem znaleźć największych świrów kawowych w Polsce. Gdy zadzwoniłem do mistrza Mateusza Gacy, rozmawialiśmy 40 minut. Trafiłem do Brismanów w Poznaniu – kultowego miejsca dla kawoszy, stworzonego przez Mateusza razem z Agnieszką Rojewską, mistrzynią świata Latte Art. Nie mogłem trafić w lepsze towarzystwo. Ale najpierw, gdy pierwszy raz wszedłem do Brismanów, gość w dredach podał mi kawę, przywitał się. Gdy spróbowałem kawy, którą przyniósł, zapytałem: “co to za ścierwo?” Odpowiedział: “Etiopia, matka kawy”. Wtedy już poczułem, że dzieje się coś niezwykłego i zaskakującego. Zdałem też sobie sprawę, że coaching, o którym wcześniej myślałem, mogę połączyć w przyszłości właśnie z kawą i samemu prowadzić szkolenia.

– Najpierw sam się uczyłeś.

– Długo jeździłem do Poznania uczyć się kawiarstwa. W tym czasie w Jeleniej Górze pewnego dnia trafiłem na ulicę Nowowiejską, gdzie nieoczekiwanie sen zaczął się spełniać. Była tam kawiarnia z fajnym klimatem. Gdy o tym powiedziałem, dziewczyna za barem odparła: “No to bierz ją, bo my już jesteśmy zmęczeni, może ją wynajmiesz?”

– To było Kukutu Cafe?

– Tak. W pierwszej chwili miałem wątpliwości, jak tego byka złapać za rogi, przecież dopiero uczyłem się robić kawę. Ale wszystko zaczęło sprzyjać. Przyjechał mój przyjaciel, doradził, by brać, choć pewnie wiedział, że puszcza mnie z klifów w ocean. To jednak był dobry, zimny prysznic, bo musiałem się szybko wszystkiego nauczyć. Pomógł mi też Mateusz Gaca, który też przyjechał, by przez tydzień stać nade mną niczym ojciec chrzestny i uczyć wszystkiego.

– Dlaczego zdecydowałeś się na prowadzenie kawiarni w Jeleniej Górze, a nie w Krakowie, Warszawie bądź innym bardzo ruchliwym miejscu?

– Myślałem o różnych lokalizacjach, byłem we Wrocławiu, Poznaniu, szukałem czegoś, co tworzy sukces danego miejsca. Doszedłem do wniosku, że to człowiek jest motorem napędowym każdego miejsca. Poza tym, gdzie jeszcze jest tak pięknie jak u nas, w Karkonoszach? Gdzie jest tak, że jak wsiadasz w auto czy po prostu patrzysz przed siebie, to widzisz góry i zwyczajnie się uśmiechasz? Uważam, że mieszkamy w jednym z najpiękniejszych zakątków w Europie.

– Czyli ostatecznie wybór był prosty.

– Prosty, ale i trudny, ponieważ Jelenia Góra nie jest miejscem, w którym zbyt wiele by się działo. Łatwiej pewnie byłoby otworzyć kawiarnię we Wrocławiu, gdzie natychmiast jest masa odbiorców.

– Mikavka, którą prowadziłeś ze swoją ukochaną Patrycją, była kawiarnią z artystycznym zacięciem. Wcześniej były już próby kreowania takich miejsc w Jeleniej Górze, ale kończyły się niepowodzeniem. Wam się udało.

– Ogromny udział miała w tym Patrycja i nasza miłość. To miejsce powstało z naszych uczuć oraz naszych wielkich pasji: fotograficznej Patrycji i mojej do kawy. Jesteśmy silnymi postaciami, ale postawiliśmy na równi obie pasje. Zresztą najważniejsze, żeby tu byli ludzie. Choćby nie wiadomo kto miał jaką pasję, miejsce nie będzie żyło, jeśli najważniejszy w nim nie będzie człowiek. Przychodzili licznie do Mikavki fotograficy, ale budowała się też społeczność kawowa. Z czasem postanowiliśmy organizować wydarzenia kulturalne. Postawiliśmy na jakość, dając dużą przestrzeń działania dla znakomitego zespołu pracowników.

– Mikavkę oddaliście innej ekipie. Co teraz?

– Kolejny etap. Prowadzę warsztaty kawowe, współtworzę “Szósty Smak” z Gustawem Małeckim, pracuję też w “I love Italy”, jak również wspieram tych, którzy – jak ja kiedyś – zaczynają działalność związaną z kawą. Tak naprawdę kawa jest dla mnie przykrywką do tego, co najbardziej lubię: bycia razem z ludźmi, rozmowy z nimi, pomocy im. Najważniejszy w tym wszystkim jest człowiek i możliwości kontaktu z nim.

– Czy czujesz teraz spójność tego, co w życiu robisz, z tym, co Ci w duszy gra?

– Tak, spójność ten stan określa idealnie.

– Dziękuję za rozmowę

Leszek Kosiorowski

1 Komentarz

  1. Wspaniała historia! Gratuluję odwagi i życzę sukcesów w realizacji kolejnych pomysłów/ marzeń 🙂

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Marek Lis

694 792 203

Zgłoś za pomocą formularza.