Rozmowa z Mariuszem Suroszem, przewodnikiem, dziennikarzem, autorem książek „Pepiki. Dramatyczne Stulecie Czechów” oraz„Ach, te Czeszki”, gościem jeleniogórskiego Dyskusyjnego Klubu Książki Czeski Ctvrtek albo inny dzień tygodnia, działającego przy Książnicy Karkonoskiej.

– Nam się wydaje, że jako mieszkańcy pogranicza znamy Czechów. Jeździmy do nich na zakupy, na narty, spotykamy się w czeskich schroniskach czy miastach, zwiedzamy jarmarki. Wiemy, że nie należy używać słowa „szukać” (w języku czeskim ma pejoratywne znaczenie) i to nam wystarczy i więcej nie musimy na ich temat wiedzieć. Ale tak chyba nie jest?

– Jest jeszcze inaczej. Wy tutaj mieszkając, w zasadzie nie sąsiadujecie z Czechami ale z Sudetami. I jak się nie zna przedwojennej historii tych terenów, to nie ma mowy o poznaniu sąsiadów. Większość tego co jest i większość tego, czego w Sudetach nie ma , a zdaje się, że około 200 gmin zniknęło z ziemi, jest poniemieckie. Czesi pojawili się najpierw po wymordowaniu, potem wypędzaniu, a na końcu wysiedleniu Niemców. Jeżeli się tego nie załapie, to różnica jest duża. Poza tym oni mają silną regionalność. Co innego jest na Morawach, co innego na Śląsku, co innego w Sudetach. Z samego faktu mieszkania przy granicy nie wynika znajomość Czechów. Aczkolwiek jest to dobry punkt wyjścia, żeby się nimi zainteresować.

– Czy jest jakiś szczególny powód?

– Podobnie jak z każdym innym narodem i krajem. Znajdziemy rzeczy fajne, gdzie się porównamy i wyjdziemy gorzej i znajdziemy rzeczy, gdzie się porównamy i docenimy siebie sami. A przy dłuższym mieszkaniu jeszcze się zyskuje krytyczności. Bo te krótkie wizyty, kończą się najczęściej tym, że Polacy zachwycają się knedlikami, dają radę przeżyć te dwa trzy dni na czeskiej kuchni. Ale niech spróbują miesiąc tak jeść, to wszyscy się odżegnują i od razu jest tęsknota i za polskimi zupami, i za polskimi surówkami i za polską różnorodnością. Pracuję także jako przewodnik i zdarza mi się w Pradze usłyszeć pytanie: gdzie tu można zjeść żurek i pierogi. Więc ja wtedy mówię: najbliżej do Kłodzka. I Polacy są lekko zdziwieni. Bo nam się wydaje, że bliskość językowa powoduje, że my się znamy. Ale tak nie jest.

– Takie inicjatywy, jak jeleniogórski Klub Miłośników Czeskiej Książki, który działa przy Książnicy Karkonoskiej sprzyja prawdziwemu poznawaniu się Czechów i Polaków? Czy spotkał się pan z podobnymi inicjatywami?

– Ich nie ma za dużo, z tego co ja wiem. Ale zawsze będę mówił, że najlepszym punktem wyjścia, by poznać inny kraj, to jest jego kultura. Jeżeli zaczyna się od dobrych pisarzy, różnorodnych, to nie będzie się twierdziło,że wyznacznikiem czeskości jest tylko Bohumil Hrabal. Bo jak się zna jeszcze Josefa Skvoreckiego czy ich laureata nagrody Nobla Jaroslava Seiferta, to widzi się że ta czeskość ma różne smaki i różne barwy. W Kotlinie Jeleniogórskiej tych spotkań z czeskimi twórcami macie coraz więcej. Czescy artyści szklarze przyjaźnią się z artystami ze Szklarskiej Poręby od wielu lat, wymieniają się zespoły rockowe, są przeglądy filmowe, kontaktują się przewodnicy. Z pewnością Czesi są bardziej u was obecni, niż w innych częściach Polski.

– Jaki jest u nas powszechny obraz Czecha?

– Generalnie w Polsce od lat panuje moda na Czechy. Potwierdzają to nie tylko badania socjologów. W 2018 r. CBOS po raz 25. zapytał Polaków, jaki naród lubią najbardziej, Czesi byli na pierwszym miejscu. Tuż za nimi uplasowali się Włosi i Amerykanie. Zawsze po ogłoszeniu tych wyników, dzwonią do mnie czescy dziennikarze i zawsze proszą o komentarz. Mam więc to przemyślane. I twierdzę, że Polacy lubią swoje wyobrażenie o Czechach, a nie ich samych, bo ich po prostu nie znają. Pokutuje więc stereotypy brodatego Czecha, często z fryzurą na „czeskiego piłkarza”, mającego gdzieś to, że obok wielka historia się przewala. Uważamy, że Czesi nie są patriotami. Reprezentują pragmatyczną postawę, by ocalić tkankę narodową. Lubimy ich religijny luz. Chwalimy pociągi i dobre skomunikowanie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Czechosłowacja jawiła się, a być może wciąż się jawi, przeciętnemu Polakowi jako kraj sielanki i anegdoty, pozbawiony dramatyzmu dziejów. Stereotyp czeskiego konformizmu mocno zapanował nad polskim postrzeganiem Czechosłowacji. To wynika przede wszystkim z niewiedzy. Gdy prowadzę polskie wycieczki, to okazuje się, że ludzie około 30-letni rzadko wiedzą, kim był Vaclav Havel. Josef Szwejk, Franc Kawka . Te nazwiska nic im nie mówią. Tu mamy dużo do nadrobienia. Blisko do Polski i Polaków miały środowiska opozycyjne skupione wokół Karty 77. Oni w Solidarności i polskim opozycyjnym podziemiu mieli wzór i sojusznika. Z Polski do nas trafiała wtedy literatura i zagraniczne przekłady. Ta grupa powoli umiera. Nowe pokolenie ma inne priorytety.

– Nasz stosunek do południowych sąsiadów określa też powiedzenie „czeski film, czyli nikt nic nie wie”.

– A wie pani skąd się ono wzięło? To był tytuł pierwszej powojennej komedii czeskiej z 1947 roku w reżyserii Josefa Macha. Europa lizała rany, a Czesi odważyli się zrobić film o wojnie. Opowiadał o dwóch tramwajarzach, którzy zabili esesmana i próbują ukryć jego zwłoki. O filmie już nikt nie pamięta, ale sytuacje absurdalne określamy tym czeskim powiedzeniem. Oni tego nie rozumieją, u nich to nie funkcjonuje. Mają inne określenie na takie absurdalne sytuacje. Czesi mówią wówczas, że to „hiszpańska wioska”. Ten frazeologizm jest u nas nie do wytłumaczenia.

– A co sądzą Czesi o Polakach?

– Pogardliwie mówią o nas „sziszlaki” czyli sepleniący. Uważają, że nie daliśmy sobie w kaszę dmuchać, jesteśmy w ich oczach zaradni i honorowi, ale też usłyszymy, że Polacy to nieuczciwi kombinatorzy. Ciągle dla Czechów jesteśmy narodem katolików i alkoholików. Polska wydaje się im także wschodnia, biedniejsza, gorzej zorganizowana. Ale to nie dotyczy czeskich elit. Po Praskiej Wiośnie w 1968 r. Polska dla wielu czeskich intelektualistów uchodziła za okno na świat. Wielu z nich przyjeżdżało na jazzowe koncerty, filmowe projekcje filmowe . Wielu czeskich intelektualistów czytało wtedy polską prasę, a język polski w tamtym pokoleniu był dość popularny.

Generalnie, czym bliżej granicy polskiej, to tym więcej Czechów deklaruje, że lubi Polaków. To ci, którzy przyjeżdżają do nas na zakupy, mają kontakty podczas realizacji różnych przygranicznych projektów. Więc to chyba jest ta droga. Wprawdzie nie ma tu jeszcze takiej zażyłości, jak przy granicy czesko- austriackiej, ale to kwestia czasu.

– Czy po 1989 roku, po Aksamitnej rewolucji Czesi bardziej się zainteresowali Polską?

– To jest zainteresowanie, które określiłbym jako elitarne. Nie mamy drugiego takiego kraju, gdzie prymas mówi po polsku. W pewnym momencie był u nich rząd, gdzie pół ministrów mówiło po polsku. Starsze pokolenie czeskie, jak się spotka,to oni wszyscy wspominają, że się wychowali na polskiej telewizji i radiu. I z tego powodu mówią lepiej lub gorzej po polsku. Ale generalnie Czesi sami o sobie mówią, że ich interesuje tylko to co jest czeskie. W przypadku Polaków i Czechów ja mówię o takiej naturalnej obecności. Proszę sobie wyobrazić, że w Polsce wychodzi rocznie 30-35 książek czeskich autorów w przekładzie na język polski. Tymczasem w Czechach wychodzi około 100 polskich książek, a był rok że przetłumaczono na czeski 148 książek polskich autorów. Najpopularniejszym polskim autorem jest Andrzej Sapkowski, a kiedyś był Stanisław Lem. No i teraz, ze względu na tematykę znany jest Mariusz Szczygieł. Ale i Olga Tokarczuk ma swoich czytelników. Gorzej jest z filmami. Bo ostatnim popularnym polskim filmem była u nich „Seksmisja”. Ale na przeglądach filmów coraz częściej są współczesne polskie obrazy. Jak się porozmawia z czeskimi filmowcami, to oni będą wychwalać polskie filmy Smarzowskiego czy Pawlikowskiego i narzekać na swoją kinematografię.

– Ale za to Polacy często spoglądają na Czechów przez pryzmat ich filmów…

– Jeżeli ktoś się zainfekował czeskim filmem z dobrych lat, czyli mówię i o latach 60. XX wieku, i przełomie lat 90. lat, to później nawet te gorsze filmy zaczynają mu się podobać. Odnajduje w nich te malutkie elemenciki z wybitnych filmów z Nowej Czechosłowackiej Fali czyli Milosza Formana, Jana Nemeca czy Jirzi Menzela. Ludzie w Polsce wciąż wspominają czeskie seriale „Szpital na peryferiach”, „Kobieta za ladą”, dobranocki z Krecikiem i Patem i Matem, czyli „Sąsiadami”. I nie ma w tym nic złego. Ale minęło od tego czasu wiele lat i dużo się zmieniło.

– W tytule swojej książki użył pan słowa Pepiki, czy to nie jest obraźliwe?

– Czesi dziwią się, ale nie obrażają,. Pepik to zdrobnienie od Józef, a drugie to określenie cwaniaczka, takiego który potrafi sprzedać kolumnę Zygmunta. Trzeba im wyjaśniać, że my tak na nich mówimy. Ale przyznaję, miałem sygnały, że są czytelnicy, których odepchnął tytuł i nie sięgnęli po tę książkę. Ci co już przeczytali, to przyznawali, że dzięki niej inaczej spojrzeli na Czechów. To duża satysfakcja dla mnie. Teraz pojawiło się na rynku rozszerzone drugie wydanie „Pepików”, które pisałem w Pradze, gdzie mieszkam od 2011 roku . Dodałem w nim sześcioro bohaterów. Każdy z nich jest ważny dla historii Czechosłowacji. Piszę między innymi o Václavie Klemencie i Václavie Laurinie,którzy stali się budowniczymi potęgi czeskiego przemysłu motoryzacyjnego. To nimi szczyci się tak bardzo koncern Škoda. Jest tekst o Karelu Čapku, literacie, dziennikarzu. Bez tej postaci obraz czeskiego życia intelektualnego byłby niepełny i ubogi. Przedstawiam dwóch Słowaków prezydentów księdza Jozefa Tiso oraz prawnika Gustáva Husáka. Opisuję ponadto Emanuela Moraveca i Heliodora Pikę, przedwojennch oficerów. Ten pierwszy w czasie wojny trwał wiernie do końca przy III Rzeszy i jest nazywany „czeskim Quislingiem”. Pika natomiast walczył o Czechosłowację. Generalnie„Pepiki” to opowieść o sławnych Czechach i nie mniej ważnych dla czeskiej historii postaciach drugiego planu.

– Czy łatwo się mieszka w Czechach? Niekiedy Polacy przy granicy takie mają marzenia, gdy jadą przez zadbane czeskie wioski.

– Zależy gdzie się chce mieszkać. Praga jest poza zasięgiem. To europejska metropolia, cena za metr kwadratowy mieszkania dochodzi tu do 23-25 tysięcy złotych. W Pradze żyje 300 tysięcy obcokrajowców. To pracownicy korporacji, ambasad spółek. Poza Pragą są dwa większe miasta Brno i Ostrawa. Kolejne – Pilzno ma zaledwie 170 tysięcy mieszkańców. Jeżeli ktoś chce żyć w spokojnym miasteczku czy też na wsi, to czeskie są idealne. Ale niech pamięta, że tam się po godz. 17.00 nic nie dzieje.

– Siedzą w domach czy w gospodach?

– Z tymi gospodami to nie jest tak, jak nam się wydaje. Jest ich sporo, bo Czesi dostają w pracy bony żywnościowe i gospody opłaca się utrzymywać. To także oczywiście kulturowa sprawa. Większość gospód jest zamykana około godz.23, bo następnego dnia trzeba iść do roboty.

– Chwalimy jednak czeską służbę zdrowia

– Powiem szczerze. Czesi narzekają na swoją służbę zdrowia, dopóki gdzieś nie wyjadą i nie skorzystają z opieki medycznej. Wtedy wracają i złego słowa nie dadzą powiedzieć. Nie ma kolejek do specjalistów, nie czeka się na zabiegi. Dobre jest także zabezpieczenie socjalne. Państwo czeskie dba o dzieci. Kobieta, która urodziła dostaje jednorazowo 250 tys koron i sama decyduje w ciągu ilu lat je wyda. Są ogromne zwolnienia podatkowe dla rodziców, tak że nasze 500+ przy tym się chowa. Są plusy i minusy mieszkania w Czechach. Na pewno warto poznać ich bliżej, odrzucić stereotypy i być bardziej otwartym. Sąsiedztwo temu sprzyja.

Rozmawiała Alina Gierak

Z tymi słowami uważaj
Zachód – to nie strona świata, a toaleta (zachod)
Laska – to miłość
Poprawa - oznacza  wykonanie (poprava),  również egzekucję
Sklep - to piwnica.
Čerstvý (czerstwy) - oznacza po czesku świeży
Nápad  - to pomysł
Porucha  oznacza to awarię albo coś zepsutego
Divák to widz
Pokuta – mandat
Odbyt - to sprzedaż

1 Komentarz

  1. Nikt nikogo nie zmusza żeby codziennie jeść knedle.
    Biały ser, mąka i ziemniaki są dostępne wszędzie.

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

601 566 560

Zgłoś za pomocą formularza.