W 1997 roku nasz redakcyjny kolega, Marek Chromicz, napisał pierwsze teksty poświęcone poszukiwaniu poniemieckich skarbów. Redaktorowi Chromiczowi udało się pozyskać zaufanie wielu eksploratorów, dzięki czemu w krótkim czasie stał się prawdziwym specem od „sekretnych skrytek” , bursztynowej komnaty i złotego pociągu. Na przestrzeni kilku lat napisał wiele tekstów na ten temat, co przysporzyło mu wielu fanów, a Nowinom Jeleniogórskim wielu nowych czytelników.
Od ukazania się pierwszej publikacji minęło już ponad 20 lat. Można śmiało powiedzieć, że dorosło całe nowe pokolenie młodych ludzi. W tym czasie kilka zagadek zostało rozwiązanych, w kilku miejscach prowadzi się oficjalne prace archeologiczne. Nie bacząc na to zdecydowaliśmy się przypomnieć publikacje Marka Chromicza, bez ingerencji w ich zawartość. Sięgamy zatem głęboko do naszego archiwum, by przypomnieć jeszcze starsze historie. Liczymy też na to, że internet ma ogromną siłę dotarcia do wielu ludzi, nie tylko mieszkańców regionu.
Jeżeli są Państwo gotowi – to zapraszamy w każdy weekend na naszą stronę, aby pobuszować w historii naszego tygodnika oraz historii naszych ziem.

Góry pełne skarbów?

Grupa eksploratorów rozpoczęła poszukiwania na stoku góry położonym na terenie pewnej fabryki, w jednym z miast powiatu jeleniogórskiego. Stok jest usytuowany w sposób wręcz wymarzony do tego, by po krótkich górniczych robotach schować w nim bez śladu to, co ewentualnie tam zostało schowane.

Roboty tam prowadzone maja ogromną skalę. Wystarczy powiedzieć, że odsłaniając fragment wnętrza góry już wieziono setki ciężarówek skał i ziemi – zapewne grubo ponad tysiąc ton. Obecnie roboty polegają na drążeniu tunelu, za zamkniętymi dla osób postronnych drzwiami. Na prośbę eksploratorów nie podaję ani informacji o miejscu robót, ani prawdziwych nazwisk osób w nie zaangażowanych. Chociaż już zapewne całe miasteczko wie, gdzie trwają roboty, zachowanie tajemnicy ma na celu powstrzymanie przyjazdu setek osób, które po każdej publikacji zjawiają się miejscu poszukiwań. A ponieważ jest to teren zamknięty, fabryczny, każde masowe najście gapiów może tylko utrudnić prace i współpracę z właścicielem gruntu. Równocześnie zapewniono mnie, że w zamian za zachowanie dyskrecji o każdym znalezisku „Nowiny Jeleniogórskie” zostaną powiadomione natychmiast.

Praca giganta

Ogromne wyrobisko ma na celu odsłonięcie tak dużej części stoku, by możliwe było rozpoczęcie drążenia tunelu w głąb góry już w skale, w naturalnym górotworze. Zapewne jednak skala tych robót była na początku uzasadniona przede wszystkim próbą odkrywkowego dotarcia do tunelu, który ma prowadzić w głąb góry. Jak na zupełnie prywatne przedsięwzięcie, jest to praca gigantyczna.

Robotami kieruje osoba chcąca się ukryć pod pseudonimem. Nazwałem więc mojego rozmówcę – pan Wiesław. Chociaż na początku kategorycznie odmówił rozmowy, ostatecznie jednak dowiedziałem się, że kopie on w miejscu, które występuje w niemieckich dokumentach jako miejsce ukrycia… Co to jest, tego mi niestety nie powiedziano. Wiem tylko, że nawet jeśli odkryte zostanie cokolwiek, a szczególnie system korytarzy i komór, pan Wiesław uzna to za sukces, za potwierdzenie posiadanej wiedzy.

Równocześnie przekonywano mnie, że sens zachowania tajemnicy polega na tym, iż trudno jest przecież chwalić się tylko przypuszczeniami. Problem jest i w tym, że już wybrany odcinek korytarza świadczy o wielkiej wilgotności gruntu. To zaś chyba wyklucza możliwość składowania w podziemiach (jeśli naprawdę tam są) dzieł sztuki czy innych wartości kulturowych. Póki co, musimy jednak poczekać. Zdaniem pana Wiesława, prawdziwy sens poszukiwań tkwi w słowie eksploracja – czyli odkrywanie rzeczy ukrytych, tajnych. Jego zdaniem to właśnie, poszukiwanie i odkrycie, naprawdę podnosi poziom adrenaliny.

Warto odkryć

Pewien jeleniogórzanin, który przez kilkanaście ostatnich lat mieszkał na stałe w Berlinie, a obecnie mieszka i prowadzi interesy na terenie powiatu jeleniogórskiego, nie tylko potwierdza informacje o zadaniach jakie pod koniec wojny miał do wykonania na terenie Dolnego Śląska dr G. Grundmann, ale wręcz oświadczył mi, że dzięki swoim kontaktom dotarł do mieszkającego w Hamburgu Gunthera Grundmanna. Mój rozmówca twierdzi, a jest to poważny i godny zaufania człowiek, że osobiście dwukrotnie rozmawiał z człowiekiem, który odpowiadał za ukrycie skarbów sztuki, majątku dygnitarzy III Rzeszy, zrabowanego w podbitych krajach, a także wielu ton być może bezcennych archiwaliów.

W czasie pierwszego spotkania w domu dr. Gunthera Grundmanna nie tylko nie zaprzeczył on temu, że osobiście brał udział w wytypowaniu i przygotowaniu ponad 150 miejsc nadających się na głęboko schowanie miejsca ukrycia, ale i potwierdził, że proces ukrywania miał rzeczywiście miejsce. Mój informator opowiadał, że próbował, bo taki był cel jego wizyty, przekonać dr. Grundmanna o konieczności odsłonięcia tych tajemnic, które zabrane do grobu nie będą służyć nikomu, ani Polakom, ani Niemcom. W czasie bardzo miłej i pełnej kurtuazji rozmowy gospodarz potwierdził, że zabieranie do grobu informacji o majątku, który obecnie ma głównie historyczną wartość, jest bez sensu.

Niestety, jednak na tym właśnie zdaniu skończyła się ta rozmowa. Ponowne spotkanie tych panów, kilkanaście miesięcy później, nie miało już takiego przebiegu – dr Gunthera Grundmanna był już w bardzo złym stanie zdrowia i nawet jeśliby chciał, to zapewne informacji udzielić już nie mógł. Jest zatem bardzo prawdopodobne, że ich dziedzicem i nosicielem jest jego syn, który niedawno odwiedził Jelenią Górę. W każdym razie to on powinien posiadać informacje o archiwum, o dokumentach, które musiały przecież powstać, bo nikt nie mógłby spamiętać kilkudziesięciu czy nawet kilkuset kryjówek. Podobno nawet istniał osobisty dziennik dr. Gunthera Grundmanna. Jeśli tak, w czyich obecnie jest rękach?

Z informacji, które posiadam, wynika, że z dr. Grundmannem kontaktowało się przed jego śmiercią znacznie więcej osób, w tym uczeni i muzealnicy. Sądząc jednak z dotychczasowej skuteczności poszukiwań, nikt z nich nie przekonał Niemca o potrzebie otwarcia schowków.

Wielisławka”

Pan Wiesław, jeden z tych, którzy wiedzą tak wiele, że opłaca się im wydawać spore pieniądze na poszukiwania, opowiada – skarby Rzeszy, a raczej skarby zrabowane w całej Europie na terenie „drugiej Bawarii”, czyli na Dolnym Śląsku, ukrywało wielu dygnitarzy hitlerowskiej Rzeszy. Zapewne o części tych schowków nie wiedział nawet konserwator sztuki Dolnego Śląska dr G. Grundmann. Właśnie jednym z takich miejsc jest zapewne Wielisławka. W okolicach tej miejscowości, pod koniec wojny, napływającymi tu transportami i robotami, przy pomocy których je chowano, kierował pracownik lub współpracownik wrocławskiej policji, niejaki Klose. Pochodził on z Sędziszowej, w okolicy Świerzawy, co zapewne było gwarancją znakomitej znajomości terenu. To właśnie jego, a nie Grundmanna wielu poszukiwaczy łączy z tzw. „depozytem wrocławskim”. Pan Wiesław i jego grupa już kilka lat temu odkryli jedno z tych podziemi, XVI-wieczną kopalnię. Natomiast po drugiej stronie Wielisławki, od strony Rzeszówka, odkryli przejścia, które zapewne były systemem podziemnej łączności. Są to podziemne sztolnie dojściowe, zamknięte stalowymi włazami, za którymi są co najmniej ośmiometrowe syfony wodne. Za tymi syfonami jest kolejny ciąg korytarzy, wchodzących do wnętrza gór. Odkryto tam kolejne zabezpieczenia, zapadnie, pułapki. Ze względu na brak odpowiedniego wyposażenia ekipa pana Wiesława przerwała poszukiwania w tym miejscu. Zapowiadają jednak powrót w to miejsce, bo ich zdaniem warto tam szukać. A sprawa jest tym bardziej frapująca, że miejscowa ludność nie ma żadnych przekazów na ten temat. Prowadzenie „wykopalisk” było kompletnym zaskoczeniem dla mieszkańców.

Łepek od szpilki

Nie wiem gdzie, może właśnie w Wielisławce, pan Wiesław znalazł coś, co nawet w czasach naprawdę miniaturowych mikrofonów rozpala wyobraźnię. Są to pałeczki szklane, długości ok. 4 mm i grubości 2 mm, w których zatopione są fotografie, pozytywy wielkości główki od szpilki. Szkiełka te po odpowiednim zbliżeniu do oka prezentują zdjęcia m.in. dolnośląskich miast. Zdjęcia są doskonałej jakości, a widać na nich także litery i cyfry, tam gdzie są jakieś zapisy. Jest to niewątpliwie forma dokumentacji i przechowywanie w prawie niezniszczalnych (szkło) mikropojemnikach tysięcy informacji i dokumentacji. Znalazca tych szkiełek twierdzi, że współcześni fachowcy niezbyt dobrze wiedzą, jak można by to obecnie zrobić. I to właśnie, nawet takie maleńkie szkiełko, daje radość poszukiwania, mówi pan Wiesław, z uśmiechem przyznając „rzeczywiście, co nieco już znalazłem”.

Miedzianka”

Jest to kolejne miejsce wyraźnie oznaczone na mapie tych, którzy poszukują w Sudetach poniemieckich skarbów. Według istniejących planów są tam nawet cztery poziomy wyrobisk. Są to stare kopalnie miedzi, których eksploracji zaprzestano po odkryciu podobnych złóż okolicy Wilkowa. Wznowienie wydobycia w Miedziance nastąpiło dopiero po wojnie, gdy Rosjanie zaczęli tam poszukiwania i wydobycie uranu. Wtedy właśnie powstały istniejące do dziś zapadliska, szkody górnicze. Natomiast podziemia, stare sztolnie są nieco dalej. Jest wiele przekazów poświadczających, że Rosjanie prowadzili w tych podziemiach rozległe prace poszukiwawcze. Mówi się jednak, że niczego tam nie znaleźli.

Istniejące przekazy, poparte dokumentami niemieckiej firmy przewozowej poświadczają jednak, że to właśnie sztolnie okolic Miedzianki zostały wykorzystane na skład „skarbów”. Z dokumentów wynika, że miało miejsce kilkadziesiąt kursów ciężarówek na trasie od stacji kolejowej w Janowicach na odległość trzech kilometrów. Nie była to więc Miedzianka, ale mogą to być bardzo rozległe sztolnie starych kopalni. Ciągną się one bowiem od okolic Janowic, aż do Pisarzowic, czyli na wielkiej przestrzeni. Łatwo sobie wyobrazić, jak wielkich środków potrzeba, by przeszukać ten teren. I jak łatwo jest przegapić w warunkach starych, sypiących się chodników tę jedną np. boczną, doskonale zamaskowaną komorę. Dlatego tak bardzo są potrzebne wiarygodne dokumenty i plany takich schowków.

Zakręt Śmierci”

Przez wiele powojennych lat mówiono, że w okolicy Zakrętu Śmierci w Szklarskiej Porębie jest wejście do systemu podziemnych korytarzy, w części będących starymi sztolniami, którymi można przejść na czeską stronę gór. Choć trudno w to uwierzyć, dziś tamte opowieści odżywają na nowo, a współcześni eksploratorzy zamierzają odszukać zawalone wejścia i sprawdzić autentyczność informacji o tunelu prowadzącym do Czech. W rozmowach ze mną taką informację potwierdziły dwa niezależne od siebie źródła. Jednym z nich jest wspomniany już mieszkaniec Berlina, który jako młodzieniec przyjaźnił się z człowiekiem, który do Czech, jego zdaniem, na pewno takim tunelem przechodził. Człowiek ten zginął lub zaginął w tym przejściu dopiero w latach siedemdziesiątych. Mój informator twierdzi, że miał przed laty w ręku wiele drobnych, ale wartościowych rzeczy, przynoszonych ze schowków ukrytych w tym przejściu, a także pochodzące ze współczesnych już Czech rzeczy, przynoszone w kilka godzin po złożeniu „zamówienia”.

Natomiast drugi źródłem potwierdzającym istnienie przejścia i schowków jest relacja o spotkaniu sprzed kilku zaledwie lat, w czasie uroczystości w obozie Gross Rosen ze Ślązakiem, który był w czasie wojny stolarzem obozowym, jako wolny człowiek, Niemiec. Po wojnie z niewiadomych powodów podjął on intensywną współpracę z władzami polskimi. Z przypadkowej rozmowy okazało się, że zna on doskonale przejście podziemne w okolicy Zakrętu Śmierci. Jego zdaniem po raz pierwszy użyli go długo przed wojną przemytnicy, wykorzystując stare sztolnie. Natomiast pod koniec wojny sztolnie te wykorzystano do zmagazynowania poważnych zasobów dzieł sztuki. Ale także tu rozległość podziemi wymaga bardzo pracochłonnych poszukiwań. Jedno z wejść do tego systemu podobno było znane Wojskom Ochrony Pogranicza. Doprowadziło to do jego zamurowania i ostatecznego zasypania. Jeśli tak było, nie wiadomo dlaczego nie zostały one dokładnie spenetrowane, albo…

Takie właśnie „albo” potwierdza wojskowa dokumentacja podziemi Wzgórza Kościuszki w Jeleniej Górze. Na mapach jest zaledwie ułamkowa ich część, choć jak twierdzi pan Wiesław, jest tego znacznie więcej. Wnioskuje tak choćby w oparciu o osobiście czytane zeznania pewnej kobiety, która w czasie wojny pracowała w jeleniogórskim archiwum miejskim. Zabezpieczony przed zniszczeniem oddział tego archiwum został według tych zeznań uroczyście otwarty we wspomnianych podziemiach w styczniu 1945 roku! O tym przecież władze wiedzieć musiały, a na planie praktycznie niczego nie ma.

W tej sytuacji rodzi się pytanie, czy podziemia rzeczywiście nie zostały spenetrowane, czy efekty poszukiwań zostały utajnione?


„Sztolnia Zygfryda”

Także o tej sztolni, która jakoby ma być ukryta w stokach Śnieżki, krążą legendy. To właśnie tego schowka mieli poszukiwać Rosjanie, w towarzystwie Niemców z ówczesnej NRD, gdy pochłonęła ich ogromna śnieżna lawina w Kotle Łomniczki. Choć minęło kilkadziesiąt lat od tamtej tragedii, do dziś nie wszystko w tej sprawie jest jasne. Tak jak nie jest jasne, czy właśnie w sztolni Zygfryda niemiecki policjant Klose ukrył część podzielonego na trzy części transportu wrocławskich skarbów. Mój rozmówca twierdzi, że jest taka mapa, którą osobiście widział, świadcząca o rzeczywistym istnieniu sztolni Zygfryda. Tyle tylko, że w tym miejscu, w Kotlinie Łomniczki same góry co roku nową warstwą ziemi i skalnego gruzu pokrywają jej tajemnicę.

Transport H. Franka

Nie tylko w Bolkowie mówi się, że wyłącznym motywem nabycia przez szwedzkiego inwestora zamku Świny było dotarcie do Bolkowa w 1945 roku transportu skierowanego tutaj przez oprawcę Generalnej Guberni Hansa Franka. Są podobno świadectwa potwierdzające, że właśnie na zamek Świny zwożono ze stacji kolejowej paki i skrzynie tego transportu. Stąd do dziś wielu jest przekonanych, że skarb ten jest jeszcze do odkrycia. Jeśli natomiast uwzględni się prawdopodobną tezę o istnieniu podziemnego połączenia zamku Świny i zamku w Bolkowie, łatwo uwierzyć, że można tam było naprawdę wiele ukryć. Już przed sprzedaniem zamek Świny został dokładnie przekopany, a mimo tego ktoś jest pewien, że warto tę ruinę było kupić.

Lubomierz”

Wydaje się, że jednym z materialnych dowodów na to, że w Sudetach naprawdę warto szukać, jest historia skrytki w okolicach Lubomierza, którą wiele lat temu ktoś opróżnił. W miejscowym klasztorze pod koniec wojny przez pewien czas funkcjonowała swoista „rozdzielnia” skarbów zwożonych na ten teren zarówno z Rzeszy, jak i ze Wschodu. Ten właśnie majątek był ukrywany w okolicy. Wśród wielu niezwykle wartościowych rzeczy, jak twierdzi mój rozmówca, były tam także jajka Faberge, niezwykłego kunsztu dzieła sztuki jubilerskiej, wykonane na zlecenie petersburskiego dworu carskiego. Kilkanaście lat temu jedno z tych jajek nagle pojawiło się na londyńskiej aukcji, a przybyło tam podobno prosto spod Lubomierza. Z zachowanego zapisu tego, co składowano w klasztorze wynika, że stąd jajko to musiało wywędrować w świat. Od odkrywców skarbu za 70 tys. DM kupił je podobno pewien Cygan, którego kilka dni później znaleziono martwego w okolicach Zielonej Góry. Mój rozmówca twierdzi, że rozmawiał z ludźmi, którzy mieli je w rękach, W tym schowku było wiele dzieł sztuki m.in. obrazy Wilmannów „dużego” i „małego”. Jeden z nich wystawiono na sprzedaż we Wrocławiu, co UOP podobno wykorzystał do zastawienia pułapki. Niestety, nikt obrazu ani pieniędzy nie odebrał. W schowku tym było wiele rzeczy wschodniego pochodzenia, dzieł sztuki, biżuterii, a nawet zabytków rzymskich. Były tam nie tylko monety, ale i złote zęby, zapewne pochodzące z obozów zagłady. W schowku znaleziono też zastrzelonych żołnierzy, a także auto osobowe wraz z zastrzelonym kierowcą. Łącznie śmierć w tym schowku poniosło kilkanaście osób.

Zdaniem mojego informatora w tę sprawę zamieszani są bardzo konkretni ludzie, z których część uwiarygodnia pieniądze pochodzące z tej skrytki, prowadząc wielkie, ale deficytowe, jak się zdaje, gospodarstwa rolne.

Ogromna większość zrabowanych w czasie wojny dóbr kultury zniknęła na zawsze. Także do wielu niemieckich muzeów nie wróciły te zasoby, które ukryto przed nadchodzącym końcem przegranej wojny. Mówiono mi, że tylko do jednego z największych muzeów Lipska po wojnie nie wróciło ponad 60 procent jego zasobów, przekazanych do przechowania na Dolnym Śląsku. Gdzieś więc te walory są. W jaskiniach, wyrobiskach, sztolniach. Będziemy nadal obserwować ich poszukiwania.

Marek Chromicz

Nowiny Jelniogórskie nr 41 (październik) 1997

Zdj. główne: pixebay

3 komentarze

  1. Ale głupoty… Bajki straszne. Obok faktów te historie nawet nie stały. No i błędów pełno. I to bardzo podstawowych! Przykład – lawina pochłonęła Rosjan i Niemców w Białym Jarze, a nie Kotle Łomniczki. A tym bardziej nie w Kotlinie Łomniczki. To, co nawet z Jeleniej Góry ładnie widać, wypadałoby znać. Przynajmniej tyle, nie mam wielkich oczekiwań.

    Tak, czytałem, że umieszczacie tekst bez zmian, ale po co powielać bzdury?

  2. PiS.Bolszewik.Czekista Odpowiedź

    Może uda się oficerom służb uniknąć odpowiedzialności karnej za śmierć ludzi na granicy, a może nie. Ale moralnie odpowiedzialni jesteśmy wszyscy. Byłem. Widziałem. Będę świadczył o udziale straży granicznej wojska i milicji w zaplanowanym ludobójstwie.

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

601 566 560

Zgłoś za pomocą formularza.