16 sierpnia 1985 roku życie państwa Sapielów ze Szklarskiej Poręby przestało być zwyczajne, z pospolitymi problemami, troskami i radościami. W tamtym dniu zaginęła pięcioletnia Ania, córka i siostra. Ciekawa wszystkiego, wciąż uśmiechnięta, ufna i otwarta dziewczynka nagle zniknęła. Jakby wyjechała… Właśnie w to, że wyjechała, wciąż chcą wierzyć jej najbliżsi. Wierzą tak już 36. rok. Kosztuje ich to wiele. Każdego dnia o niej myślą, snują hipotezy, przypuszczenia.

To był piątek, słoneczny wakacyjny dzień. – Miałem wtedy 11 lat. Mama pracowała na osiedlu bloków, sprzątała, utrzymywała porządek, a mój tata jej pomagał. Ja miałem się opiekować Anią, Niusią, jak na nią wołaliśmy – opowiada Tomasz Sapiela, 41-letni dzisiaj brat zaginionej. Po południu zaczęło zbierać się na burzę – Tomek poczuł się zmęczony i senny. Poszedł do domu położyć się. Ania została sama na osiedlu, gdzie pracowali jej rodzice, gdzie przewijało się wielu sąsiadów i znajomych. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, bo nieraz zdarzało się, że biegała sama po osiedlowym podwórku. – Ania była sama około 3 godzin, jak dzisiaj to oceniam. Wtedy musiało się to stać… – mówi pan Tomasz. Wszyscy zaczęli szukać dziewczynki. Najpierw rodzina, potem sąsiedzi, znajomi, wreszcie milicja, wojsko i inne służby. Po mieście jeździły samochody z megafonami, nadające specjalny komunikat. Całe miasto było poruszone.

Po kilku godzinach, kiedy Sapielowie byli już w domu, pan Jan, ojciec Niusi, powiedział żonie, że ma złe przeczucie. Wtedy zirytowała się na niego, że poddaje się czarnym myślom. Pani Helena nie traciła ducha, wymyślając najróżniejsze możliwości. Wierzyła, że może Ania jest na „chałupkach”, czyli u którejś koleżanki. Daleko przecież odejść nie mogła, bo była w klapkach japonkach – Lubiła odwiedzać koleżanki, choć powtarzałam, że jej nie bronię, ale żeby nam o tym mówiła – wspomina kobieta. Mały Tomek tę noc przepłakał, a rano zapytał rodziców: gdzie jest moja siostra?

Mijały dni, tygodnie, miesiące. Stawało się jasne, że Ania zniknęła z życia Sapielów. Śledztwo trwało. Ktoś przyszedł po próbki włosów z czapki dziewczynki, sprawdzano różne tropy. Wszystko na nic. Przeszukania terenu nie przyniosły żadnych dramatycznych odkryć. Z tego faktu, między innymi, do dziś nadzieję czerpie pani Helena.

Brat Ani dorósł. Doświadczenie sierpniowego dnia sprzed lat nie dawało mu spokoju. Mimo upływającego czasu analizował wszystkie okoliczności, obserwacje, skojarzenia z tamtego dnia, kiedy widział Niusię po raz ostatni. Zaczął też poddawać analizie pracę policji. Myśli, hipotezy, czasem najmniej prawdopodobne, kłębią się w jego głowie bez przerwy, każdego dnia. – My o Niusi nigdy nie zapomnimy, bo jakże to zapomnieć? Wierzymy, że gdzieś tam żyje. Proponowali nam, żeby ją uznać za zmarłą. Nie zgadzamy się na to. Ciągle mamy nadzieję – oświadcza pan Helena.

Najlepiej sprawdzoną hipotezą była ta podsunięta przez psa tropiącego. Podjęty ślad prowadził od placu między blokami w stronę lasu, koło dawnego hotelu nadleśnictwa, w stronę Moniuszki, dalej ul. Kasprowicza aż do budynku nazywanego „Haneczka”. Za tym budynkiem, na skrzyżowaniu przy drodze „Pod reglami” pies zgubił trop, ślad się urwał. Jak mówi pan Tomasz, tam mógł być samochód, którym ktoś z Anią mógł dalej pojechać,w stronę Piechowic, Michałowic lub Jagniątkowa. .

Wśród tez, które stawiają dotknięci zaginięciem bliscy Ani, jest i ta, że dziewczynkę porwali Niemcy. W te wakacje w pobliskiej szkole przebywały na koloniach dzieci z niemieckiego Magdeburga i dzieci z osiedla, w tym mała Ania, lubiły tam zachodzić i pośmiać się z małymi Niemcami. Pani Helena nie potrafi wskazać celu, sensu i przypuszczalnego przebiegu takiego porwania. To kwestia przeczucia. Myślała wtedy, że przecież mogło być tak, że komuś tam w Niemczech dziecko zmarło, nie mógł się z tym pogodzić, a tu trafił na blond dziewczynkę o niebieskich oczach… Przeczucie nakręcone szukaniem jakiejkolwiek nadziei, tropu, było tak duże, że Tomasz po wielu latach wybrał się nawet do Magdeburga. Gdzieś krążył, kogoś pytał, zostawił nawet list na tamtejszej uczelni (na wydziale polonistyki) z prośbą o kontakt. Bez najmniejszego efektu.

Innym tropem była polsko-niemiecka para, która mieszkała w ośrodku za osiedlem („przez lornetkę mogli widzieć ze swojego okna nasz dom”) w dniach, kiedy doszło do zaginięcia. – Oni częstowali Anię cukierkami. Nawet zwróciłam uwagę, dlaczego to robią – opowiada pani Helena. O tej sytuacji mama Ani opowiadała policji, ale nie wie nic, aby coś z tą wiedza zrobiono.

Sapielowie generalnie są zawiedzeni działaniami policji. Nie chodzi tylko o to, że nie znaleziono dziecka, ale również o to, że rodzina wątpi, czy wszystkie tropy zostały sprawdzone. Wydaje im się, że śledczy po prostu odpuścili.

Pan Tomek w swoich analizach dopuszcza i taką wersję, że ktoś mógł Anię potrącić samochodem i ciężko ranną zabrać ze sobą. Czy jednak mogło do tego dojść i nikt by tego nie zauważył w biały dzień, w ludnym miejscu? Brat zaginionej zakłada, że mogło też dojść do zwykłego porwania. – Ania mogła zostać wciągnięta do zaparkowanego na chodniku samochodu. Wtedy nawet w biały dzień nikt mógłby tego zauważyć – uważa. Ta wizja wydaje mu się prawdopodobna i, tkwiąc w jakimś przeczuleniu, gotowości zapobieżenia kolejnym porwaniom, zwalcza dziś źle zaparkowane samochody, zwłaszcza te na chodnikach. Jak sam mówi, nawet miejscowa policja ma go już dość, choć z pewnością racja jest po jego stronie.

O Ani pojawiły się materiały we wszystkich programach poświęconych zaginionym – „Ktokolwiek widział…” , „997”, opublikowano teksty w gazetach – w tabloidach, Fajbusiewicz pisał w „Angorze”. Zgłaszali się też różni detektywi, jasnowidze. Na ogół okazywało się, że chcą pieniędzy za podjęcie działań, informacje. Tylko Krzysztof Jackowski, najbardziej w Polsce znany jasnowidz z Człuchowa, nie chciał. Miał złe wiadomości dla Sapielów. Mówił, że dziecka należy szukać w promieniu 1,5 km od miejsca zamieszkania. Tej czarnej, darmowej wizji rodzina Ani nie przyjęła. Już bardziej skłonni są uznać, że rację miała wróżka spod Głogowa, która przekonywała rodzinę, że Ania żyje i mieszka w okolicach Nowego Jorku.

Zaginięcie Ani szczególnie mocno wpłynęło na życie Tomasza. Stał się dzieckiem zamkniętym, stroniącym od ludzi. W szkole we Wrocławiu, dokąd wyjechał cztery lata po zdarzeniu, zauważono jego depresyjne skłonności. Trafił do ośrodka socjoterapii. – Bardzo pomogły mi rozmowy z psychologiem. W Ośrodku Pomocy Społecznej w Szklarskiej Porębie terapeutka rodzinna też mi pomogła – opowiada.
Wciąż ma jednak problemy z koncentracją.

Pan Tomasz nawet pracę podejmował z myślą o możliwości szukania siostry. Był ochroniarzem w dużym sklepie ( „przewija się dużo ludzi, można obserwować”) i starał się o zatrudnienie w biurze detektywistycznym. Dziś, po dwóch wypadkach i pracy ponad siły przez dłuższy czas, jest osobą niepełnosprawną. Ma dużo czasu, który poświęca w dużej mierze na działania w sprawie odnalezienia siostry. Wciąż wywiesza ogłoszenia z wizerunkiem Niusi i symulacjami jej wyglądu po latach. Często bywają zrywane, niszczone, co panu Tomaszowi nasuwa kolejne podejrzenia. Brat Ani co jakiś czas zwraca się do policji z jakąś nową propozycją śledztwa, wątkiem, który, jak sądzi, mógł zostać przeoczony (ostatnio wnioskował o badanie okolicy georadarem).

Policja prowadziła poszukiwania Anny Sapieli w latach 1985-2008. Przeprowadzone czynności nie pozwoliły ustalić okoliczności zaginięcia dziewczynki ani ewentualnie miejsca jej pobytu. Kryminalni w piśmie do pana Tomasza poinformowali, że weryfikowali, na ile to było możliwe, wizje wskazane przez jasnowidzów. Podinsp. Edyta Bagrowska, rzeczniczka prasowa KMP w Jeleniej Górze zapewnia, że w przypadku pojawienia się nowych, istotnych informacji w tej sprawie, zostanie ona niezwłocznie podjęta.

Sławomir Sadowski

1 Komentarz

  1. Do dziś mam w pamięci, kiedy wracając ze szkoły n1 na wysokości 1 maja49 zatrzymało się przy mnie auto jadące od „krasnoludków” . Otworzyły się tylne drzwi, pamiętam tą starczą wykrzywioną w uśmiechu twarz z wyciągniętą do mnie ręką. Energicznie do mnie machała zachęcając ,żebym podszedł coś chciała mi dać kobieta. Na szczęście byłem blisko domu, od razu biegiem skręciłem w lewo na łąkę i biegłem jak najdalej od nich. Auta nie pamiętam, kolor ciemny, chyba 4 osoby w środku. To było właśnie w tamtym okresie, nie pamiętam czy po zaginięciu Ani czy przed.

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

Zgłoś za pomocą formularza.