Nie, nie byłam na tym filmie. Po co miałam iść, jak ja to przecież na własne oczy widziałam – opowiada pani Anna Kowżun, dziewięćdziesięciodwuletnia kobieta, która 10 kwietnia 1912 r. w angielskim Southampton jako sześcioletnie dziecko z ojcem weszła na pokład transatlantyku „Titanic”.

– Wie pan, przeczytałam niedawno w prasie, że umarł ostatni pasażer „Titanica”, pomyślałam wtedy: ilu jest jeszcze takich pasażerów jak mama, o których istnieniu ci wszyscy specjaliści, „titanolodzy” po prostu pojęcia nie mają – mówi córka Teresa, sięgając do starej teczki wypełnionej pożółkłymi dokumentami, papierami, rysunkami z dzieciństwa.

– O, niech pan spojrzy… – podaje złożoną na pół kartkę z dobrej jakości papieru. Napis „White Star Line”, pod nim numer biletu. Środek wypełniają dużym drukiem wypisane informacje o firmie żeglugowej, dalej mapka pokładu, gdzie mieściły się kajuty drugiej klasy, na którą bilet został wystawiony, ze wskazaniem na zielono tej konkretnej – nr 16.

Wiekowa staruszka na widok pamiątki ożywia się. Z satysfakcją wydłubuje z pamięci zdarzenia ze swych dziecięcych lat. „Titanic”? Pamięta jedynie rzeczy istotne z perspektywy sześcioletniej dziewczynki, jak sama dodaje, „psotnej, niesfornej, nieznośnej dziewczynki”.

– Zajmowaliśmy kajutę na wyższym pokładzie i ja stamtąd wciąż uciekałam. Zabawy w czterech ścianach szybko mi się nudziły. Na dole ciągnęły się, pamiętam, długie żółte stoły i ławy i ja uwielbiałam po nich skakać, biegać. Ciągle tam uciekałam i ciągle ktoś z obsługi mnie odstawiał do ojca. A ojciec w końcu zaczął mi za to dawać klapsy. Na dolnym pokładzie też ciągnęły mnie kajuty. Jak tylko mi się udało do kogoś wejść, to korzystałam z okazji. Bardzo mnie pociągały okrągłe okienka. Gapiłam się przez nie na podwodny świat, na rybki, glony i wszelkie farfocle, które tam pływały. Tutaj ojcu było mnie znacznie trudniej znaleźć, toteż mocniej za to dostawałam. Te moje psoty bardziej mi utkwiły w pamięci niż sama katastrofa. O niej samej mogę powiedzieć tyle tylko, że ojciec zbudził mnie w nocy, wziął na ręce i gdzieś pobiegł, a ja chyba cały czas drzemałam na jego ramieniu. Nie słyszałam ani orkiestry, ani jakichś krzyków. Na pewno się nie bałam. Rozbeczałam się dopiero, jak spuszczaliśmy się – po jakiejś linie to było chyba – do łódki ratowniczej. Ojciec wyrwał mi wtedy lalkę, którą bardzo lubiłam i z którą się nie rozstawałam, i wrzucił do wody. Wtedy się rozbudziłam i łkając obserwowałam jak woda to ją przykrywa, to wynosi, aż zniknęła. Dalej już nie wiem, co się działo. Wsiedliśmy na jakiś inny statek i dopłynęliśmy do Ameryki do moich ciotek.

Jakie koleje losu zawiodły Jana Kowzuna z mała córeczką na pokład transatlantyku, którego katastrofa miała się okazać potem najgłośniejszą?

Jan Kowzun, naczelnik stacji w Pilskich Błotach – na dzisiejszej Białorusi – dochodził do trzydziestki i nie raz myślał o ożenku. Miejscowe panny generalnie nie spełniały jego oczekiwań – jedne znał zbyt dobrze, aby dopuszczać myśl o związku z którąś z nich, inne dyskwalifikowały niskie pochodzenie i niewystarczający stan majątkowy. Otwarty był zatem Jan na wszelkie kontakty z zewnątrz, a sposobności do tych nastręczało zajmowane stanowisko. Jako do naczelnika stacji właśnie zgłosiła się do niego pewnego dnia młoda kobieta w czerni, która wysiadła w czasie dłuższego, nieprzewidzianego postoju pociągu do Warszawy. Zwróciła się doń z uwagami, że jak długo podróżuje, tak podobnie zaśmieconej stacji nie spotkała. Przystojnemu Janowi udało się jednak zręcznie odejść od owego wątku i rozmowa przybrała bardziej przyjacielski obrót. Dowiedział się z niej, że rozmówczyni ma na imię Maria i że wraca z grobu swojego męża. Wraca do Warszawy, gdzie wykonuje rzadki wówczas wśród kobiet zawód dentysty. Gwizd pociągu gotowego już do odjazdu przerwał miłą pogawędkę. – Jeśli pan będzie przypadkiem w Warszawie, proszę wstąpić… – powiedziała Maria, podając Janowi dłoń na pożegnanie. Uśmiech, jakim okrasiła tę scenę, wydał się młodemu naczelnikowi stacji na tyle obiecujący, że ów „przypadek” nastąpił bardzo szybko. Po kilku wizytach Jana w Warszawie para nabrała pewności co do swych uczuć. Młody człowiek zaczął poznawać rodzinę wybranej, która do najzamożniejszych nie należała, była za to solidnie wykształcona. Spora jej część – potem nabierze to dla niego znaczenia – przeniosła się za ocean, gdzie osiedli głównie w Pensylwanii. Wkrótce po ślubie Maria obwieściła Janowi, że będą mieli dziecko. I tak w 1906 roku na świat przyszła Anna Kowżun. Maria zmarła przy narodzinach dziecka.

Jan znalazł się w trudnej sytuacji życiowej: do Pilskich Błot wracać już nie chciał, w Warszawie nie miał nic do roboty. Postanowił wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Zapakował się i ruszył w podróż z malutką Anią. Na miejscu córkę oddał na wychowanie siostrom swojej żony, sam zabrał się za interesy. Początkowo imał się wszelkich prac, często fizycznych, potem, gdy uzbierał trochę kapitału, próbował sił w biznesie. Po kilku latach, gdy jego pozycja się ustabilizowała, zaczął znowu przemyśliwać o stałym związku. Tym bardziej, że ciotki Ani już się buntowały i zapowiadały, że nie będą dłużej wychowywać siostrzenicy, która przez swój niezależny charakterek mocno dawała im się we znaki.

Wobec powyższego bardzo na czasie okazała się propozycja przyjaciela z Londynu, który zapraszał Jana do siebie, wabiąc pomysłem na nowy biznes oraz obietnicą zapoznania z „pewną interesująca kobietą”. Na miejscu i jedno, i drugie okazało się nie mieć przyszłości, a jedynym wyraźnym skutkiem wspólnej podróży z córeczką było zrozumienie stanowczości ciotek Ani w kwestii jej dalszego wychowania.

Po powrocie do Ameryki – tym przerwanym katastrofą „Titanica” – Jan powziął ostateczną decyzję o powrocie na rodzinne ziemie, do Pilskich Błot i stworzeniu swojej rodziny, gdzie ktoś by się zajął Anią. Plan swój zrealizował sprawnie. Za żonę wziął znacznie młodszą kobietę. Po kilku szczęśliwych, wypełnionych namiętnością i słodyczą miesiącach Jan zatęsknił jednak za Ameryką. Obiecując rychły powrót, udał się w podróż. Ania została sama z macochą, która w miarę upływu samotnych tygodni traciła do niej serce, którego i na początku za wiele dla niej nie miała. Brak ciepła domowego połączony z podwórkowym, szkolnym gnębieniem „innej” – po latach za oceanem Ania bardzo się różniła od białoruskich rówieśników – okazały się mieszanką dla dziewczynki nie do zniesienia. Pewnego dnia dziesięciolatka wsiadła w pierwszy napotkany pociąg z nadzieją, że dotrze do Ameryki, do taty. Dotarła zupełnie gdzie indziej – do Moskwy. Wobec bardzo skąpych danych, jakie o sobie przedstawiła dziewczynka, osadzono ją w ochronce, prowadzonej przez siostry zakonne. Tutaj przez następne lata poddano ją dużej dyscyplinie i intensywnie edukowano. Po ukończeniu gimnazjum, gdy koleżanki ze szkoły szykowały się do dalszej nauki, Ania postanowiła odnaleźć swoich, wrócić do siebie, gdziekolwiek to jest.

Wizyta w Pilskich Błotach, należących teraz do odrodzonej Polski, przyniosła młodej kobiecie rozczarowanie. Dowiedziała się, że jej ojciec zginął w 1917 r., zaraz po wydłużonym pobycie za oceanem. Zabili go najprawdopodobniej wprowadzający nowy światowy ład rewolucjoniści. Anna nie miała na świecie nikogo. W ułożeniu sobie życia na nowo dodatkowo przeszkadzał Annie fakt posiadania rosyjskiego paszportu. Miejscowe władze niechętnie zgadzały się na dłuższe pobyty obcych. Warunkowo wystawiono jej meldunek na dwa lata, z zapewnieniem, że przedłużenie pobytu będzie niemożliwe. Tuż przed upływem tego terminu Anna wyszła za mąż, legalizując na dobre swoją polskość.

Spokojne małżeńskie życie, wypełnione troską o dorastających: syna Krzysztofa i córkę Teresę przerwała II wojna światowa. Na samym jej początku zabrali męża Anny, którego już potem nigdy nie miała zobaczyć. W 1945 r. przepędzona dziejową burzą Anna osiadła w odebranej Niemcom Jeleniej Górze, na ul. Nadbrzeżnej, gdzie mieszkała z córką.

Wątek „Titanica” w opowieściach pani Anny i jej córki Teresy jest pozbawiony sensacyjności, nie epatują nim, a wręcz przeciwnie – bywa on spychany i wypierany przez inne historie ich życia. Panie nie myślą robić z niego specjalnego użytku. Słyszały nawet, że wiadomość o nim dotarła do przedstawicieli telewizji i radia, ale z góry zapowiedziały, że odmówią udziału w kreowaniu wielkiej sensacji. Przyzwyczaiły się już do wypieków na twarzach znajomych, z którymi przyjdzie im czasem powspominać o dawnych dziejach. Wielu z nich uważa to za bujdę na resorach i czystą konfabulację. Inni, pomni, że o „Titanicu” Kowżunowie opowiadają „od zawsze”, dający im wiarę, ubolewają, że rezygnują oni z wyciągnięcia takich czy innych korzyści z możliwości sprzedania tej historii.

Sławomir Sadowski

Nowiny Jeleniogórskie marzec 1998 rok

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Marek Lis

694 792 203

Zgłoś za pomocą formularza.