Maria Pertek, prawniczka z Wrocławia, dwa lata temu kupiła rozwalającą się stodołę w Dobkowie z zamiarem przerobienia jej na dom wakacyjny. Do jednej ze ścian przyczepiony był wychodek. Pomyślała, że z jego rozebraniem nie będzie problemu. Ale urzędnicy bronili wygódki, jakby chodziło o zabytek klasy zerowej. Okazało się, że z przybytku korzysta jeden z sąsiadów. Ma wprawdzie w domu łazienkę z wc, ale woli załatwiać się za przyzwoleniem gminy pod ścianą Marii Pertek. To opowieść o tym, jak przegnano intruzkę ze wsi.

Dobków to jedno z najbardziej urokliwych miejsc w Krainie Wygasłych Wulkanów. „Cisza i spokój, i ptaki śpiewają za oknem. Jeszcze nie poznałam, a już pokochałam” – pisze dwa lata temu Maria Pertek. Wszystko ją tu zachwyca: wzgórza na horyzoncie, drogi wśród pól – dobre do długich spacerów z psem, starusieńki kościółek, pyszne jedzenie w pensjonacie Villa Greta i jego cudowni właściciele. Obok dawnego młyna wypatrzyła dla siebie stuletnią stodołę z kamienia, pustaków i cegły. To rudera, Maria Pertek ma jednak dość wyobraźni, by zobaczyć, jak piękny będzie z niej dom. Porywa ją ta wizja.

– Urzekło mnie światło, drewno – opowiada.

16 listopada 2019 roku kupuje budynek razem z kawałkiem gruntu dookoła i buzującym gniazdem os. One pierwsze podjęły próbę zniechęcenia prawniczki do tego miejsca, ale z nadejściem zimy poumierały.

Domek z marzeń

– Chciałam mieć dom, do którego mogłabym przyjeżdżać z dziećmi na weekendy i wakacje, trochę wynajmować turystom, a za 15 lat, gdy opuszczę Wrocław, wprowadzić się już na stałe – mówi Maria Pertek.

Wtedy była gotowa zainwestować w ruderę oszczędności swego życia. Budżet jest jednak ograniczony, a ceny materiałów budowlanych z każdym miesiącem idą w górę. Po rozmowach z architektami, specjalistami od osuszania budynków i innymi fachowcami wrocławianka coraz bardziej boi się, że na to marzenie nie będzie jej stać. Jednak ono żyje już własnym życiem. Wizja nabiera konkretów. „Stodoła z jednej strony ma murowaną ścianę bez ani jednego okna. Akurat od strony, od której jest najpiękniejszy widok na wieś i pobliskie wzgórza. Marzy mi się zrobić tam takie okno, z siedziskiem po całej jego długości, by można było sobie poleżeć, poczytać czy posiedzieć z kubkiem kawy” – notuje Maria Pertek. Rozmyśla, jak na szczycie zmieścić sypialnię, a nie tylko antresolę. Znajduje w internecie portrety, jakie Arkadiusz Andriejkow maluje ze starych zdjęć na ścianach chatek na Lubelszczyźnie, Podkarpaciu, Podlasiu czy w Małopolsce i myśli o przesuwanych drewnianych drzwiach swojej stodoły. Postanawia, że ich nie wyrzuci, tylko zostawi artyście do pomalowania. Za domem altanka, sauna, ruska bania, inspekty do uprawy warzyw i ziół… Będzie pięknie.

A gówno!

Wynajęci architekci przekuwają tę wizję w projekt. Do roboty przymierza się też ekipa mająca zrobić izolację pionową i poziomą budynku. Jest wiosna 2020 roku. Wtedy Maria Pertek dowiaduje się, że wbrew wyrysowi z ewidencji nieruchomości część gruntu, za który zapłaciła, nie należy do niej. Po prostu granice działek w dokumentacji pobranej ze Starostwa Powiatowego w Złotoryi nie pokrywają się z ustaleniami geodety, któremu prawniczka zleciła sporządzenie mapy do celów projektowych. Myślała, że ma dostęp do swojej stodoły ze wszystkich stron, ale nie – południowa ściana wychodzi na półarową działkę należącą do gminy Świerzawa.

To komplikuje remont, bo to do tej ściany przylega wychodek z cegły z kloacznym dołem przy fundamencie. ”Myślałam, że ten wychodek sobie usunę i będę mogła zaizolować fundamenty, ale zgodnie z zasadą superficies solo cedit, to, co na gruncie, przynależy do gruntu. I tak oto własność mojego wychodka do usunięcia przypadła właśnie w udziale gminie Świerzawa. Można powiedzieć, że wychodek spadł im z nieba, a posiadana przez gminę Świerzawa nieruchomość, podług map w starostwie, powiększyła się z 20 m kwadratowych do imponujących 48 m kwadratowych. I wszystko byłoby super, bo ja nie z tych, których kole w oko bogactwo innych, gdyby nie to, że nie mam dostępu do swojej obory i nie mogę rozebrać nie swojego wychodka, przylegającego do mojej ściany” – notuje pod koniec czerwca Maria Pertek.

Nie”, bo „nie”

Kibelek z natury śmierdzi. Ten nie ma szamba, więc dla okolicy stanowi epidemiologiczne zagrożenie. Marii Pertek wydaje się ewidentną samowolą budowlaną, popełnioną przez Bóg wie kogo na nie swoim gruncie. Prawniczka nie wyobraża sobie, że wyjście z przyszłego salonu będzie prowadzić prosto na „tron”. Drży, by zmurszałe cegły nie posypały się na głowy dzieci, z którymi przyjeżdża do Dobkowa.

Starostwo Powiatowe w Złotoryi nie jest głuche na te racje. Nieświadome odkrycia geodety (bo mimo wniosku nie poprawiło swoich map) po kilku tygodniach łaskawie godzi się na rozbiórkę kłopotliwego budyneczku. Ale już w chwili wydania decyzji papier nadaje się tylko do podtarcia we wzmiankowanym kibelku, bo decyzja bazuje na starym, niezaktualizowanym numerze działki.

Swoim gruntem interesują się też przedstawiciele gminnych władz, choć nie tak, jak życzyłaby sobie tego Maria Pertek. Wniosek, w którym prosi o zezwolenie na rozbiórkę gminnej własności i deklaruje zrobienie tego na własny koszt, dojrzewa w Urzędzie Miejskim w Świerzawie 8 miesięcy, po czym do prawniczki przychodzi lakoniczna decyzja: „nie”. „Nie”, bo „nie”, bez uzasadnienia. Szybciej pod stodołą pojawia się jeden z miejscowych radnych i pyta podejrzliwie, czy wystawionemu przez prawniczkę kontenerowi na gruz wolno aby stać na gminnej działce. Maria Pertek informuje go, że płaci za te 48 m kw do urzędu ponad 400 złotych miesięcznie, bo inaczej nie miałaby dostępu do własnej nieruchomości. Wizyta radnego, choć mało przyjemna, rzuca nieco światła na tajemnicze zniknięcie płotu odgradzającego jej posesję.

Dyskretne życie sracza

Płot z drewnianych sztachet był, kiedy Maria Pertek kupowała stodołę, a potem nagle przestał być. Wiosną 2021 roku, pod nieobecność prawniczki złodziej zdemontował dwa przęsła i wyniósł w nieznanym kierunku. Aby nie psuć sąsiedzkich relacji, kobieta nie zamierzała robić z tego afery. Zamontowała siatkę dla ochrony swojej własności. Radny przyszedł właśnie w sprawie tej siatki.

„Okazało się, że przez to, że ogrodziłam działkę siatką (po demontażu płotu), to teraz teren jest – uwaga! – ogrodzony i pozbawiłam osobę zainteresowaną dostępu do… sławojki. Tak, tej nielegalnej, bez podstawy prawnej przyklejonej do mojej stodoły. Przez tą nieszczęsną siatkę odcięłam dostęp.” – opisuje interwencję radnego Maria Pertek.

Tak dotarło do niej, jak mocno władze gminy Świerzawa troszczą się o podtrzymanie tradycji. Konkretnie o to, by sąsiad prawniczki, który podobno korzystał ze sracza jeszcze pod koniec XX wieku, mógł nadal robić kupy pod jej stodołą. Pan Janek (imię zmienione) ma w domu zdobycze cywilizacji – łazienkę z wc i wartkim dolnopłukiem – ale przywykł chadzać za potrzebą pod stodołę. Przyzwyczajenie, wiadomo, druga natura. Ta sama gmina, która z niechęcią myśli o rozbiórce sławojki, jakby chodziło o perłę lokalnej architektury, nie ma nic przeciwko temu, by pan Janek przez dziurę w płocie nadal zachodził nawozić jej ziemię, gdy go potrzeba lub sentyment przyciśnie.

Remont stodoły stopniowo zamienia się w koszmar. W podziemiach budynku Maria Pertek odkrywa studnię, do której biegną tajemnicze rury. Okazuje się, że to dzikie szambo na ścieki od sąsiadów. Potem fachowcowi, wynajętemu do remontu, płonie pozostawione przy drodze auto. Może to przypadek, samozapłon, a może nie. Prawniczka chciała się związać z Dobkowem, ale czuje się we wsi intruzem. Przychodzi jej do głowy, że trzeba było uciekać, kiedy ostrzegały ją osy.

Ścieki u progu

Chyba jednak za bardzo wybiegliśmy w przyszłość, więc cofnijmy się o kilka miesięcy do czasu, kiedy wrocławianka jeszcze ma nadzieję, że te 48 m kwadratowych za rogiem to nie jest strategiczna nieruchomość dla gminy Świerzawa. Gmina wprawdzie nie pali się do rozbierania wychodka – do 8 miesięcy przeciąga się postępowanie w tej sprawie – ale w końcu burmistrz Paweł Kisowski składa publicznie deklarację, że działka z kibelkiem zostanie wystawiona do sprzedaży w ramach przetargu ograniczonego. Według zapewnień burmistrza, właściciele sąsiednich posesji będą mogli złożyć ofertę, a po nabyciu nieruchomości zrobić ze sławojką, co im się podoba. Jest początek lutego 2021 roku. Pod koniec marca 2021 roku Maria Pertek cieszy się, że gmina Świerzawa ujęła działkę w wykazie nieruchomości na sprzedaż. Jest zdeterminowana zaoferować za te 48 metrów kwadratowych więcej, niż zapłaciła za grunt ze stodołą, byle pchnąć inwestycję do przodu. Nie sądzi, aby pan Janek był skłonny dać taką kasę za prawo do opróżniania kiszek pod oknami prawniczki.

W tym czasie wieś żyje już budową kanalizacji. Gmina pozyskała na dokończenie tej inwestycji ponad 3,3 mln zł, co początkowo budzi u Marii Pertek uznanie dla świerzawskich urzędników. Cieszy się, bo odpadnie jej problem z budową i późniejszym opróżnianiem szamba. Radość jest jednak przedwczesna, bo gmina natrafia na problem z lokalizacją przepompowni ścieków. Za poprzedniego burmistrza zaprojektowano ją na prywatnej działce jednego z mieszkańców Dobkowa. Urzędnicy pobrali swego czasu na tę okoliczność stosowną zgodę właściciela gruntu, tyle że przy zmianie władzy w Świerzawie kwit gdzieś się zawieruszył i nikt nie potrafi go znaleźć. A nowy właściciel gruntu na przepompownię nie daje przyzwolenia.

Zdaniem Marii Pertek burmistrz Paweł Kisowski powinien stanąć na głowie, aby znaleźć zaginiony dokument. On jednak widzi inne rozwiązanie: postanawia zbudować przepompownię ścieków na feralnej działce ze sławojką. Trzy dni przed datą przetargu, na który wrocławianka wpłaciła wadium, gmina wycofuje grunt przy stodole z wykazu nieruchomości przeznaczonych do sprzedaży. Maria Pertek budzi się z ręką w gównie.

Spotkała mnie przemoc

Jest jesień 2021 roku. Dobków ma prawie gotową kanalizację. Ostatnie domy czekają na podłączenie do sieci. Obok niezniszczalnej sławojki na gminnym gruncie powstała przepompownia ścieków. Marii Pertek z marzeń pozostał kawałek ziemi ze stodołą w Dobkowie, zachwycający projekt domu wakacyjnego, parę grafik z wizualizacjami i zezwolenie na budowę. Śpiew ptaków i sielskie widoki już jej nie cieszą. Robi się chora, jak myśli o Dobkowie.

– Tam spotkała mnie przemoc – mówi Maria Pertek. – Zostałam okradziona, a burmistrz mnie oszukał. To było czyste nadużycie władzy, przejaw olbrzymiej arogancji wobec osoby, która przyszła z dobrą energią i chciała się związać z tą gminą. Najpierw przez 8 miesięcy urzędnicy w Świerzawie zbierali się, żeby powiedzieć mi „nie” w sprawie rozbiórki sławojki, a potem wybudowano mi przepompownię ścieków pod oknami.

Kupiony od architektów za grube pieniądze projekt nadaje się tylko do oprawienia w ramki i powieszenia na ścianie, bo nie przewiduje przejścia z salonu do sławojki ani przepompowni ścieków. Maria Pertek już wie, że nigdy się do Dobkowa nie przeprowadzi. Nie będzie ściągać w te strony turystów, jak planowała. Nie sądzi też, aby w tych okolicznościach ktoś chciał od niej odkupić stodołę. Odpuściła sobie swoje marzenie. Na nowe nie ma na razie sił. „Straciłam lekko licząc 160 000 zł (…) i literalnie utopiłam swoje marzenia w dobkowskim g..wnie przyczepionym do swojej ściany” – zapisała, żeby zamknąć ten etap.

Stało się, jak się stało

– Stało się, jak się stało – wzdycha burmistrz Świerzawy Paweł Kisowski. – Dla mnie kanalizacja jest priorytetem.

Opowiada, jakim mozołem było poprowadzenie sieci w tak trudnym terenie; że projekt był 10-letni i że jako burmistrz musiał stanąć na głowie, aby dokończyć zadanie, z którym poprzednik nie mógł sobie poradzić.

– To był niefortunny zbieg okoliczności. Nie było możliwości wybudowania przepompowni na innym gruncie – twierdzi Paweł Kisowski. – Rozważaliśmy zlokalizowanie jej przy drodze, ale jest tam zbyt wąsko.

Gmina utrzymuje kibelek dla pana Jana, który już 50 lat załatwia do dziury fizjologiczne potrzeby. Burmistrz Paweł Kisowski polemizuje z opinią, że obiekt, o który roztrzaskało się marzenie wrocławskiej prawniczki, to ewidentna samowola budowlana. Jego zdaniem, budyneczek postawiono jeszcze przed wojną dla klientów młyna w Dobkowie. Kawał historii. Ale gmina już nie mówi „nie” w kwestii rozbiórki, dojrzała do tego, by historię sławojki zakończyć.

– Czekamy, co powie starostwo w Złotoryi – dodaje Paweł Kisowski. Trudno to uznać za happy end. Ale na jakiś koniec od biedy się nadaje.

Piotr Kanikowski

FOT. MARIA PERTEK

Tekst ukazał się w 44 numerze NJ z 2 listopada 2021

1 Komentarz

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

601 566 560

Zgłoś za pomocą formularza.