Adwent to w wyznaniach chrześcijańskich okres oczekiwania na święta Bożego Narodzenia. Słowo to pochodzi od łacińskiego wyrazu „adventus”, co znaczy „przyjście”, i obejmuje okres, którego rytm wyznaczają cztery niedziele poprzedzające 25 grudnia, czyli dzień Bożego Narodzenia. W tym roku adwent rozpoczął się w niedzielę 30 listopada po nieszporach, a zakończy się 24 grudnia o zmierzchu.

W jaki sposób spędzamy czas, który w tradycji Kościołów chrześcijańskich miał być poświęcony refleksji i oczekiwaniu na powtórne przyjście Jezusa Chrystusa? Co jest treścią adwentowych dni w połowie trzeciej dekady XXI wieku?

Modlimy się. Nie wszyscy, ale…

Pani Hanna, pomimo swych 70 kilku lat i licznych schorzeń, będzie chodzić na roraty. Ułatwi to fakt, że w jej kościele parafialnym – Podwyższenia Krzyża Św.- msza roratna, odprawiana ku czci Najświętszej Marii Panny, rozpoczyna się nie o wschodzie słońca, jak nakazuje tradycja, lecz o godz. 18, aby umożliwić udział dzieci i młodzieży.

– Bardzo lubię to nabożeństwo – rozrzewnia się starsza pani. – Dzieci przychodzą na mszę z zaświeconymi lampionami, ksiądz zapala przy ołtarzu roratkę – świecę symbolizującą Najświętszą Marię Pannę, której archanioł Gabriel zwiastował, że urodzi Syna Bożego… Dużo światła jest na roratach w tych adwentowych ciemnościach.

Hanna pilnie uczęszczała na roraty jako dziecko. Gdy dorosła, jakoś nie było czasu, ochoty, nastroju. Dopiero na emeryturze powróciła do adwentowych klimatów dzieciństwa.

– I chyba większość tak robi – podsumowuje emerytka. – Na roraty chodzą głównie dzieci, pewnie zachęceni przez katechetów, i emeryci. Reszta biega za czym innym, ale… z roku na rok coraz więcej widuję osób w średnim wieku, a nawet dwudziestoparolatków!

Starsza pani przypuszcza, że surowe doświadczenia ostatnich lat – pandemia, wojna w Ukrainie – sprawiły, że ludzie szukają duchowej ostoi, więc zwracają się ku tradycjom i doświadczeniom znanym im od dzieciństwa.

Spotykamy się… przy opłatku

Mimo że do Wigilii Bożego Narodzenia trochę czasu pozostaje, ludzie pracujący wspólnie na co dzień lub połączeni działalnością społeczną, znajdują w przedświątecznym rozgardiaszu chwilę, by zasiąść razem przy stole, podzielić się opłatkiem, zaśpiewać kolędę…

Takie spotkania najczęściej odbywają się między drugą a trzecią niedzielą adwentu. Są okazją, by członkowie danego stowarzyszenia zapoznali się z jego całoroczną działalnością, jak np. w PTTK; czasem, a mają taki zwyczaj przewodnicy sudeccy, połączone są z interesującą prelekcją. Zawsze stanowią okazję do przyjacielskiego pobycia razem, a także wspominania tych, którzy zostawili „puste miejsce przy stole”.

Sprzątamy, zdobimy, oświetlamy

W wielu domach grudzień, na który przypada większość adwentowego czasu, to okres generalnych porządków. W ruch idą nie tylko mopy, odkurzacze i ścierki, ale niektórzy z rozpędu malują też mieszkania, zmieniają meble, firanki, zasłony.

– Mam takie dziwne przekonanie, i to od dziecka – zwierza się Monika, jedna z szalejących w adwencie z porządkami pań domu – że choinka nie może stanąć w nieposprzątanym mieszkaniu, wśród brudnych ścian i okien. To by było, nie wiem, świętokradztwo? Tym bardziej, że pod choinką ustawiamy miniaturkę szopki betlejemskiej.

Zasuwa więc Monika z miotłą i ścierką w grudniowe dni, goniąc do porządków całą rodzinę, bo dom dosyć duży, a robota nie może przecież skoncentrować się tuż przed Bożym Narodzeniem.

Nie tylko rodzina Moniki tak ma. Z rozmów ze sprzedawcami jeleniogórskich placówek handlowych wynika, że w pierwszych tygodniach grudnia zauważalnie, co najmniej o kilkanaście procent, rośnie sprzedaż środków czystości, farb, tkanin, firanek, mebli.

Adwent to czas najkrótszych dni w roku. W naszych szerokościach geograficznych światło dzienne na dobre pojawia się po ósmej rano, a zmierzch, zwłaszcza gdy jest pochmurno, potrafi zapadać już wczesnym popołudniem. Organizm łaknie więc światła, a jego głód zaspokajają adwentowe, świetlne artefakty – wieńce, świeczniki, gwiazdy.

Gdy rozbłyskują światła adwentu

W wielu domach i świątyniach pojawiają się wieńce adwentowe, wykonane z gałązek drzew iglastych, z czterema świecami, które kolejno zapala się w każdą adwentową niedzielę. Zwyczaj pochodzi z Niemiec – w 1839 r. ewangelicki pastor Johann Wichern umieścił w świetlicy prowadzonego przez siebie w Hamburgu domu dla osieroconych dzieci wielkie drewniane koło, ze świecami na obrzeżu, zapalanymi w każdy adwentowy dzień podczas wieczornej modlitwy. Z upływem lat koło zaczęto przystrajać gałęziami jodły, a liczbę świec ograniczono do czterech. Każda z nich ma swą nazwę i znaczenie – jako pierwsza zapalana jest Świeca Proroka, oznaczająca Nadzieję. Tydzień później – Świeca Betlejem symbolizująca Pokój. Kolejna to Świeca Pasterzy, czyli Radości, a jako ostatnią zapala się Świecę Aniołów, oznaczającą Miłość.

W oknach wielu domów pojawiają się świeczniki adwentowe, ze schodkowo ustawioną, nieparzystą liczbą światełek. Tradycyjnie powinno ich być siedem: oznaczają postacie króla i reprezentantów sześciu warstw społecznych – biskupa, senatora, ziemianina, rycerza, mieszczanina oraz kmiecia. Podczas dawnych nabożeństw adwentowych świece zapalane w takich świecznikach przypominały wiernym o bezwyjątkowej śmiertelności, a reprezentant każdego z symbolizowanych przez nie stanów wypowiadał słowa: „Jestem gotowy na Sąd Boży.”

Wśród adwentowych dekoracji coraz częściej pojawiają się też, zarówno we wnętrzach domów, jak i na zewnątrz, słynne gwiazdy z Herrnhut – maleńkiej, saksońskiej miejscowości niedaleko Zgorzelca, gdzie ponad sto lat temu nauczyciel matematyki, Peter Verbeeck, wymyślił dla swych uczniów model przestrzennej gwiazdy, którą dzieci sklejały z papieru lub tektury, ucząc się przy tym reguł stereometrii. 25-ramienna, stanowiąca kombinację ostrosłupów gwiazda symbolizuje długość adwentu, gdyż okres ten może liczyć od 25 do 28 dni. W 1925 r. Verbeeck opatentował swój pomysł i założył w Herrnhut manufakturę, w której gwiazdy, różnej wielkości i z różnych materiałów, wytwarzane są do dziś.

Wybieramy się na jarmarki

Ze sprzedaży herrnhuckich gwiazd słynie m.in. drezdeński Striezelmarkt – Jarmark Struclowy, najstarszy i najsłynniejszy w Europie. Odbywa się od 1434 r., a przerwa nastąpiła tylko raz – w 2020 r., w najostrzejszym okresie pandemii. Zarówno jarmark drezdeński, jak również jarmarki w innych europejskich miastach – Berlinie, Pradze, Wiedniu – generują ożywiony ruch turystyczny, co z kolei daje w adwencie pracę wyspecjalizowanym w podróżach do tych miast przewodnikom i pilotom wycieczek.

– Od początku listopada telefon urywał się – mówi Ewa, jeleniogórska przewodniczka i pilotka wycieczek. – Grupy zorganizowane wyjeżdżają najchętniej w sobotę, na jeden dzień. (…)

Jeleniogórzanie, oprócz drezdeńskiego, mają w zasięgu jednodniowej wyprawy także jarmark w Pradze czeskiej, we Wrocławiu, w Goerlitz, Budziszynie czy Miśni, no i oczywiście miejscowe imprezy. W drugiweekend grudnia do kramów na Placu Ratuszowym zaproszą organizatorzy jarmarku w Jeleniej Górze, pod koniec listopada i na początku grudnia swoje podwoje dla wystawców i klientów otwiera też Pałac Łomnica.

– Uwielbiam jarmarki – zwierza się Barbara. – Mimo tłoku przyjazna atmosfera, można spotkać znajomych, nawet dawno niewidzianych, życzenia złożyć, pogadać… Czy kupuję coś? Tak, bo są tam niebanalne ozdoby i bardzo smaczne produkty spożywcze. Bywa drogo, ale lepsze to niż hipermarketowa masówka. Jarmarki są świetne.

Kupujemy! Czy coraz mądrzej?

Kupujemy masowo, tłocząc się, czasami bez pomyślunku, czasami bez planu, chociaż… coraz częściej widzi się klientów z karteczką w ręku, starannie odkreślających kolejny kupiony produkt i niepoddających się „superokazjom”, „megapromocjom” lub innym wynalazkom marketingowców.

– Zawsze robię zakupy ze spisem w ręku, od blisko dwudziestu lat – twierdzi Agnieszka. – Kupuję to, co mi potrzebne. A ostatnio doszłam do wniosku, że jeśli chodzi o produkty spożywcze na święta, to hipermarket chyba nie jest najlepszym miejscem do kupowania. Warto wydać trochę więcej na jarmarkach czy w lokalnych sklepikach albo wytwórniach i zjeść podczas świąt naprawdę smaczne rzeczy.

Obserwując tłumy w jeleniogórskich sklepach wielkopowierzchniowych, można jednak podejrzewać, że Agnieszka należy do mniejszości. Im bliżej świąt, tym tłok większy. Czasami, zupełnie jak za starych, „gierkowskich” lat, można dostrzec… puste półki, które obsługa sklepu, telefonując rozpaczliwie do zaopatrzeniowców, usiłuje jak najszybciej zapełnić, bo klientela wykupiła jakiś szczególnie poszukiwany rodzaj majonezu, gatunek wędlin czy co tam aktualnie jest „na topie”. Nieszczęśnicy, którzy w porę nie pomyśleli o prezentach, biegają w panice, usiłując w ostatniej chwili wynaleźć coś odpowiedniego. Znękani rodzice oganiają się od dzieci, ciągnących ich do półek z zabawkami, z kategorycznym żądaniem: „Musisz mi to kupić!” Do tego dołącza się wszechobecne, marketingowe „Must have!” (można to przetłumaczyć jako „Mus mieć!”).

Uff, lepiej wziąć nogi za pas i uciec z hipermarketowego piekła. W ciszy domu czeka światło wieńca adwentowego, na którym, z upływem niedziel, zapalamy kolejne świece: nadziei, pokoju, radości i miłości. W ich blasku dotrwamy do Wigilii Bożego Narodzenia.

Tekst i zdjęcie: Ewa Kiraga-Wójcik

Artykuł w pełnej wersji opublikowany został w Nowinach Jeleniogórskich Nr 8/2025 (wydanie z 3 grudnia 2025). Zapraszamy do lektury!

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Portal

451620318

Zgłoś za pomocą formularza.