Nic tak nie przyciąga uwagi czytelnika jak sensacyjne, częstokroć brutalne i krwawe historie. Zdawali sobie z tego sprawę także pierwsi powojenni dziennikarze, którzy na łamach swoich gazet regularnie przytaczali takie przypadki. Swoją drogą nie musieli zbyt daleko szukać, bo przestępczość kryminalna osiągnęła wówczas istne apogeum.

Powodów takiego stanu rzeczy było sporo – przede wszystkim trzeba tutaj wskazać na brak odpowiednio silnej polskiej administracji, niski poziom wyszkolenia pierwszych oddziałów służb porządkowych (milicja) oraz ogólne poczucie samowoli i bezkarności. Było to zwłaszcza widoczne na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Jak pisała historyk Joanna Lilla Świącik: „Dziki Zachód” – tak Polacy określali Ziemie Zachodnie (…). Przyczyna nadanie tej niepochlebnej nazwy jest dość oczywista: stan bezpieczeństwa na ziemiach przyłączonych do Polski po zakończeniu II wojny światowej przez długi czas pozostawał fatalny. Grabieże i rabunki, zbiorowe gwałty, występujące bezpośrednio po przejściu frontu i później, nawet po przejęciu władzy przez polską administrację, szabrownicy i „zakazany element” w połowie lat 40. XX w. sprzyjały stworzeniu takiego stereotypu. Z kolei jak zauważa inny historyk, Marcin Zaremba, powojenna przestępczość stanowiła pewnego rodzaju kontynuacje zjawisk, które miały swą genezę w czasie trwania II wojny światowej.

Wertując stare roczniki powojennej prasy zauważyć można pewną dosyć charakterystyczną rzecz – na próżno szukać w nich informacji o przestępstwach popełnianych przez żołnierzy Armii Czerwonej/Radzieckiej (zmiana nazwy nastąpiła na początku 1946 r.), które w tym okresie przybrały wymiar wręcz masowy. Na to jednak nie pozwalała ówczesna polityka informacyjna prowadzona przez komunistyczne władze Polski.

Część opisywanych spraw kryminalnych dotyczyła regionu Jeleniej Góry. Tereny te nie były wolne od wyżej opisywanych zjawisk, o czym można przekonać się poniżej.

Mord rabunkowy

W tamtych czasach samotna podróż była czynem skrajnie niebezpiecznym. Napadający na ludzi bandyci byli bezwzględni – często najpierw strzelali, a dopiero później przystępowali do rabunku. Co jakiś czas jakiś nieszczęśnik przekonywał się o tym na własnej skórze. Jeden z takich przypadków odnotowano w powiecie lubańskim:

Patrol M.O. wysłany na obchód terenu znalazł na odcinku szosy pomiędzy Lubaniem, a wioską Dobrzyce trupa Witolda H, mieszkańca wsi Dobrzyce, zamordowanego jak wskazywała na to rana, strzałem w tył głowy.

Z zeznań członków rodziny zamordowanego wynika, że [Witold] H. wracając do swej wioski miał przy sobie około 50 tysięcy złotych, których przy trupie nie znaleziono.

Źródło: Naprzód Dolnośląski, nr 15 z 19-20 I 1947.

Napad na Dzikim Zachodzie

Niebezpiecznie było także w domach, których wyposażenie przyciągało wzrok złodziei i bandytów. Regularnie odnotowywano napady na domy zasiedlone przez polskich przesiedleńców:

8-go sierpnia 1946 r. dwóch opryszków urządziło napad rabunkowy na budynek mieszkalny na stacji kolejowe Bobrzeck, powiat Lwówek. O godz. 11-ej w nocy wybili oni szybę w mieszkaniu Brunona L., dostali się do wnętrza, jego i żonę jego sterroryzowali posiadanym karabinem i razem z Anną W., również lokatorką wymienionego domu zaprowadzili ich do piwnicy i tam zamknęli, podczas gdy sami rozpoczęli plądrowani mieszkania. Ograbili z ubrań i bielizny mieszkanie Brunona L., Anny W., nieobecnego Waltera L., zabrali również ruchomości należące do Wacława C., który oddał je [Brunonowi] L. na przechowanie.

1-go października Edward M. zawiadomił posterunek MO we Wleniu, że napadu na stacji kolejowej Bobrzeck dokonał Stanisław R. (lat 30), zam. w Polichowicach. [Stanisław] R. doprowadzony na posterunek przyznał się do urządzenia napadu wespół z Janem W. Jednak dwa dni później w Sądzie Grodzkim we Lwówku odwołał swoje poprzednie zeznania. Dzięki przypadkowi oskarżenie przeciwko [Stanisławowi] R. zostało potwierdzone: [Jan] W. zostawił u [Edwarda] M. palto dla [Stanisława] R., [Edward] M. oddał to palto Banasiakowi, który miał je sprzedać na targu w Jeleniej Górze. Przechodzący przez plac targowy Wacław C. poznał swoje palto.

Źródło: Naprzód Dolnośląski, nr 6 z 9 I 1947.

Trup na torach

Na ówczesnym Dolnym Śląsku prawie codziennie dochodziło do napadów, gwałtów oraz zabójstw, których sprawcy nigdy nie zostali ujęci. Wielu ofiar nigdy nie zidentyfikowano. Nie pozwalał na to ich stan lub brak dokumentów. W czasach, gdy struktury państwowości polskiej na tych terenach dopiero powstawały, a Milicja Obywatelska sama co dopiero raczkowała i zmagała się z szeregiem własnych problemów, ofiarą zdemoralizowanych osobników padło wiele nieznanych anonimowych ofiar, które za swój nowy dom lub postój obrały tzw. Ziemie Odzyskane. Jeden z takich przykładów przytoczył dziennik Słowo Polskie:

Na torze kolejowym między Chojnastami i Pilichowicami znaleziono zwłoki nieznanej kobiety w wieku około 20 lat. Na zasadzie wizji lokalnej stwierdzono, że kobieta zamordowana została na pobliskiej łące, a następnie wciągnięta na tor.

Źródło: Słowo Polskie, nr 21 z 23 I 1947.

Atak „partyzantów” na dom dentysty

Przed sądem wojskowym w Jeleniej Górze stanęli 14 stycznia czterej oskarżeni o napad i rabunek z bronią w ręku. Są to: Mazur (lat 40), Winiarski (lat 21), Muzyka (lat 20) zamieszkali w Kamiennej Górze i Borek (lat 27) zamieszkały w Nowej Wsi powiat Jelenia Góra.

Sąd wojskowy sądził oskarżonych tylko za posiadanie broni i w wyniku rozprawy skazał. Mazura na 12 lat więzienia, Winiarskiego na 6 lat, Muzykę na 10 lat i Borka na 6 lat.

Następnie ci sami oskarżeni stanęli przed Sądem Okręgowym, który powtórnie rozpatrywał całą sprawę. Przebieg napadu był następujący: w Nowej Wsi mieszka zamożny dentysta, Niemiec. W tej samej miejscowości mieszkał oskarżony Borek, który znając poszkodowanego, postanowił go obrabować. W tym celu skomunikował się z Mazurem, który przyrzekł zdobyć odpowiednią ilość rewolwerów. Do tej dwójki doszli jeszcze Muzyka i Winiarski.

Wspólnie omówiono plan działania. Mazur wypożyczył od Malinowskiego, u którego mieszkał 4 rewolwery, za co miał zapłacić tysiąc zł[otych] i tak uzbrojeni poszli „na robotę. Winiarski i Muzyka zapukali do mieszkania, które otworzyła im córka dentysty. Ruchem okazali ból zęba i zostali wpuszczeniu do gabinetu. Wchodzącego dentystę sterroryzowali rewolwerami i kazali mu siadać, następnie zebrali wszystkich domowników razem z nim w tym gabinecie. Do pilnowania ich pozostał Muzyka. Winiarski natomiast zawołał pozostałych na zewnątrz Mazura i Borka i wspólnie wszyscy trzej wzięli się do plądrowania całego mieszkania. Wybieranie co lepszych rzeczy z ubrania i garderoby, szukanie pieniędzy trwało półtorej godziny. Wychodząc z dużym łupem nastraszyli Niemców, że jeśli zameldują milicji o napadzie, to wysadzą dom w powietrze, bo oni są partyzantami i jest ich 20-tu.

Piątego dnia wszyscy oskarżeni zostali aresztowani przy czym Malinowski zdołał uciec. Sąd wziąwszy pod uwagę odegrane w napadzie role skazał: Mazura na 8 lat więzienia, Winiarskiego i Muzykę po pięć lat i Borka na 8 lat.

Oskarżony Mazur jest z zawodu tokarzem precyzyjnym i pracował kiedyś w fabryce broni, oskarżony Muzyka posiada licealne wykształcenie, Winiarski był komendantem straży przemysłowej, Borek to rolnik.

Źródło: Naprzód Dolnośląski, nr 16 z 21 I 1947.

Morderstwo w lesie

Pod koniec 1946 r., na łamy dolnośląskiej prasy trafiła sprawa podwójnego morderstwa z okolic Zgorzelca. Ofiarami tego brutalnego przestępstwa były kobiety narodowości niemieckiej. Natomiast ich oprawcami okazali się być ci, którzy na co dzień powinny strzec bezpieczeństwa mieszkańców tych ziem. Sprawę opisał dziennik Naprzód Dolnośląski:

Niemki: Elza S. i Lidia L. pracowały u Mieczysława Ś. w Szymborku pow. Zgorzelec. Na początku listopada 1946 r. zwolniły się z pracy i ruszyły w drogę. Kiedy nie wracały kilka dni, [Mieczysław] Ś. poszedł do Jana Z., który miał im pomóc przedostać się przez granicę, by się dowiedzieć co się z niemi dzieje. Nie zastał go w domu, dowiedział się wszakże od obecnej Marty F., że obie Niemki, [Jan] Z. i jakiś żołnierz wyszli razem z domu.

Odszukawszy [Jana] Z. usłyszał od niego, że z domu wyszli razem, ale wkrótce się rozstali i Niemki same poszły w drogę. Rzucił przypuszczenie, że może zostały zatrzymane przez W.O.P. [Wojska Ochrony Pogranicza – M.Ż.]. Wobec tego [Mieczysław] Ś. rozpoczął poszukiwania na własną rękę. Znalazł obie w przydrożnym stawie (…). Obie już nie żyły i były obrabowane z ubrania.

Następnego dnia, tj. 10 listopada, Jerzy K., żołnierz W.O.P sprzedał damskie buty za sumę 3.000 zł. W czasie przeprowadzonej rewizji w domu Jana Z. znaleziono rower i zegarek, który [Mieczysław] Ś. rozpoznał jako swój własny wypożyczony Niemkom.

Sprawcy zostali więc bardzo szybko ujęci. W styczniu 1947 r., zatrzymani mężczyźni trafili przed oblicze jeleniogórskiej Temidy. Jedyne na co mogli liczyć, to surowy wyrok – oskarżyciel wnioskował o karę śmierci. O procesie i ostatecznym wyroku informowano w jednym z kolejnych numerów Naprzodu Dolnośląskiego:

Przed Sądem Okręgowym w Jeleniej Górze stanęli 14 stycznia dwaj młodzi oskarżeni o zamordowanie dwóch Niemek w celu ich obrabowania. Morderstwo miało miejsce 9 listopada [19]46 r. w lasku, w odległości 3 km od Radomierzyc pow. Zgorzelec [obecnie Radomierzyce, powiat zgorzelecki – M.Ż.]. Przebieg jego według przewodu sądowego, był następujący: ubocznym zajęciem milicjanta Jana Z. było przeprowadzanie ludzi przez granicę.9 listopada przyprowadził z tamtej strony dwie Niemki: Elzę S. i Lidię L. Następnie w domu, dokąd zaprosił obie klientki urządził libacje, na której był również jego kolega, żołnierz W.O.P. – Jerzy K. W tym czasie umówili się obaj, że zamordują [Elze] S. i [Lidię] L., ażeby potem je obrabować.

Zaproponowali oni Niemkom odprowadzenie ich. 3 km. Za Radomierzycami wciągnęli je do stojącego obok szosy lasu i tam wykonali swój plan. [Jan] Z. strzelił z posiadanego karabinu do Elzy S. i trafił ją w plecy. Raniona poczęła uciekać, milicjant dogonił ją i podstawił jej nogę. Niemka upadła, wtedy strzelił jej w tył głowy. W tym samym czasie [Jerzy] K. (jak sam się wyraził) załatwiał Lidię L. Nie chciał się jednak przyznać czym ją zabił: czy nożem, czy może bagnetem. Zamordowana miała duże rany cięte.

Po dokonanym zabójstwie [Jan] Z. i [Jerzy] K. ściągnęli z ofiar obuwie i ubranie i następnie wrzucili je do dołu z wodą. Już w kilka godzin po morderstwie sprawa się wydała i w niedługim czasie obaj sprawcy zostali aresztowani. Na rozprawie przyznali się do zabójstwa, ale zrzucali winę jeden na drugiego.

Prokurator w swej mowie zażądał kary śmierci dla obu oskarżonych, adwokaci prosili o karę więzienia. Sąd, po godzinnej przerwie i naradzie skazał Jana Z. (lat 27) i Jerzego K. (lat 20) na dożywotnie więzienie i pozbawienie praw obywatelskich i honorowych na zawsze. Obaj oskarżeni to typy raczej zdegenerowane, o niskim poziomie umysłowym i moralnym.

Źródło: Naprzód Dolnośląski, nr 2 z 3 I 1947 i nr 15 z 19-20 I 1947.

Marek Żak

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

Zgłoś za pomocą formularza.