„Ludzie z żelaza”, „LGOM”, „Pomnik Ofiar Faszyzmu”. Mieszkając na Dolnym Śląsku, nie sposób nie natknąć się na rzeźby Zbigniewa Frączkiewicza. Od 1987 roku artysta ten mieszka w Szklarskiej Porębie. Dom przy „Kamiennym Kręgu” to przestrzeń specyficzna – żyje w nim bowiem nie tylko właściciel, ale także ogromna część jego dorobku. Frączkiewicz jest już jednak u schyłku kariery, a na jej zakończenie pragnie stworzyć przestrzeń będącą jednocześnie stosowną stałą ekspozycją prac, na które do tej pory nie znalazło się miejsce. Tylko gdzie to będzie?

– Czuję już, że goni mnie czas. Nie wiem, czy doczekam. W Muzeum Miedzi miałem jeszcze rozmowy przed Covidem, żeby wystawę zrobić tam i żeby w Legnicy był finał mojej wędrówki. Nie doszło to jednak do skutku. Próbowałem też w rodzinnej Łodzi, ale to także była ślepa uliczka. Jeśli chodzi o Szklarską Porębę, tu też mam kilka pomysłów. Rozmawiałem z człowiekiem, który mówił, że zna obecnego właściciela starej huty Julia przy drodze na Jakuszyce. Ten budynek, jego industrialny klimat – to byłoby świetne miejsce do prezentowania „Żelaznych ludzi”. Mieliśmy wybrać się tam na rozmowę, ale kontakt jakoś się urwał i stanęło to w martwym punkcie. Myślałem też o Esplanadzie, wzorując się trochę na Hasiorze, który w Zakopanem ma leżakownię. Mam nawet dość dokładne projekty – może dałoby się coś tam zmagazynować. Rozważałem tam też połączenie plenerowej wystawy z wewnętrzną. Z kolei tutaj, obok parkingu przy moim domu, jest kapitalna panorama Karkonoszy. Zaproponowałem, żeby wzdłuż chodnika, na jej tle, ustawić „Żelaznych”. Ta przestrzeń dobrze się do tego nadaje, chociaż w dzień światło świeciłoby im w plecy, ale może dałoby się wykombinować coś z oświetleniem po zmroku. Jednocześnie byłaby to gwarancja, że tej części Szklarskiej Poręby nie zdominują obiekty typu WC. No i mam projekt ekspozycyjnej budowli przy muzeum Hauptmannów, w której pomieścić by się mogły wszystkie te prace, które trzymam teraz w domu. Ale te koncepcje nie wzbudziły zainteresowania ze strony miasta – twierdzi Zbigniew Frączkiewicz.

W bloku rysunkowym artysty można znaleźć poglądowe projekty ekspozycji, o których mowa, a także wielu innych. W trakcie ostatnich lat Frączkiewicz miał duże wsparcie w dyrektorce Miejskiego Ośrodka Kultury, Sportu i Aktywności Lokalnej w Szklarskiej Porębie – Anicie Kaczmarskiej, z którą współpracował między innymi przy organizacji Międzynarodowego Pleneru Artystycznego „100 TON”. To właśnie MOKSiAL zabezpieczył środki na to wydarzenie. Chociaż kwestia tego, jak dokładnie wyglądać ma ekspozycja, nie jest jednoznacznie uzgodniona, wiadomo jedno – pani Anicie zależy na tym, żeby prace Frączkiewicza pozostały w Szklarskiej Porębie. O tym, co zrobić, by tak się stało, rozmawia już zarówno z artystą, jak i burmistrzem.
– Zbigniew Frączkiewicz to jedna z najwybitniejszych i najbardziej rozpoznawalnych postaci, jeśli chodzi o kolonię artystyczną w Szklarskiej Porębie. Dowodem niech będą chociażby liczne ekspozycje jego prac – nie tylko tutaj, ale także daleko poza granicami Polski. Myślę, że byłoby wielką stratą dla naszego miasta, gdyby nie pomogło mu ono w wyeksponowaniu jego rzeźb. Fakt faktem, że to nie jest proste. Mają one naprawdę duże gabaryty; potrzebują odpowiedniego otoczenia i przestrzeni. Ale to po prostu trzeba zrobić. Powstaje pewien pomysł ekspozycji, ale czas pokaże, na ile uda się go zrealizować – mówi Anita Kaczmarska.

Najbliżej realizacji jest pomysł poniekąd stanowiący część przedsięwzięcia – chodzi o powstający w Szklarskiej Porębie „Granitowy Szlak”. Odpowiedni wniosek w tej sprawie będzie można złożyć w lutym, a jego stosownym opracowaniem zajmuje się w tej chwili urząd miasta. Trasa zaczynać się ma przy rzeźbie „Kamień dla kamienia”, która eksponowana była wcześniej we Wrocławiu i innych punktach regionu, a przy ul. Kilińskiego wylądowała dzięki środkom pozyskanym na jej zakup przez MOKSiAL z Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku. Ścieżka kończyć się ma natomiast przy „100 tonach”, które są powiększoną wersją pierwszego dzieła. Punkty, które wchodzą obecnie w skład szlaku, to m.in. Kopalnia Izer Granit, Krucze Skały, budynek Poczty Polskiej, Sowie Skały czy kościół pw. Maksymiliana Kolbego. Do tej listy dołączyć miałby jeszcze „Rząd kolorowych kamieni” – okazuje się jednak, że projekt, który stoi przed budynkiem należącym do Zespołu Szkół Ogólnokształcących i Mistrzostwa Sportowego, jest zrealizowany tylko w połowie. Docelowo rząd kamieni, które stoją na trawniku przed płotem, ma mieć swoje odbicie także po drugiej stronie ulicy, w formie malunku na elewacji szkoły podstawowej. Zakończone przedsięwzięcie stanowić ma część szerszej całości – polsko-niemieckiego projektu „Akronim Granit”. W planach jest także zachowanie przynajmniej części „Kamiennego kręgu” – tutaj jednak pojawia się problem własnościowy, bo teren, na którym stoi, jest prywatny i nie należy już do pana Zbigniewa, który był zmuszony go sprzedać ze względów osobistych. Z aktualnym właścicielem prowadzone są obecnie na ten temat rozmowy. Pojawił się także pomysł postawienia kilku „Żelaznych ludzi” na stałe przy domu artysty. Wiadomo już też z pewnością, że na początku 2026 roku „LGOM” zostanie przeniesiony z parkingu przy „Kamiennym kręgu” pod dworzec PKP, gdzie stanie na tle panoramy Karkonoszy. Koncepcja opiera się więc na tym, żeby rzeźby można było spotkać w różnych częściach miasta, czasem nawet przypadkowo. Pod tym wszystkim musi się jednak jeszcze podpisać sam Frączkiewicz, a trzeba wiedzieć, że artysta przywiązuje dużą wagę do przestrzeni, w której prezentowana jest jego twórczość. Nie chodzi tylko o estetykę, która nie musi się wcale wiązać z wnętrzem nowoczesnej galerii – ważna jest funkcjonalność, bo wiele dzieł potrzebuje odpowiednich warunków, aby zapobiec ich zniszczeniu. Wprawdzie Frączkiewicz dopuszcza wizję rozstawienia niektórych prac po mieście, ale marzy też o zgromadzeniu pozostałej części dorobku – włącznie ze szkicami, modelami, projektami i dokumentacją – w jednym miejscu, które być może mogłoby zapoczątkować galerię współczesnych, szklarskoporębskich twórców. Jak zapatrują się na te kwestie władze miasta?
– Nie ulega wątpliwości, że pan Frączkiewicz jest ważną dla miasta osobowością. Biorąc pod uwagę jego podeszły wiek, warto myśleć o poszukiwaniu rozwiązań, które sprawią, że pozostanie po nim w Szklarskiej Porębie ślad. Odwiedzałem go z panią Anitą kilkukrotnie, rozmawialiśmy. Nie na wszystkie nasze pomysły pan Frączkiewicz się zgadza – on też ma swoją wizję, jest artystą, szanuję to. Tylko to artystyczne spojrzenie czasem ma się nijak do realiów, w tym prawa budowlanego czy finansów. Ale szukamy rozwiązań. Udało się już uzgodnić, że „LGOM” stanie przy dworcu kolejowym. Zobaczymy, co z tego wyniknie – kolejnych pomysłów jest sporo, ale podchodzimy do tematu ostrożnie, wszystko chcemy realizować zgodnie z przepisami. Jeśli chodzi o pomysł wystawienia kilku „Żelaznych” przy domu pana Zbigniewa – sprawdzałem plan zagospodarowania przestrzennego, jest to dopuszczalne. Natomiast mamy nadzieję, że będzie to zgodne z wizją samego twórcy. Jeśli zaś chodzi o pozostałą część jego dorobku – remontujemy obecnie budynek przy ulicy Grabskiego, tam, gdzie była siedziba fundacji Ars Sudetica, celem otworzenia minimuzeum Szklarskiej Poręby. To doskonałe miejsce, żeby pokazać wiele prac. W związku z ograniczonymi możliwościami lokalowymi chcemy, żeby obiekt miał nowoczesną formę, z częścią ekspozycji w formie multimediów. Bierzemy więc pod uwagę digitalizację niektórych dzieł, ale znalazłoby się tam też miejsce na przykład na szkice i malunki, których pan Frączkiewicz trochę „popełnił”. Jest duża szansa, że do końca przyszłego roku remont zostałby ukończony – mówi Paweł Popłoński, burmistrz Szklarskiej Poręby.

Słynni „Żelaznych ludzie” to szczególnie cenione dzieło artysty, na które zęby ostrzyło sobie między innymi Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Rzeźby odwiedziły wiele miejsc, w tym Wiedeń, Berlin czy Pragę. Czy staną się trwałą częścią karkonoskiego krajobrazu? Fot. Bartek Wójcikiewicz
Na „Żelaznych ludzi” ostrzyło sobie zęby między innymi Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Nic dziwnego – cykl ten jest bardzo ceniony, a „Żelaźni” odwiedzali takie miasta, jak Wiedeń, Berlin czy Praga. W naszych rejonach natomiast eksponowano ich m.in. w Górach Izerskich w latach dziewięćdziesiątych, a ich stałym miejscem bytowania był przez długi czas „Kamienny Krąg” przy domu artysty. Obecnie kilkanaście sztuk leży przykrytych płachtą w przydomowym ogrodzie, inne egzemplarze z kolei można spotkać w najróżniejszych miejscach świata. Na czym polega fenomen serii dzieł?
– Jego sztuka jest ogromnie uniwersalna i wymyka się jednoznacznym określeniom. To, co jest siłą wielu tych rzeźb – a zwłaszcza „Żelaznych” – to to, że potrafią zmieniać znaczenie w zależności od kontekstu, w którym zostaną zaprezentowane. Jeżeli myślimy o ekspozycji „Żelaznych” na Garbach Izerskich, która miała miejsce w latach dziewięćdziesiątych, to narzucają się lasy i kwaśne deszcze. Ale postawmy ich w industrialnej przestrzeni – na przykład w starej fabryce – i mamy opowieść o ludziach silnych, którzy wykonują bardzo ciężką fizyczną pracę. A w dużym mieście z kolei można zastanowić się nad kondycją współczesnego człowieka czy rolą mężczyzny w obecnych czasach. Ilość skojarzeń jest naprawdę imponująca. To chyba największe osiągnięcie Zbyszka – chociaż miał oczywiście własną koncepcję, to w relacji twórca-odbiorca dzieje się tyle, że wciąż pojawiają się nowe konteksty – mówi Anita Kaczmarska.
Mnogość kontekstów nie ogranicza się wcale do „mistycznych” koncepcji i specjalistycznych interpretacji – ta wartość twórczości Frączkiewicza prowadzi do wielu czysto życiowych sytuacji, w tym nieporozumień i kontrowersji. Jego rzeźby od zawsze żyły własnym życiem, a na przestrzeni lat stawały się czasem ofiarami wandalizmu, czego sztandarowym przykładem było przewrócenie „LGOM-a” w 1991 roku, gdy ten stał jeszcze w Lubinie. W pierwotnej wersji dolna część rzeźby wykonana była z dębowego drewna, które z biegiem czasu osłabło – dlatego właśnie rzeźbę w ogóle dało się naruszyć. Po tym zdarzeniu „LGOM” otrzymał nową, granitową podstawę. Na tym jednak nie koniec – w kamieniołomie w Michałowicach, w którym dzieło czekało na naprawę, zaginęła jego miedziana głowa. Odnalazła się po kilku dniach porzucona w zaroślach, ze śladami po brzeszczocie. Na tym jednak nie kończą się perypetie początku lat dziewięćdziesiątych.

– Na dwa, trzy dni przed otwarciem Galerii F w 1991 roku postawiłem przed wejściem „Żelaznego Człowieka”. Jechałem po niego do Niemiec, bo był tam gdzieś na wystawie. W dniu otwarcia przychodzę na wernisaż, patrzę, a tam nie ma figury! Pomyślałem, że wyrwali albo ukradli. Okazało się, że to drogowcy – kierownik stwierdził, że nikt nie uzgadniał z nimi, że „Żelazny” będzie tam stać, więc go zabrali. Oczywiście rozmawiałem o tym z architektem, ale informacja nie dotarła do odpowiednich osób. Ale skąd można było wiedzieć, że chodnik w Szklarskiej Porębie należy do rejonu dróg publicznych we Wrocławiu, jak się potem okazało! Musiałem powalczyć, żeby rzeźba wróciła na miejsce. Potem zdarzało się, że zakładano jej spódniczkę z trawy, żeby nie była gorsząca! – opowiada Zbigniew Frączkiewicz.
Sama Galeria F nie pozostaje dla historii Szklarskiej Poręby bez znaczenia. W ostatniej dekadzie XX wieku pełniła funkcję wystawienniczą, komercyjną, pracownianą i społeczną. Prezentowano w niej nie tylko dzieła profesjonalnych artystów, ale także sztukę amatorską, ludową i afrykańską. Podczas wystawy „Wspaniały krajobraz. Artyści i kolonie artystyczne w Karkonoszach XX wieku” w Jeleniej Górze, która przypadła na rok 1999, rzeźbiarz zbierał podpisy pod petycją w obronie Galerii, a wcześniej zwracał się też z prośbą o pomoc do miasta. Nie mógł już bowiem dłużej prowadzić obiektu samodzielnie, a poszukiwania pracownika były bezowocne. Dłużej od Galerii F działał za to „Kamienny krąg”, który służył nie tylko jako miejsce ekspozycji „Żelaznych ludzi”, ale także jako otwarta pracownia. Ponadto organizowano w nim warsztaty rzeźbiarskie oraz witano Nowy Rok. Swego czasu planowano nawet przykryć krąg szklanym, stożkowym dachem celem poszerzenia funkcjonalności.

– Kiedy otworzono Galerię F, byłam jeszcze bardzo młoda. Miejsce ogromnie mnie zachwyciło – w Szklarskiej Porębie nigdy wcześniej nie było czegoś takiego, wtedy to był powiew kultury Zachodu. Pamiętam wernisaże, naprawdę wyjątkowe, jak na tamten czas. Zbyszek był wtedy właściwie nieosiągalnym mistrzem – postacią, która po prostu się tutaj pojawiła i spowodowała niemały zamęt kulturalny. Z pewnością też można stwierdzić, że przyciągnął do miasta wielu artystów. Kolonia artystyczna w Szklarskiej Porębie była bardzo aktywna już przed II wojną światową, ale pełną parą ruszyła właśnie z pojawieniem się Zbyszka. Nie jest tak silnie zintegrowana, jak dawniej, ale artystów jest tu naprawdę bardzo wielu – mówi Anita Kaczmarska.
W „powiewie Zachodu” nie ma przesady – zanim Frączkiewicz trafił do Szklarskiej Poręby, zjeździł maluchem sporą część Europy celem pokazywania swej sztuki światu i uczestniczenia w najróżniejszych plenerach. W trakcie tych podróży trafił m.in. do włoskiej Carrary, gdzie tworzyły takie postaci, jak Michał Anioł czy Giovanni Lorenzo Bernini. Rzeźby Frączkiewicza znacząco jednak różnią się w formie od włoskich klasyków – są ciężkie, przysadziste, w industrialnym klimacie. Artysta pochodzi z Łodzi, a tworzył w typowo przemysłowych miastach, jak Legnica, Chocianów, Polkowice czy Lubin. W kwestii estetyki rzeźb i doboru materiałów nie bez znaczenia pozostaje też jednak jego fascynacja samym materiałem, jakim jest kamień, na czele z granitem.

– W kamieniołomie człowiek nie tylko odkrywa, co można zrobić z kamienia. Uczy się też go czytać – jego powierzchnia opowiada wiele historii. W moim własnym budynku widzę, jakimi narzędziami kuty był granitowy fundament. To też ciężka praca, którą bardzo szanuję. Pamiętam, jak znalazłem w latach 80. bryłę, z której powstało „100 ton”. Wagę oceniłem na miejscu, na oko. Ten blok mnie zafascynował – zrobiłem 3 projekty przekształcenia go w rzeźbę bez ingerencji w jego kształt. Realizacja tego projektu długo zdawała mi się niemożliwa ze względu na wagę bryły, dojazd i koszty. Potem Anita wymyśliła jednak sposób na sfinansowanie przedsięwzięcia. W końcu w 2018 roku podnieśliśmy ten wielki kamień dźwigniami po parę centymetrów, starymi sposobami, na taką wysokość, żeby dało się podstawić stopy, które wyrzeźbili Maciej Wokan, Grzegorz Pawłowski, Aleš John i Martin Skala – opowiada Zbigniew Frączkiewicz.
Tekst: Mikołaj Ubych
Zdjęcia: Mikołaj Ubych, Bartek Wójcikiewicz
Artykuł ukazał się w Nowinach Jeleniogórskich Nr 9/2025 (z 22 grudnia 2025 r.)

