Andrzej Brzeziński – mieszkaniec Karpacza od urodzenia, lat 72, ratownik Grupy Karkonoskiej GOPR. Służba w ratownictwie górskim jest dla niego przygodą, służbą i powołaniem. Ratownikiem górskim chciał być już jako dziecko. Jak mówi: ratownictwo mam w sercu i głowie.

– Brał Pan udział w akcji ratowniczej prowadzonej po największej tragedii w Karkonoszach – lawinie w Białym Jarze w 1968. Co Pan zapamiętał z tego wydarzenia?

– Wszystko. Tak ważnych zdarzeń się nie zapomina. Miałem wtedy 19 lat, mieszkałem w Karpaczu. Nie byłem jeszcze w pogotowiu, ale sympatyzowałem z nim i kręciłem się wokół niego. Wtedy, by się do niego dostać, trzeba było być cierpliwym, bo wymagało to czasu, pracy nad tym. Czekałem na to siedem lat. Wówczas pogotowie było elitą, choć teraz też jest. Należą do niego młodzi ludzi, superwykształceni i wysportowani. Ale wracając do lawiny. Wiadomość o niej rozeszła się bardzo szybko. Bywałem w Juventurze, w którym w marcu gościła na wczasach grupa Rosjan – ofiar lawiny. Juventur był ośrodkiem zagranicznej turystyki młodzieżowej. Grupa ta przyjechała tu z Kujbyszewa na odpoczynek po rajdzie po Polsce.

– Jaki był ten pechowy dzień?

– Pogoda była piękna! Marcowe słońce, ciepło, na dole krótkie rękawki. Ale na górze wiał bardzo silny wiatr. W związku z tym wyciąg krzesełkowy na Kopę był nieczynny. Przy tak cudownej aurze Śnieżka działa jednak jak magnes. Wszyscy patrzą na nią z dołu, podziwiają i myślą sobie: No jak to, my na nią nie pójdziemy? Rosyjscy turyści poszli też, ze swoim pilotem.

– Mieszkańcem Warszawy?

– Tak. Podeszli pod wyciąg, a ponieważ był zamknięty, ruszyli do góry czarnym szlakiem, najkrótszym. Gdy doszli do Białego Jaru, doszło do tragedii. Z analiz wynikało, że gdyby poszli ścieżką zimową, bardziej stromą, byliby świadkami dużej, pięknej lawiny i nic by się nie stało. Ale tak to już jest, że każdy człowiek w górach wybiera sobie wariant łatwiejszy, bez względu na to, jak poprowadzony jest szlak. I później się dzieje… Oni też: weszli na teren łatwiejszy, lawina zabrała 24 osoby… 19 z nich zginęło. Piątka wykopała się sama.

– Kto pierwszy zawiadomił o tragedii?

– Człowiek, który był jej świadkiem, turysta z Niemiec. Bo to w ogóle było tak, że jak Rosjanie poszli czarnym szlakiem, to inni ludzie też, ich śladem, jak stado owieczek. Ten Niemiec dołączył do grupy rosyjskiej na czarnym szlaku, ale w pewnym momencie został w tyle, za własną potrzebą, bądź może by złapać nieco powietrza. Gdy zobaczył, co się dzieje, zbiegł do dolnej stacji wyciągu. Jak opowiadał mi nasz stary naczelnik Rysiek Jaśko, który był wtedy głównym księgowym na wyciągu, Niemiec krzyczał: „Lawinen, lawinen, lawinen!”.

– Rozpoczęła się akcja ratownicza

– Pierwsi ruszyli koledzy ze Strzechy Akademickiej, potem także Waldek Siemaszko z Samotni, jak również ktoś z Kopy.

– W Karpaczu podobno szczekaczki na ulicach informowały o akcji?

– Tak, do góry ruszyli kolejni ratownicy, jak też pracownicy wyciągu, Samotni i Strzechy Akademickiej oraz wszystkich zakładów pracy na terenie Karpacza, a nawet z innych miejscowości Kotliny Jeleniogórskiej. Potem przyjechało też wojsko. Wszyscy byli wolontariuszami.

– Jak Pan się dowiedział i trafił na lawinisko?

– Ktoś mi powiedział. Pobiegłem do dolnej stacji wyciągu i dalej pieszo. Lawina spadła pomiędzy 11:30 a 12, a ja tam byłem gdzieś przed godziną drugą.

– Co Pan tam zobaczył?

– To był straszne. Ogrom śniegu! Byłem młodym człowiekiem, nigdy nie widziałem lawiny takich rozmiarów. Gdy tam dotarłem, wraz z kolegą, na lawinisku krzątali się już ratownicy. Zaangażowali nas do pomocy, oczywiście nie na lawinisku, ale w sekcji transportowej. Dostarczaliśmy sprzęt niezbędny w trakcie akcji. Kierownik wyciągu Zbyszek Pawłowski uruchomił wyciąg, więc wjeżdżaliśmy nim do góry, a w dół zjeżdżaliśmy na nartach. Gdy zapadła noc, woziliśmy pochodnie. To były inne czasy – nie było wtedy latarek-czołówek czy innych źródeł światła, jak dziś. Teren akcji został obstawiony pochodniami, które go nieco rozświetlały. Cały czas było kopane, przez pierwsze dni ostro, później kierowano tam patrole. Lawina zeszła 20 marca, a ostatnia ofiara została wykopana 5 kwietnia.

– Nikogo nie udało się uratować.

– Poza tą piątką, która sama się odkopała, nikt nie przeżył. Ofiary były bardzo głęboko zasypane.

– Czy gdyby techniczne możliwości ratownicze były wtedy na takim poziomie jak teraz, szanse byłyby większe?

– Może. Ale byłaby to trudna sprawa. Ta lawina była tak ogromna, zeszła w tak nieciekawym miejscu – w zwężającej się rynnie… Kumuluje się tam bardzo dużo śniegu, tworząc bardzo grube czoło lawiny. 40 lat później, w tym samym miejscu lawina zabiła chłopaka snowboardzistę. To teren bardzo trudny do prowadzenia akcji ratowniczej. Gdzie indziej, gdy lawina się wypłaszcza, jest łatwiej.

– Ale pewnie można byłoby uniknąć tragedii, gdyby przestrzegano zasad i ostrzeżeń, które przecież ogłoszono.

– Dokładnie trzy dni wcześniej zeszła lawina i zasypała 9 osób, które się odkopały. Byli to narciarze, w sporej części z Jeleniej Góry. Wjechali na górę wyciągiem, zjeżdżali przez Biały Jar – tak najkrócej. Wielu tak robiło, ja też.

– Bardzo szeroko znany zegarmistrz z ulicy 1 Maja w Jeleniej Górze uczestniczył w tym wydarzeniu.

– I jego syn. Słynny wtedy ratownik Szatan, wówczas strażnik narciarski na Strzesze Akademickiej, napisał po tej wcześniejszej lawinie notatkę na jej temat z ostrzeżeniem o zagrożeniu i radą, by tego miejsca unikać. Informacja ta została przekazana zarówno do domów wczasowych w Karpaczu, jak i do władz lokalnych, ale została zlekceważona. Wtedy było inaczej niż dziś, gdy jest więcej informacji, są one łatwo dostępne, prowadzimy profilaktykę, badamy śnieg. Ta tragedia doprowadziła do tego, że z inicjatywy Waldka Siemaszki rozpoczęto badania pokrywy śniegowej i zagrożeń lawinowych. Gdy przeszedłem do pogotowia, wiele się od niego nauczyłem. Wiele informacji przekazywaliśmy też dalej, także do mediów, wszędzie, gdzie była potrzeba. Dziś jest specjalna służba śniegowo-lawinowa, nie tylko w Karkonoszach. Z roku na rok jest pod tym względem lepiej.

– Jak Pan ocenia na przestrzeni swoich ponad 50 lat w Karkonoszach ewolucję zachowań turystów i ruchu turystycznego?

– Wtedy w Karkonoszach i w ogóle w górach były domy wczasowe i w każdym z nich pracował kaowiec czy jakiś inny opiekun, a w górach były Wojska Ochrony Pogranicza. Istniała więc kontrola i regulacja ruchu turystycznego. Choć ludzie chodzili też w góry indywidualnie. Teraz jest – moim zdaniem – rozluźnienie, ludzie nie przejmują się niczym w górach. Niektórzy mówią, że byli przecież w Alpach, na prawie 4 tysiącach. Okazuje się, że wjeżdżali w Alpach wysoko kolejką… Wielu nie czyta map, nie ma map, idzie według map Google’a. W efekcie błądzą. Doprowadziło to GOPR do wielu wypraw ratunkowych zimą, w bardzo trudnych warunkach. Naprawdę warto wydać 10 złotych na mapę papierową, popatrzeć sobie na nią, popytać. I tak wiele osób robi, przychodząc z pytaniami do informacji turystycznych i do naszych dyżurek. Sporo osób ma też w telefonach naszą aplikację Ratunek. To bardzo przydatne narzędzie.

– Dzięki niej możecie szybko zlokalizować i odnaleźć turystę, który się zgubił.

– Tak, bardzo szybko. Jak ktoś mający tę aplikację do nas zadzwoni, nasz dyspozytor od razu widzi na ekranie położenie tej osoby i może ją pokierować, by odnalazła właściwą drogę. Jeśli nie ma zagrożenia, to wystarcza, bo jeśli jest, idziemy po takiego turystę. Trzeba jednak też powiedzieć, że wielu ludzi w górach zachowuje się wzorowo – ma wiedzę, dobre przygotowanie i właściwy ekwipunek.

– Śnieżka też przecież potrafi dać w kość.

– Do wszystkiego trzeba mieć szacunek. Góry są dla rozważnych. Niestety, niektórzy idą w nie spontanicznie, gubią się, a potem dzwonią po nas. My nie jesteśmy taksówką. Jesteśmy do innych celów.Oczywiście, mamy pomagać, ale ludzie, którzy oczekują naszego wsparcia, powinni być świadomi tego, na co się decydują, idąc w góry.

– Wspomniał Pan, że ratownicy to elita.

– Przede wszystkim, by być ratownikiem, trzeba czuć powołanie. Nie chodzi o to, by grać dzielnego ratownika. Trzeba lubić to robić, zupełnie tak, jak mówi przysięga, że na wezwanie naczelnika lub jego zastępcy idziemy w góry, w każdych warunkach. Tego trzeba się trzymać.

– Dziękuję za rozmowę

Leszek Kosiorowski

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Marek Lis

694 792 203

Zgłoś za pomocą formularza.