W pierwszych miesiącach po zakończeniu wojny za katastrofalny poziom bezpieczeństwa na Dolnym Śląsku odpowiadali w głównej mierze żołnierze Armii Czerwonej, którzy uważali ten region za swoją zdobycz wojenną. Na szeroką skalę szerzył się szaber, zabójstwa, gwałty, napady i kradzieże. Nie inaczej było na ziemi jeleniogórskiej, gdzie jeszcze przez wiele tygodni radzieccy żołdacy byli zmorą tutejszych osadników.

Proces przejmowania władzy przez Polaków na powojennym Dolnym Śląsku (a nawet całych Ziemiach Odzyskanych) miał swój specyficzny charakter. Wynikał on z faktu, iż obszarem tym od kilku dobrych miesięcy zarządzała armia radziecka, tworząc na jego terenie sieć komendantur wojennych. Ten, który pomyślał, iż obecność „sojusznika” ułatwi przebieg całego tego nie ma co ukrywać, skomplikowanego, a zarazem i trudnego, zwłaszcza przy ówczesnych warunkach i możliwościach państwa polskiego, procesy, ten szybko musiał zweryfikować swoje poglądy. Obecność radziecka na terenie Dolnego Śląska od samego początku działała destrukcyjnie na rozwój polskiej administracji na tym terenie oraz na przebieg polskiej akcji osadniczej.

We wrześniu 1945 r., wojewoda dolnośląski (wówczas nazywany Pełnomocnikiem Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na Okręg Administracyjny Dolnego Śląska) donosił, że za bardzo niezadawalający stan bezpieczeństwa na podległym mu terenie odpowiadają stacjonujący tam żołnierze Armii Czerwonej. Zwracał uwagę przede wszystkim na ich niewłaściwy stosunek wobec Polaków. Jak jednak podkreślał, że władze wojskowe sowieckie wykazują wiele zainteresowania i dobrej woli, podkreślając na każdym kroku chęć współpracy w kierunku usunięcia zła. Marne to było jednak pocieszenie, bo jeszcze w tym samym dokumencie wskazywał, iż pomimo takich starań zjawisko przestępczości wśród żołnierzy z ZSRR nie spada, a nawet wzrasta. Z kolei Komendant Wojewódzki Milicji Obywatelskiej latem 1945 r. informował, że Bezpieczeństwa na drogach publicznych terenu województwa Dolno-Śląskiego jest w stanie krytycznym z powodu coraz częstszych napadów i rabunków przez żołnierzy sowieckich. Często dochodzi do konfliktów – wynikiem czego są wypadki zabicia funkcjonariuszy MO.

Problem z komendantem

Wiele problemów sprawiała też jednak współpraca z oficjalnymi czynnikami wojsk radzieckich. Nie inaczej było w Jeleniej Górze, gdzie w pierwszych miesiącach po zakończeniu wojny, bardzo często najpoważniejszym problemem lokalnych władz była niemożność porozumienia się z komendantem wojennym – niejakim majorem Smirnowem (jeleniogórska komendantura posiadała także podległe jej komendy w Cieplicach, Kowarach i Karpaczu). Na współpracę z nim i z jego ludźmi, a raczej jej całkowity brak, narzekali w swoich raportach i sprawozdaniach zarówno przedstawiciele lokalnej administracji samorządowej, jak i członkowie poszczególnych grup operacyjnych, przysyłanych na teren ziemi jeleniogórskiej z głębi kraju. Nie jednokrotnie dochodziło do sytuacji, kiedy specjaliści z polskich grup operacyjnych byli zatrzymywani, a nawet umieszczani w areszcie – nie pomagało nawet posiadanie właściwego upoważnienia lub innego dokumentu wydane przez polskie władze. Radziecki komendant miał także utrudniać pracę polskich służbom mundurowym, a zwłaszcza odpowiedzialnej za porządek na ulicach Milicji Obywatelskiej. W lipcu 1945 r., sprawa była na tyle poważna, że poruszył ją w swoim raporcie Komendant Wojewódzki. W dokumencie czytamy, że (…) w powiecie Jelenia Góra /Hirschberg/ (…) komendant wojenny mjr Smyrnow prześladuje MO i wszystkich Polaków (…). Problem choć wówczas bardzo poważny, to rozwiązał się sam. Jeszcze w latem 1945 r. doszło do rozwiązania komendantur na terenie Dolnego Śląska i pomimo, iż w niektórych przypadkach doszło do sporych „opóźnień” w tej kwestii, to odeszły one do historii.

Jednakże lekceważący stosunek żołnierzy radzieckich wobec Polaków pozostał. Wiosną 1946 r., wojewoda dolnośląski opisując sytuacje w Bolesławcu pisał, że obywatele polscy są traktowali przez z nich z gór oraz charakteryzuje ich wrogie nastawienie do tego, co tchnie polskością.

Czerwona plaga

To nie jednak problemy z radziecką administracją były największym zmartwieniem ówczesnych mieszkańców ziemi jeleniogórskiej. O wiele bardziej niebezpiecznym zjawiskiem dla przybywających tutaj Polaków była niebywale wysoka przestępczość wśród stacjonujących w tym regionie żołnierzy Armii Czerwonej. Ci natomiast czuli się całkowicie bezkarni. W pierwszych tygodniach trwania akcji osadniczej regularnie dochodziło nawet do napadów na transporty z przesiedleńcami. Przyszłych osadników atakowano też na punktach PUR i dworcach kolejowych. Nie brakowało przykładów, że do czynów takich, jak napady, gwałty czy nawet morderstwa dochodziło w tzw. biały dzień. W sierpniu 1945 r., władze Oddziału PUR w Legnicy, pod którego jurysdykcją znajdowała się Jelenia Góra i okoliczny powiat, zaliczyły te tereny do obszarów cały czas zagrożonych niebezpieczeństwem ze strony zdemoralizowanych żołnierzy radzieckich. Nie bezpiecznie było także w innych powiatach, gdzie regularnie odnotowywano przestępstwa ze strony czerwonoarmistów. W listopadzie 1945 r., z powiatu kamiennogórskiego donoszono: dnia 9.XI.1945 r. dokonali żołnierze sowieccy napadu rabunkowego na ob. Kawa Jan, któremu grożąc pistoletem zabrali 400.- złotych. Na baczności musieli się mieć także liczni jeszcze Niemcy. W jednym z kolejnych raportów, podawano następujące wieści z okolic Lwówka Śląskiego: dnia 27.11.br. dokonali żołnierze sowieccy napadu na dom ob. narodowości niemieckiej. Sprawcy zrabowali zboże, spalili zabudowania, postrzelili Niemców, poczym zbiegli. Na terenie okolicznych powiatów działały radzieckie bandy rabunkowe. Jedna z nich, działająca w okolicach Bolesławca, tylko w ciągu dziesięciu dni dokonali trzech udanych ataków na Polaków. Lokalna milicja była wobec nich bezradna. Odnotowywano zresztą przypadki zabójstw funkcjonariuszy.

Jak pokazują kolejne przykłady, dochodziło też do takich sytuacji, gdzie radzieccy żołnierze napadali i rabowali innych żołnierzy radzieckich. W jednym z przypadków z terenu powiatu jeleniogórskiego odnotowano, że czterech żołnierzy, tu cytat obrabowało swojego kolegę. Na pomoc ofierze przybyła polska milicja. Napastnicy nie zamierzali się jednak poddać. Między funkcjonariuszami, a bandytami doszło do użycia broni palnej. Finalnie żołnierze musieli jednak skapitulować i zostali aresztowani. Podobnie jak w innych takich przypadkach, zostali niezwłocznie przekazani do właściwej im radzieckiej komendantury, gdzie mieli zostać osądzeni. W tym przypadku była to komenda wojenna w Cieplicach.

Przezorność to podstawa

Polacy, zamieszkujący wówczas ziemie jeleniogórską, musieli mieć się cały czas na baczności, bo niebezpieczeństwo ze strony „wyzwolicieli” czyhało na nich każdym kroku. Po pierwsze, złym zwyczajem było wychodzenie z domu po zmroku. Do drugie, zalecano podróżowanie w większych grupach – powrót z pracy, czy ze szkoły w pojedynkę nie wtedy zbyt dobrym pomysłem. Po trzecie, proponowano dosłowne wcielenie w życie hasła mój dom, moją twierdzą, co w praktyce objawiało się szczelnym zabarykadowaniem mieszkania lub domu – zwłaszcza, kiedy zbliżała się noc. Niestety, nawet stosowanie się do tych zasad nie dawało pewności na uniknięcie problemów.

Powojenna poprawność polityczna

W jednym z milicyjnych doniesień z rejonu ziemi jeleniogórskiej, pochodzącym z grudnia 1945 r., odnotowano: dwa napady rabunkowe przez osobników w mundurach sowieckich. Sprawców nie ujęto. Radzieccy żołnierze zostali w nim zatem przemianowani na osobników w mundurach sowieckich. . Nie był to jednak jedyny taki przypadek, a raczej ogólny trend, bo jak wskazują archiwalia z tamtego okresu, polskie władze i służby starały się za wszelką cenę zamazywać negatywne aspekty radzieckiej obecności w kraju. Dopóki dany sprawca nie został schwytany, nikt z nich nie odważył się jednoznacznie wskazać, iż chodzi o radzieckiego żołnierza. Nie ważne, że mundur, broń, a nawet język jakim się posługiwał w czasie np. napadu, jednoznacznie wskazywał, z kim ma się do czynienia.

Co ciekawe, dokonywano wyraźnego rozróżnienia pomiędzy schwytanymi żołnierzami, a ich kolegami, którym udało się zbiec. Ci pierwsi do „żołnierze”, natomiast drudzy to już „osobnicy”. Jeden z przykładów tego kuriozum znajdujemy w jednym z raportów sytuacyjnych Wydziału Śledczego Komendy Wojewódzkiej MO we Wrocławiu z 1945 r., gdzie można przeczytać, że Dnia 11.XII.br. 4-ch uzbrojonych sowieckich żołnierzy dokonało napadu rabunkowego w Szklarskiej Porębie, sprawców ujęto i odstawiono do Władz Sowieckich. Oprócz w/w zanotowano 6 wypadków napadu rabunkowego, dokonanych przez osobników w mundurach sowieckich, sprawców nie ujęto.

Analiza ówczesnej dokumentacji dolnośląskiej milicji świetnie pokazuje, jak bardzo kreatywni musieli być funkcjonariuszy sporządzający raporty i sprawozdania. Skutkowało to tym, że identyfikując sprawców danego przestępstwa wspominano m. in. o „nieznanych sowietach”, „sprawcach w mundurach sowieckich”, „osobnikach w mundurach sowieckich”, „grupkach ludzi w mundurach wojskowych sowieckich”. W jednym z milicyjnych raportów informowano, że za przestępstwem stoi „dwóch osobników rozmawiających językiem rosyjskim z bronią w ręku”. Pojawiały się też informacje o przestępstwach „(…) ze strony malkontentów i dezerterów z Wojsk Rosyjskich”, „(…) osobników w ubraniach cywilnych mówiących językiem rosyjskim” oraz „(…) elementów wykolejonych dopuszczających się (…) w mundurach A.[rmii] C.[zerwonej] czynów przestępczych”.

Skarg, na działalność Armii Radzieckiej na terenie całego było tak dużo, iż 12 XII 1946 r., polski rząd podjął decyzję o powołaniu funkcji Delegata przy Dowództwie Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej (PGWAR). Utworzona została Delegatura Rządu RP przy PGWAR, która oficjalnie rozpoczęła swą działalność 7 I 1947 r. To tutaj mieli np. zgłaszać się wszelcy poszkodowani w kontaktach z radzieckimi żołnierzami. 
Pułkownik Wojciech Wilkoński, ówczesny Delegat Rządu RP przy PGWAR, w listopadzie 1948 r. pisał: We wszystkich sprawach dotyczących Wojsk Radzieckich należy zwracać się do Delegatury Rządu RP przy Dowództwie Północnej Grupy Wojsk Radzieckich przez Wydział Społeczno-Polityczny właściwego Urzędu Wojewódzkiego (…). Wszystkie sprawy kierowane bezpośrednio do Marszałka Rokossowskiego pozostaną bez odpowiedzi. Nie było zatem innej drogi, aby coś wskórać. Czy jednak Delegatura była skuteczna w swych zadaniach? Zachowana dokumentacja niejednokrotnie wskazuje, iż było z tym bardzo różnie…

Podpis:

Zdjęcie pochodzi z okładki książki Dariusza Kalińskiego „Czerwona zaraza”, która w 2017 ukazała się nakładem wydawnictwa „Znak”. Przedstawia ona prawdziwe oblicze sowieckiego „wyzwolenia”.

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

Zgłoś za pomocą formularza.