W czasie tej wyjątkowo ciemnej, nawet jak na listopad, nocy w Pisarzowicach spali tylko nieliczni mieszkańcy wsi, choć większość z nich, dla bezpieczeństwa, tego wieczoru do łóżek położyło się wyjątkowo wcześnie. Polecenie takiego zachowania się wydały mieszkańcom wsi policyjne władze z pobliskiej Kamiennej Góry, kategorycznie nakazując wczesne wygaszenie wszelkich świateł i zasłonięcie okien. Zapowiedziano, że każde naruszenie tych nakazów będzie traktowane jak przestępstwo przeciwko III Rzeszy, a mieszkańcy wsi muszą się liczyć z natychmiastową i bezwzględną reakcją pilnujących Pisarzowic drużyn Hitlerjugend. Tego bowiem wieczoru, w połowie listopada 1944 roku, wykonania poleceń władz policyjnych pilnowało niemal stu młodych Niemców z wałbrzyskiej organizacji Hitlerjugend, której wiele razy powierzano podobne, policyjne w istocie zadania. Frida Lutberg, dziś prawie osiemdziesięcioletnia mieszkanka Berlina, doskonale pamięta tę noc…

– To był piątek lub sobota, w połowie listopada 1944 roku. Tej właśnie nocy nakazano nam iść wcześniej spać i zasłonić okna. O tym zarządzeniu policyjnych władz poinformowano wieś kilka dni wcześniej, zalecając bezwzględnie posłuszeństwo i nie informując mieszkańców, co jest powodem takich zarządzeń. Tylko paru aktywistom partii powiedziano, że chodzi o specjalną ochronę transportu tajnej broni, o strategicznym znaczeniu dla dalszego przebiegu wojny. Wtedy, wiedząc od ojca, co jest powodem takich decyzji, czułam się wyróżniona dopuszczeniem do tajemnicy. Jednak już od dawna jestem pewna, że informację o wojskowym charakterze transportu znała tej nocy chyba cała wieś. Tym, którzy organizowali transport, chodziło właśnie o to, by ,,wspólnikami” wojskowej tajemnicy uczynić całą wieś, co na dłuższy czas gwarantowało milczenie jej mieszkańców. Przy pomocy odpowiednio poinstruowanych kilku członków NSDAP było to zadanie łatwe. Wiem, że tak było, mówi mi o tym mój ojciec. I to się udało, bo o tajemnicy tej nocy po raz pierwszy rozmawiałam z innymi, byłymi mieszkańcami Pisarzowic, dopiero wiele lat po wojnie. Wtedy okazało się, że tę noc i tak pamiętają tylko najstarsi…

Das ist geheim!

To tylko jedyna odpowiedź, na którą przez kilka listopadowych dni mogli liczyć mieszkańcy Pisarzowic, pytający o powód policyjnych nakazów. Patrolujących wieś, młodzi, bardzo pewni siebie mężczyźni, z całą powagą demonstrowali zaufanie, jakim obdarzyły ich władze, powierzając ochronę tak ważnej, wojskowej misji. Frida Lutberg do dziś pamięta wrzaskliwy, władczy ton szczeniaków – jak ich określa – którym dano do ręki broń i władzę nad wsią.

Transport kilkunastu ciężarówek nadjechał od strony Kamiennej Góry już późno w nocy. Huk ciężko wyładowanych aut długo było słychać w całej kotlinie. Ciężarówki, po przejechaniu niespełna dwóch kilometrów od głównej drogi, z Kamiennej Góry skręciły na boczny, stary szlak w kierunku Paczkowic i Czarnowa. Gdy kilka godzin później, już nad ranem, pod wsią od dalekiego wybuchu zadrżała ziemia, mieszkańcy Pisarzowic domyślili się, że ciężarówki wjechały zapewne do starych wyrobisk pod Wilkowyją lub Szubieniczną Górą, a podziemia zostały wysadzone. Wieś wiedziała bowiem doskonale o tym, że przez kilka jesiennych miesięcy 1944 roku był to teren zamknięty, na który obowiązywał zakaz wstępu. Pomimo tego nie udało się ukryć, że pracują tam więźniowie, dowożeni z obozów w Kamiennej Górze do stacji w Leszczyńcu. Mieszkańcy wsi leżących pod Wilkowyją, Jaworową i Bukową Górą domyślali się, że pod tymi górami są prowadzone roboty w starych wyrobiskach i chodnikach, którymi można było pod ziemią przejść z Leszczyńca do Paczkowic, a nawet do Pisarzowic. Tak właśnie mieli z Leszczyńca, w głąb i na drugą stronę góry, do Paczkowic, przechodzić pracujący w starych wyrobiskach więźniowie. Mówiono, że pod górami powstaje kolejna, podziemna fabryka, podobna do tej, którą zbudowano w Antonówce. Ponieważ wielu ludzi z Pisarzowic i okolicznych wsi pracowało przy budowie podziemnej fabryki amunicji w Antonówce, kolejna taka inwestycja nie budziła większej sensacji. W tej sytuacji także tajny listopadowy transport, choć budzi zainteresowanie, nie był niczym niezwykłym.

Cystersi

Frida Lutberg pamięta opowiadania matki, która relację o rozległych podziemiach – starych kopalniach, znała od swoich rodziców. Pamięta także tragiczny wypadek, który zdarzył się w tych lochach kilka lat przed wojną. Zginęło wtedy trzech młodych ludzi, którzy postanowili szukać w starych kopalniach cysterskich skarbów. O tych skarbach, jak opowiada Frida Lutberg, mówiono bowiem w Pisarzowicach niemal od zawsze. Po wsi krążyły legendy o ukrytym po górami skarbie cystersów, który zakonnicy wynieśli z zagrożonego niegdyś wojnami klasztoru w Krzeszowie. Miał on być ukryty właśnie w Czarnowie, nad Pisarzowicami, w sztolniach starych kopalni cynku, ołowiu, a także złota. Frida Lutberg twierdzi z przekonania, że taki skarb może istnieć naprawdę. Jej ojciec uczestniczył bowiem przed wojną w spotkaniach, na których uczeni z Wrocławia szczegółowo pytali mieszkańców okolicznych wsi o wszystkie związane z tym legendy, zapewniając, że taki skarb istnieje i zostanie odnaleziony. Mówiono wtedy, że skarbem cystersów interesują się nawet w Berlinie, a pisarzowicki pastor twierdził, jak opowiada Frida Lutgerg, że jest to złoto, przywiezione z Bliskiego Wschodu przez niemieckie zakony rycerskie…

Z uśmiechem, ale nie bez wiary w to, co mówi, Frida Lutberg przekonuje, że na pewno część robót, które pod tymi górami wykonywano w latach wojny, była skierowana na poszukiwanie cysterskiego skarbu. – Nawet do naszego domu przychodzili oficerowie, prosząc mamę, bym opowiedziała im o cysterskim skarbie to, co opowiadali jej rodzice.

Miłość

Rodzice Tadeusza W. osiedli pod Pisarzowicami w jesieni 1945 roku. Tadeusz miał wtedy 17 lat. Wspólne mieszkanie polskiej i niemieckiej rodziny, mającej aż cztery córki, dla Tadeusza skończyło się wielką miłością. Anną, najstarsza z córek, którą pokochał Tadeusz, odwzajemniła uczucie. Szybko też okazało się, że młodzi potrafią się dobrze porozumieć. Tadeusz twierdzi, że już po kilku miesiącach całkiem dobrze mówił po niemiecku, a Anna po polsku. Miłość ułatwiała też wyznania. Nie tylko uczuć, ale także największych nawet tajemnic. Zakochana Anna dość szybko opowiedziała młodemu Polakowi o dwóch lokalnych tajemnicach. O wielkim transporcie skarbów, który przyjechał rok wcześniej do Pisarzowic, jak twierdziła, wprost z Berlina i Prus Wschodnich, i o tajemniczych podziemiach zaczynających się tuż przy kolejowej stacji.

Relacja o transporcie z Prus i Berlina, którą Tadeusz W. dobrze zapamiętał, niemal dokładnie pokrywa się z tym, co o listopadowej nocy opowiada Frida Lutberg. Różnica dotyczy chyba tylko informacji o zawartości nocnego transportu. Anna twierdziła, że były to skarby z pruskich majątków i nie tylko berlińskich muzeów. Jej ojciec podobno nawet widział skrzynie opisane jako własność kilku instytucji wrocławskich. Tadeusz W. dziś już jednak, niestety, nie pamięta, o jakie instytucje chodziło.

Jego zdaniem ustalić te dane można chyba nadal w archiwach wrocławskiej milicji i KBW, a także w archiwach rosyjskich. Dlatego, że, jak opowiada, przez głupotę i gadulstwo nie tylko zabił miłość Anny, ale sprowadził na jej rodzinę ogromne kłopoty. Bo dziewczyna opowiedziała Tadeuszowi także o innej tajemnicy…

W zboczu góry

Pewnego dnia Anna zaprowadziła Tadeusza w okolice stacji kolejowej i pokazała chłopcu miejsce, w którym ukryto wjazd do wnętrza góry. Tadeusz W. twierdzi, że właściwie nic tam nie było widać, a stok był porośnięty krzakami i młodymi drzewkami. Anna twierdziła jednak, że aż do wiosny 1945 roku z tego właśnie miejsca na stację wyjeżdżały na platformach ciągnionych przez ludzi jakieś skrzynki, które ładowano na wagony. W zasadzie operacje te były przeprowadzone nocą, pod koniec wojny zdarzało się, że transporty odchodziły także w dzień. We wsi mówiono, że są to transporty amunicji, produkowanej, podobnie jak w Antonówce, w podziemiach.

Tadeusz W. o tajemnicy powierzonej mu przez dziewczynę opowiedział ojcu. Ten zaś natychmiast powiadomił milicję i już następnego dnia do Pisarzowic dotarła wyprawa milicji i wojska, a także Rosjan z Antonówki. Wojskowi szybko ustalili, że zbocze jest naruszone, a roślinność posadzono tam zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Żołnierze bez większych trudności rozkopali zbocze i jeszcze tego samego dnia dotarli do salowych wrót prowadzących do podziemi. Następnego dnia rosyjscy saperzy wysadzili bramę i wojskowi weszli do środka. Znaleziono tam duży magazyn amunicji, który opróżniano przez kilka dni.

Tadeusz W. twierdzi jednak, że był tam nie tylko magazyn. Wojskowi znaleźli bowiem w hali magazynu ujście upadowej sztolni, klatkę schodową, a nawet szyb dużej, towarowej windy. Wszystko to jednak było już wtedy zatopione i niedostępne, ale dobitnie świadczyło o istnieniu niższego poziomu podziemi. Pomimo tego, po opróżnieniu magazynu wejście, a może nawet cały magazyn, wysadzono, skutecznie blokując szanse na ponowną penetrację podziemi. Świadek tych zdarzeń twierdzi, że Rosjanie uznali wtedy to miejsce jedynie za magazyn amunicji produkowanej w Antonówce.

Ojca Anny aresztowano, a jej rodzina i ona sama po kilku dniach zostali gdzieś zabrani. Nigdy więcej o nich nie słyszałem, opowiada Tadeusz W., i nikt z jej członków do dziś nie pojawił się w okolicy Pisarzowic. Mam nadzieję, że przeżyli, że nic im się nie stało. Nie zrobiłem nic złego, opowiedziałem tylko ojcu o niemieckich tajemnicach. Ale pomimo upływu lat ciągle mam wątpliwości…

Zapadlisko

Świadkowie twierdzą, że naprawdę wielki podziemny obiekt jest ukryty pomiędzy górami Jagoda i Szubieniczna. Do budowy tego kompleksu wykorzystano podziemia starej kopalni i do dziś jeszcze można w tym miejscu stwierdzić, że powstawały tam duże, wielopoziomowe podziemia, o zapewne produkcyjnym przeznaczeniu. Ciągle jeszcze widać tam resztki betonowych i stalowych konstrukcji, ślady po ogrodzeniu, stalowe belki nadal wystające z ziemi. Ciągle jeszcze widoczne ślady budowlanej infrastruktury potwierdzają, że prowadzono tam roboty na rzeczywiście wielką skalę. Porównywalną chyba z Antonówką.

Kilka tygodni temu eksploratorzy badając ten teren, znaleźli ośmiometrowej długości zapadlisko, w kształcie płytkiego rowu. Jak sądzili, był wyraźny ślad zawalenia się podziemnego tunelu. Zaledwie po kilku godzinach kopania okazało się, że jest to częściowo zawalony tunel, do którego jednak można wejść. Podziemie to prowadzi wprost w głąb góry, kilkunastometrowej długości korytarzem, który szybko przekształca się w dużą halę. Pomieszczenie to ma długość około 22 metrów, 4 metry szerokości i niemal tyle samo wysokości. Zapewne na skutek zawalenia dolnej części tunelu wejściowego w hali jest około 30 cm wody. Wyraźnie widać, że jest to obiekt niedokończony, jeszcze bez wyposażenia technicznego. Kiedyś jednak musiał być planowany na pomieszczenie maszyn produkcyjnych, bo do dziś zachowały się fragmenty energetycznego kabla dużej mocy, który doprowadzono w ten rejon. Woda utrudnia dokładną penetrację podziemia, ale zdaniem badaczy wyraźnie widać, że kiedyś miało ono dalszy ciąg, dziś zasypany zawałem…

Śmierć w szybie?

Eksploratorzy twierdzą, a niemieckie źródła potwierdzają, że właśnie w tym miejscu należy szukać zawartości ciężarówek, które w listopadzie 1944 roku zniknęły nad Pisarzowicami. Ich zdaniem nadal stoją one w podziemiach, w ich wyższej, niedostępnej dziś części. Podobno, w latach siedemdziesiątych teren ten był silnie penetrowany przez kilku niemieckich „turystów”, którzy nawet schodzili do podziemi zawalonym dziś szybem. Choć dość trudno w to uwierzyć, mówi się także, że w 1972 roku jeden z niemieckich „turystów” nie wrócił z tych podziemi. Jego koledzy zorientowawszy się, że musiało pod ziemią dojść do wypadku, zjechali w dół. Okazało się, że podstawa szybu runęła. Ludzie ci, nie widząc jakichkolwiek szans na udzielenie koledze pomocy, podobno bardzo szybko odjechali do swojego kraju. Źródło, z którego pochodzi ta informacja, jest dość wiarygodne, a Niemiec, który ją przekazał, od dawna interesuje się okolicami Kamiennej Góry. Jeśli zatem relacja o tragicznym zdarzeniu w szybie jest prawdziwa, można uznać, że jest ona potwierdzeniem ukrycia w tej części gór czegoś, co było i jest tak ważne, że nawet przypadkową śmierć kolegi należało ukryć, by nie było konieczności powiadamiania władz i ryzyka ujawnienia tajemnic z lat wojny…

Marek Chromicz

Zdj.Fotopolska.eu

Archiwum Nowin Jeleniogórskich nr 7, 13.02.2001 r.

3 komentarze

  1. O taką informacją to na pewno zainteresuje się słynny poszukiwacz skarbów Tomasz Rudzik on już utopił swój i nie tylko swój majątek w takie szalone poszukiwania i nici z tego wyszły Wcześniej okradał obywateli Czech na tak zwaną ,, WAJCHE” ale potem ze strachu przed odsiadką zabrał się za okradanie swoich znajomych. Teraz toczy się sprawa w sądzie gdzie temu złodziejowi postawiono bardzo poważne zarzuty . Okradł swojego przyjaciela i dobrodzieja, dobrego człowieka który pospłacał jego długi. To ci dopiero kanalia. Wszyscy mają nadzieję, że ta kanalia pójdzie siedzieć na wiele lat.

  2. Totalne zdemoralizowanie narodu tzw. „polskiego” wynika:
    – nie z 5-letniej okupacji hitlerowskiej,
    – nie z 50-letniej okupacji sowieckiej,
    – ale z 1050-letniej okupacji watykańskiej.

    I oto mamy pseudo-sędzię, ps. „Prostytutka”, ferującą świadomie niesprawiedliwe wyroki zawsze na korzyść pewnej lokalnej mafii samych swoi złodziei. Aby tylko „Świński Ryjek” był na stołku.

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

Zgłoś za pomocą formularza.