Wojna dobiegała końca. Pod koniec 1944 roku wielu dostojników hitlerowskiej III Rzeszy, myślało już tylko o sobie, o zabezpieczeniu przyszłości na czas po wojnie, o zagarnięciu z mienia Rzeszy tego, do czego mieli dostęp co mogło być materialną szansą na przyszłość. Niektórzy próbowali wtedy nawet mówić o potrzebie stworzenia materialnego zaplecza i bazy dla przyszłej, IV, powojennej już Rzeszy. Zapewne dlatego wśród najwyższych niemieckich kadr nie zabrakło i tych, którzy pozornie działając w jej interesie, pod koniec wojny dokonywali ogromnych rabunków. Przygotowaniem warunków przyszłego działania „IV Rzeszy” motywowano pod koniec wojny konieczność ukrycia możliwie dużych zasobów dóbr materialnych. Zdaniem ideologów takiego działania było to tym ważniejsze, że owe skarby miały m.in. umożliwić powojenną odbudowę niemieckiego przemysłu. Za majątek zrabowany w podbitej Europie.

O takiej możliwości myślano już w lecie 1944 roku, gdy w Strasbourgu, 10 sierpnia, zebrało się w hotelu Maisonbuz grono kilkudziesięciu wysokich funkcjonariuszy SSi NSDAP oraz przedstawicieli największych niemieckich koncernów. Już wtedy, w tajemnicy nawet przed A. Hitlerem, debatowali o nadchodzącej przyszłości i warunkach jej finansowania.

W tym gronie nie było przecież tajemnicą, że tylko Franz Schtangen, komendant obozu w Treblince, zgromadził, rabując mordowanych, w ciągu zaledwie jednego, 1943 roku, wprost fantastyczny majątek, który przekazał skarbowi Rzeszy. Było to 2.800 tys. dolarów, 413 tys. angielskich funtów, 400 tys. złotych zegarków, 145 ton złotych pierścionków i obrączek, 4 tys. karatów brylantów i bardzo wiele innych, nie zwykle wartościowych przedmiotów. A takich „fabryk śmierci”, a zarazem skarbów, Jak Treblinka, było wiele….

Nie marnujcie majątków

Zwycięskie armie, które zajęły Niemcy ujawniły i zabezpieczyły tylko znikomą część tego, co w latach wojny zrabowano w całej Europie. Ogromna część tych skarbów nie odnalazła się do dzisiaj, pomimo bardzo starannych, prowadzonych wiele lat poszukiwań. Swojego złota i depozytów nie odnalazły m.in, banki Pragi, Bank Belgii, banki wrocławskie i wiele innych niemieckich i za granicznych instytucji finansowych.

Swoich osobistych majątków najczęściej nie odnaleźli także ci obywatele Niemiec, którzy pod koniec wojny powierzyli je władzom. Tak było m.in. we Wrocławiu, gdzie na skutek zmasowanej akcji propagandowej władze twierdzy Breslau przekonały tysiące mieszkańców, że tylko one mogą skutecznie zabezpieczyć ich majątek. Polacy mieszkający pod koniec wojny w tym mieście informują, że tysiące mieszkańców Wrocławia rzeczywiście uznało, iż tylko zorganizowana przez władze akcja może uratować ich najcenniejsze mienie, Dlatego zdarzało się, że pod gmachem prezydium policji gromadziły się dziesiątki osób oczekujących na przyjęcie od nich rodzinnych depozytów. Był to skutek odezwy skierowanej przez władze do mieszkańców miasta, w której wręcz zalecano im takie właśnie zabezpieczenie walorów. Późną jesienią i zimą 1944 roku akcja ta osiągnęła największe nasilenie pod hasłem Nie marnujcie majątku…”

Do policyjnego depozytu trafiły także walory ze sklepów jubilerskich, od zegarmistrzów, a przede wszystkim z banków. Do gmachu prezydium policji zwieziono m.in. zasoby złota banku drezdeńskiego, największego banku ówczesnego Wrocławia. Ukryto tam także wielki, złoty depozyt banku częstochowskiego, który przywieziono do Wrocławia już w lecie 1944 roku. Takie akcje prowadzono nie tylko we Wrocławiu, więc łatwo można sobie wyobrazić, że nawet mała część tych, w większości do dziś nie ujawnionych, zasobów ma obecnie wprost ogromną wartość. Najpierw jednak walory te muszą być odnalezione.

Te, pochodzące z Wrocławia, poszukiwane są od dawna. W Karkonoszach, bo tylko w to stronę mogły one zostać wywiezione. Jednym z ludzi, którzy odpowiadali za ich transport i ukrycie, był Herbert Klose. Człowiek legenda, mit, który jednak żył naprawdę, Niemiec, który na pewno wiedział bardzo wiele. A nie powiedział prawie nic. W każdym razie do 1990 roku, dokąd mieszkał w Polsce. Być może napomknął coś swoim rodakom w ciągu dwóch ostatnich lat życia, które przeżył już w zjednoczonych Niemczech.

Dzięki materiałom udostępnionym przez stowarzyszenie poszukiwań zaginionych zabytków TALPA, możemy poznać autentyczne relacje ludzi, którzy wiedzą na ten temat bardzo wiele. W tym także osobistą, autentyczną, choć niepełną relację Herberta Klose.

Oficer kontrwywiadu opowiada

Adam S. był po wojnie oficerem kontrwywiadu i tuż po zajęciu Wrocławia zajmował się rozpracowaniem wrocławskiej placówki niemieckiego wywiadu. Wówczas miało to poważne znaczenie, bo właśnie ta placówka odegrała wielką rolę w przygotowaniach do wybuchu wojny. Jej głównym zadaniem była bowiem wywiadowcza penetracja południowej Polski i ustalenia dokonane nawet po wojnie mogły mieć nadal poważne znaczenie.

Adam S. nie ukrywa także, że szczególnie starannymi badaniami objęto także ostatnie miesiące wojny, próbując ustalić, czym zajmowała się wówczas wrocławska Abwehra. Służba, której funkcjonariusze na długo przed faktycznym końcem wojny wiedzieli, że wojna już jest przegrana. Starano się więc ustalić, jak ta służba przygotowywała się na powojenny czas.

Ustalono m.in., że pod koniec 1944 roku niemiecki wywiad zorganizował w Dusznikach specjalną szkołę kurs, w którym uczestniczyli wyłącznie ci kadrowi pracownicy Abwehry, którzy znali język polski, W czasie bardzo intensywnego szkolenia przygotowywano ich do działania na głębokim zapleczu frontu, a także do powojennej dywersji. Takich wyjaśnionych spraw było wtedy wiele. Znacznie więcej spraw nigdy jednak nie zostało wyjaśnionych, a o ich liczbie może świadczyć zdaniem Adama S. tylko wielka ilość podjętych po wojnie wątków śledczych.

Wśród tych właśnie wątków znajdują się niemal wszystkie dochodzenia, które miały wyjaśnić dobrze znany już wtedy problem niemieckich skrytek. Zdawano sobie bowiem doskonale sprawę z tego, że Dolny Śląsk, a szczególnie pogórze sudeckie, do ostatnich dni wojny pozostawał w rękach niemieckich, a teren sięgający niemal aż do Pragi właściwie nigdy nie został zajęty przez żadną sojuszniczą armię. To w zasadniczy sposób ułatwiło, trwające do ostatnich dni wojny, tworzenie wypełnianie skrytek.

Adam S. opowiada, że czasem udawało się odkryć nawet duże skrytki. Tylko w powiecie bystrzyckim wałbrzyskim ujawniono w 1945 46 roku kilkanaście takich, doskonale zamaskowanych miejsc. Udało się tego dokonać dzięki informacjom pochodzących od ujętych przesłuchanych pracowników niemieckich służb specjalnych.

Ujawnione skrytki były głównie magazynami broni, amunicji, żywności, cywilnych i wojskowych ubrań, dywersyjnego wyposażenia i… wielu jeszcze innych rzeczy. Adam S. o „tych innych rzeczach” nie chce mówić nawet dziś, po tylu dziesiątkach lat. „To taki zawodowy nawyk, połączony ze zwyczajnym, ludzkim lękiem” – przekonuje. Równocześnie zapewnia, że wszystko, co wtedy znajdowano, przekazywano odpowiednim władzom. „Polska wtedy naprawdę sporo zarobiła” – dodaje Adam S.

Pamięta on, że wiele ujawnionych schowków miało swoje konkretne przeznaczenie. Niektóre z nich, doskonale i bogato zaopatrzone, przygotowano dla gremiów kierowniczych, sztabowych, inne zaś dobrze zaopatrzone były jedynie w broń i żywność. O skali i perfekcji tych przygotowań dobrze świadczą m.in. miliony znalezionych w tych skrytkach rubli, które złożono obok dolarów czy szwajcarskich franków. Tym, dla których przygotowano schowki, przydały się jedynie walory zachodnie. Ruble bowiem były bez wartości, bo Rosja bezpośrednio po wojnie dokonała wymiany waluty.

Pojawia się Klose

Adam S. dobrze pamięta, że już bezpośrednio po wojnie w środowisku, w którym pracował, głośno było o akcji Abwehry i niemieckiej policji polegającej na ukryciu w górach zdeponowanych w prezydium policji skrzyń, nie tylko ze złotem. Skrzyń, które, jak dość szybko ustalono, zostały wywiezione z Wrocławia najpierw do Jeleniej Góry, a później do górskich skrytek. Przy okazji badania tej sprawy Adam S. po raz pierwszy usłyszał nazwisko – Herbert Klose. Wtedy jednak Niemcom o tym nazwisku zajmowali się tylko Rosjanie i bardzo wysocy funkcjonariusze urzędu bezpieczeństwa. Adam S., zaledwie podporucznik, był z tych kontaktów wykluczony. Pomimo upływu wielu lat do dziś nikt nie wie, jaki był prawdziwy skutek tego „zajmowania się Klose”. Nikt nie wie, czy i co ujawnił Klose, długo przecież przesłuchiwany przez prawdziwych „specjalistów” od tej roboty. Nikt też do dziś nie wie, jak to się naprawdę stało, że Klose wtedy po prostu przeżył. Wreszcie nikt też nie wie, jak to się stało, że mógł on bezpiecznie przeżyć w Polsce kolejnych kilkadziesiąt lat. W każdym razie Adam S, doskonale pamięta, że na początku lat pięćdziesiątych nie tylko on był zaskoczony informacją, że kapitan niemieckiej policji. Herbert Klose spokojnie żyje „na jednym z powiatów”.

Kim był?

Herbert Klose pytany o to, kim był w czasie wojny, kategorycznie zaprzeczył, jakoby pracował i był kapitanem niemieckiej policji we Wrocławiu: „Od 1942 roku byłem kapitanem Wehrmachtu”. Nawet gdy przedstawiono mu numer, pod którym figuruje jego nazwisko w księdze adresowej wrocławskiej policji, Klose wypierał się, że był jej oficerem.

H. Klose początek wojny spędził w Belgii. Ale pytany o ten czas powiedział jednoznacznie – „Nigdy tam nie byłem”. Nawet gdy jego rozmówca stwierdził, że widziano go w tym kraju i że miał tam wypadek motocyklowy, Klose odpowiedział: „To nie jest możliwe”. Jednak żona Klosego, zapytana o właśnie tę sprawę po dłuższym zastanowieniu potwierdziła – „On coś mówił, miał nawet w Belgii wypadek na motorze”. Żona Klosego nie potrafiła jednak lub nie chciała opowiedzieć, co jej mąż robił w tym kraju. „Ja znam go od grudnia 1944 roku” oświadczyła potwierdzając jednak, że jej mąż w cywilnym ubraniu (oficer Wehrmachtu?) chodził już od czasu powrotu z Belgii w 1942 roku.

Akcja specjalna

Jest to zapis na tyle dosłowny, na ile stara taśma pozwala na zrozumienie słów Klosego. Herbert Klose mówił – „To było tak. Zostałem zwerbowany do akcji specjalnej. Z początku nie wiedziałem, co robimy i czym się zajmujemy. Dopiero później dowiedziałem się, że pilnowaliśmy, a następnie konwojowaliśmy skrzynie zawierające złoto. Pracowałem razem z kolegą. Kto kierował akcją z początku nie wiedziałem. Mógł to być ktoś z policji, a może ktoś z SS. Ten gość był różnie ubrany, raz w taki, a raz w inny mundur. Sądzę jednak że był on z policji. Później dowiedziałem się, że był to Ollenhauer, popularnie zwany także Wolf (wilk), ze względu na bardzo brutalny charakter. Każdy się go bał. Ja się później dowiedziałem, że złoto było brane z banku i sklepów jubilerskich, a także zbierane od ludności. Ile było skrzyń, nie pamiętam. Była jednak kupa tych skrzyń. A może tylko kilkanaście? Mniejszych i większych. Długie miały około 2 metrów długości. To były bardzo ciężkie skrzynie. Myśmy mieli ten obiekt obserwować, pilnować. Skrzynie znajdowały się wtedy w piwnicach gmachu policji. O tym, że jest w nich złoto, dowiedziałem się od Reicherta (?).

W innej, wcześniejszej rozmowie Klose przyznał jednak, że o zawartości skrzyń wiedział od początku. Zapytany o tę sprawę w czasie kolejnego spotkania zdecydował się jednak na wariant „dowiedziałem się chyba później”. I opowiadał – „Do skrzyń właściwie nie mielimy dostępu. W ogóle my nie mieli prawa do nich podejść”. Ale już w chwilę później przyznał, że jednak chodzili wokół skrzyń. „Ale było nam zabronione próbować co tam jest. A jak człowiek się koło tego kręci, to i próbował, jak one są ciężkie. Były ciężkie, jeden człowiek nie mógł podnieść skrzyni nawet tylko na jednym końcu. To były w większości metalowe skrzynie, ale drewniane były też. Czy gdzie to wszystko było wywożone, to ja też nie mogę powiedzieć. Trudno mi powiedzieć, ile skrzyń zostało wywiezionych do Jeleniej Góry, a ile w jakieś inne miejsce. Bo jak wojsko robiło ładunek, to nas do tego nie dopuścili. Skrzynie zostały załadowane na samochody na podwórzu gmachu policji, przez wojsko i cywilów Pewnie jeńców. Co się z nimi później stało, też mi jest trudno powiedzieć….

Dokończenie za tydzień

Marek Chromicz

Fot. https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/60/Buchenwald_Property_80623.jpg

Archiwum „NJ” nr 5, 2000 r.

1 Komentarz

  1. Tożsamość narodowa to anachronizm coraz bardziej szkodzący ludzkiej cywilizacji; to zjadliwe „oprogramowanie”, a wręcz trucizna umysłowa, „instalowane” w głowach nowonarodzonych Ziemian w celu uczynienia z nich niewolników, którzy mają za zadanie karmić pasożytniczą władzę, a nawet oddawać życie w celu obrony ich posad, „stołków” i majątków. Zauważcie, że odczuwanie tej ohydnej tożsamości narodowej prowadziło do wojen wywołanych głównie przez patriotycznych polityków i przywódców; wojen, w których ginęli zwykli Ziemianie, a nie te pasożyty. Górnolotnie zwany system edukacji narodowej to propagandowe ramię przestępczej władzy zapędzające w „duchu umiłowania ojczyzny” w MATRIX patriotyczny. Ta zaraza umysłowa zwana patriotyzmem prowadzi też do kazirodczej (ale na szerszą skalę) degeneracji genetycznej na obszarze danego państwa – podobnie jak zwykłe kazirodztwo (w skali jednej rodziny) prowadzi do kumulacji wad genetycznych. Nic dziwnego, że mieszańcy różnych ras są zdrowsi, inteligentniejsi i silniejsi oraz ładniejsi niż rodowity polak, Niemiec, Francuz itp. Przestępcza władza wydaje miliardy na pomniki dla zboczeńców, morderców i na propagandę, a Ty nie dostaniesz ani grosza, gdy Twoje dziecko rozchoruje się na rzadką chorobę i musisz organizować akcję charytatywną. Precz z patriotycznym MATRIXEM !!! ZIEMIANIE, OBUDŹCIE SIĘ !!!!! Oprócz tego matrixu, istnieje jeszcze MATRIX religijny, w którym urojenia są podstępnie „instalowane” w głowach małych dzieci, aby te później karmiły i broniły nieco innych pasożytów. Zniewolenie patriotyczne jest sprytnie zazębione z religijnym, co dobrze widać na przykładzie prawicowej władzy. Naprawdę chcesz oddać życie za spasiony bebech rydzola, kaczora lub maciornika??? No tak… w tej [autocenzura] konstytucji piszą, że służba wojskowa to cyt. „zaszczytny obowiązek każdego obywatela”. Tfu. Bardziej podłego i cynicznego zapisu prawnego ze świecą szukać. Demokracja jest albo pustym słowem, albo jej nie ma nigdzie na Ziemi. Wprawdzie możesz zagłosować na świnię A, świnię B lub C, ale nie możesz w tzw. wolnych wyborach zagłosować za wysokością wynagrodzenia. Świnia, lub podobne świnie między sobą, sama sobie ustala wysokość pensji – z Twoich podatków. Ludzkość w celu przetrwania musi dokonać kolejnej, miejmy nadzieję ostatniej, wielkiej rewolucji w celu obalenia tego podłego i zakłamanego patriotyczno-religijnego MATRIXu.

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

601 566 560

Zgłoś za pomocą formularza.