Kocham smród spalin”

„Diabła” czyli Bartosza Wideckiego w środowisku pasjonatów sportów motorowych znają chyba wszyscy. Przez jego zdolne ręce przewinęło się tysiące maszyn, przywracał do życia prawdziwe złomy. – Nic mnie tak nie cieszy, jak po naprawie, długim kombinowaniu, usłyszę miarowy warkot silnika – mówi. Przyznaje, że nie lubi ani samochodów, ani rowerów. Liczą się tylko motory, ewentualnie quady. Obecnie w jego garażu jest kilkanaście maszyn, dotychczas miał ich ponad dwieście. Próbował wszelkich dyscyplin motorowych, ma całe pudło pucharów i innych dowodów uznania z rozmaitych imprez. – Dzisiaj nadal w żyłach płynie mi benzyna, ale też mam więcej oleju w głowie niż kiedyś – mówi dobijający czterdziestki pasjonat, wspominając motorowe szaleństwa sprzed kilkunastu lat.

Zaczęło się od… waltorni

Miłość Bartosza do motorów zaczęła się jeszcze w podstawówce i miała związek z muzyką. – Chodziłem wtedy do szkoły muzycznej na pianino i waltornię. Dobrze mi szła gra na rogu, choć reszta mnie nudziła, sporo opuszczałem. Nauczyciel, żeby mnie zachęcić, powiedział kiedyś, że jak będę dobrze grał, to załatwi mi simsona i będę nim mógł dojeżdżać z waltornią na lekcje – opowiada. Mieszkał wtedy pod Szklarską Porębą i taki transport z niewygodnym bagażem bardzo mu podziałał na wyobraźnię. Z simsonem nie wyszło, ale Bartosz tak się zakręcił na motorek, że uciułał sobie, zbierając jagody, pomagając w rozmaitych pracach porządkowych przy pensjonatach, u ludzi, na motorynkę (rok 1993). Nie kontynuował szkoły muzycznej, rozpoczął naukę na stolarza w „rzemiosłach” („cała rodzina stolarzy”). W zawodowce poznał kolegów, którzy też marzyli o motorach, lubili grzebać w silnikach. Wzajemnie się nakręcali. To był też trudny czas, bo Bartoszowi umarła mama. Bardzo jej potem brakowało, ale pozostały jej wskazówki. – Mówiła, żebym znalazł jakąś pasję, bo wtedy lepiej się żyje. Mówiła mi też, że mam mnóstwo talentów. Dała mi wiarę w siebie. Ona sama kiedyś jeździła na motorze, a dziadek był prawdziwym zapaleńcem – opowiada „Diabeł”. Motorynkę chłopak rozbierał i składał wielokrotnie. W dłubaniu w silniku znajdował wielką przyjemność. Potem zaczął naprawiać maszyny kolegów. Stał się popularny. Za drobne naprawy dostawał części, tankowanie do pełna, czasem drobne kwoty. Jeszcze przed pełnoletniością chłopak był w stanie sam się utrzymać z napraw jednośladów. W jego sytuacji, kiedy ojciec układał sobie już po nowemu życie, okazało się to bardzo cenne. Warsztat miał w garażu przy domu ojca w Piechowicach. Tam spędzał z kolegami mnóstwo czasu, usmarowanymi rękami bawiąc się przy silnikach. Potem niezamieszkały dom spłonął w pożarze.

Pan Stasiu, zloty i akrobacje

Ważnym etapem w motorowej edukacji Bartosza była współpraca z panem Stasiem z Pakoszowa. Sprowadzał on z Włoch używane, często zepsute, powypadkowe motocykle, naprawiał i sprzedawał. Kiedyś zaproponował Bartoszowi współpracę przy naprawie sprowadzanych motocykli. Młody chłopak wszedł wtedy w świat zachodnich marek. Czuł się w tym znakomicie, z radością chodził do pracy, był ceniony, zaczął dobrze zarabiać. – Pamiętam, że było mi głupio za to brać pieniądze. Robiłem to przecież z pasji. Nie potrzebowałem alkoholu, telewizora, niczego innego. To było moje życie – wspomina. Lata dziewięćdziesiąte to czas, kiedy do Polski zaczęły być sprowadzane używane zachodnie samochody. Ludzie masowo wyzbywali się komarków, rometów, jaw, wuesek czy emzetek. Można je było kupować za grosze.

W tym czasie Bartosz zaczął bywać na zlotach motocyklowych – jako uczestnik, ale też jako osoba, która potrafi wszystko naprawić, nawet w polowych, niewarsztatowych warunkach. Wtedy cieszyły go zawrotne prędkości, potem już z tego wyrósł. Na ówczesnych zlotach uczestnicy często pokazywali rozmaite akrobacje – obracanie się na motocyklu w czasie jazdy, zamiana z pasażerem miejscami, przesiadanie się w biegu na inny motocykl. Wobec tych akrobacji jazda na jednym – tylnym lub przednim kole, jazda z płonącym kołem, slalomy, palenie gumy, kręcenie ósemek i inne wydają się banalne. W tych zabawach obowiązuje zasada: im trudniej tym fajniej, im gorzej tym lepiej. Bartosz zbudował nawet specjalny motocykl do takich akrobacji. Na zlotach organizowano rozmaite wymyślne konkurencje w rodzaju, kto najwolniej przejedzie 20-metrowy odcinek. Dla rasowego motocyklisty liczą się wyzwania – przeszkody na drodze do pokonania, korek do sprytnego ominięcia itd. Bartosz zawsze lubił jazdę po lesie. Nierówności, korzenie, skałki, kamienie, wszelkie trialowe przeszkody pokonywać po prostu uwielbia. Kiedyś prawo na więcej pozwalało. Teraz w lesie jeździć nie wolno. Trzeba szukać specjalnych torów, jak ten w Siedlęcinie, albo ruszyć w głęboki teren, gdzie daleko od szos jest wciąż mnóstwo fajnych trudnych dróg i dróżek. „Diabeł” wspomina międzynarodową sześciodniówkę Enduro w 1995 r. To był zaczarowany czas. Razem z kumplami obserwowali, przejeżdżali trasy, a za pomoc któremuś zachodniemu teamowi dostali używaną oponę. – Przekazywaliśmy ją sobie. „tydzień będzie w twojej wuesce, tydzień będzie w mojej – przywołuje tamtą ekscytację.

Przystań u „Yamahy”

Talenty Bartosza były w regionie powszechnie znane. Zdarzało mu się naprawiać silnik w czołgu należącym do grupy rekonstrukcyjnej, silnik samolotowy, regularnie współpracuje ze Stowarzyszeniem Bieg Piastów, gdzie naprawia skutery śnieżne i ratraki. Nic dziwnego, że znalazł pracę w salonie Yamahy przy ul. Wincentego Pola, choć przedtem czasowo pracował w budowlance. Przez wiele lat prowadził serwis w salonie, uczestniczył w licznych szkoleniach, siedział w samym środku motocyklowego świata. To jednocześnie był czas ustatkowania się. – Mniej jeździłem na zloty, prowadziłem ustabilizowane życie. Zainteresowałem się „off road” i quadami. Startowałem w licznych zawodach, także w Siedlęcinie. Często wygrywałem, ale nie o miejsca mi chodziło, tylko o zabawę – opowiada. Ostatnio Bartosza najbardziej pociąga trial czyli jazda obserwowana na motocyklach, bardzo wymagająca, precyzyjna, techniczna dyscyplina. Choć zmieniają się motocyklowe zainteresowania „Diabła”, to zawsze cieszy go widok młodych pasjonatów, osiągających niesamowite umiejętności. – To lepsze niżby mieli siedzieć przed komputerem – ocenia. Wciąż ma też to samo podejście do motocykli. Nie wyobraża sobie, aby mógł kupić maszynę w salonie. Znacznie bardziej cieszy go wyprowadzanie starej maszyny na prostą, dłubanie, szukanie części, rozwiązywanie technicznych zagadek, pokonywanie trudności i ten efekt na końcu, kiedy motocykl ożywa, warczy, a koła wyrzucają – po przerwie – swój pierwszy żwir spod bieżnika. – Uwielbiam wskrzeszać maszyny – mówi z błyskiem w oku.

Benzyna w żyłach, olej w głowie

Wraz z wiekiem Bartosz coraz bardziej refleksyjnie podchodzi do motorowych szaleństw. – Dzisiaj bym tak nie pojechał jak 15 lat temu – mówi o szaleńczych rajdach przez Polskę, przyznając, iż miał szczęście, unikając wypadków, kontuzji. Wielu z jego znajomych takiego szczęścia nie miało. Kilku kumpli znanych ze zlotów, na motorze przeniosło się na tamten świat. Inni stali się inwalidami. To także efekt tego, że maszyny mają coraz większą moc, że trasy coraz szybsze… Szczególne wrażenie zrobił na „Diable” przypadek kolegi, który przyjechał do niego z Wrocławia naprawić motocykl, a wracając, uległ wypadkowi i stracił nogę. Ten motocykl znowu trafił do Bartosza, po jakimś czasie sam jego właściciel pokazywał jaką ma protezę z karbonu i prosił, żeby mu dostosować motor do jego ograniczeń, m.in. aby biegi można było zmieniać ręcznie.

Bartosz nigdy nie miał wypadku na motocyklu. Jego zdrowiu zagroził natomiast bardzo przypadek na budowie, gdzie spadł z kilku metrów i połamał w skomplikowany sposób obydwie nogi – realna była obawa, że na stałe usiądzie na wózku inwalidzkim. Czarne przewidywania lekarzy na szczęście się nie sprawdziły. „Diabeł” wrócił do formy, kupił wraz ze swoją partnerką Hanią stary dom i otworzył warsztat. Prowadzi go z powodzeniem, na podwórko co rusz zajeżdżają znajomi motomaniacy, klienci, telefon się wciąż grzeje.

Jakiś czas temu „Diabeł” kupił rozbity motocykl turystyczno-terenowy klasy adventure (BMW E 1200 GS), naprawił, i razem ze swoją ukochaną pasażerką lubią sobie robić wycieczki po okolicy. Maszyna kupiona od Niemca-podróżnika objechała świat i to kilka razy, ale teraz przemierza głównie podsudeckie tereny i to poza asfaltem. Drogami szutrowymi, czasem polnymi docierają do niezwykłych miejsc, cieszą się widokami, świadomością, że mało kto tam dociera.

(sad)

Archiwum Nowin Jeleniogórskich 2018 rok

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

601 566 560

Zgłoś za pomocą formularza.