Z archiwum Nowin Jeleniogórskich

Pozornie dobrze poznane Jezioro Pilchowickie nadal kryje sporo tajemnic. O kilku z nich, m.in. o istniejących pod wodą śladach po nieznanego przeznaczenia instalacjach, wiadomo sporo, choć weryfikacja tej wiedzy jest trudna i będzie możliwa, gdy kiedyś zostanie z jeziora spuszczona woda. Pomimo tego, że są łatwiej dostępne, jeszcze mniej wiadomo o instalacjach naziemnych, ukrytych na brzegach, w miejscu gdzie Bóbr przekształca się w jezioro.

Tam właśnie należy chyba szukać odpowiedzi. Na pewno „kapitańska ambona” i leżące tuż nad powierzchnią wody głębokie podziemia są śladami po tajnych robotach prowadzonych tu w latach czterdziestych. Ten akwen, leżący z dala od ludzkich osiedli i ukryty wśród lasów, a równocześnie leżący blisko centrów przemysłu zbrojeniowego, był bardzo atrakcyjnym miejscem prób wojennego sprzętu. Był wodnym poligonem, którego wartość Niemcy z całą pewnością docenili. I dlatego na brzegach pozostały liczne, betonowe ślady po ich działalności.

Początek jeziora to nie tylko ślady na brzegach, ale także na dnie rzeki czy raczej może już jeziora. Do dziś jeszcze zachowało się bowiem w tym miejscu charakterystyczne ukształtowanie dna. Nieco wyżej dno Bobru jest zwykłym dnem górskiej rzeki, pełnym głazów i kamieni. Natomiast na wysokości pierwszych brzegowych instalacji betonowych dno jest wyprofilowane na kształt rynny, która umożliwia kontakt z głębokimi wodami jeziora. Pomimo upływu dziesiątek lat ten fragment koryta rzeki nadal nosi ślady ludzkiej ingerencji. I jest zrobiony tak dobrze, że w jakiś sposób głębia tej rynny jest nadal widoczna.

Podziemna stocznia

System podziemnych kanałów, korytarzy i hal ukrytych na brzegu rzeki, tuż nad lustrem wody, nadal, przy niskich i średnich stanach wody, jest dostępny i po pewnych przygotowaniach możliwy do penetracji. Do dziś, w miejscu gdzie podziemia wychodzą nad wodę, zachowały się wyraźne ślady po podwójnych wrotach, którymi zamykano podziemia. Ich konstrukcja świadczy o tym, że musiał to być system wodoszczelny, który umożliwiał zatapianie i osuszanie podziemi niezależnie od poziomu wody w jeziorze. A równocześnie zabezpieczał je przed zbyt wysokim spiętrzeniem wody. Równocześnie jednak położenie tych wrót dowodzi, że po uzyskaniu właściwego poziomu wody w jeziorze możliwe było skryte wypłynięcie z podziemi do jeziora wszystkiego, co było zdolne do pływania pod wodą i na wodzie. Pod warunkiem, że to podwodne „coś” było około trzech razy mniejsze od U-botów.

Zaledwie kilka metrów od śluzu wylotowej znajdowały się kolejne wodoszczelne wrota, których przekroczenie umożliwiało wejście w głąb systemu. Tu zaczynają się prawdziwe, nigdy do końca nie zbadane podziemia, już od lat, po dewastacji wodoszczelnych wrót co jakiś czas zalewane przy wysokim, powodziowym stanie wód w jeziorze. Po kilkunastu metrach od wejścia główny kanał o średnicy około 5 metrów rozwidla się i w głąb góry wchodzą dwa duże tunele. Tu zaczynają się pierwsze wysadzenia, które jednak umożliwiają dalszą penetrację systemu w jednym z tuneli, bo drugi jest praktycznie zawalony. Wysadzenia wykonano jednak niezbyt dokładnie. W kilku miejscach, w ścianach tunelu, widać jeszcze do dziś ślady po otworach, w których osadzono materiał wybuchowy. Część ładunków zapewne jednak nie wybuchło, bo możliwa jest ostrożna penetracja tej części podziemi.

Szczególnie interesujący jest lewy kanał, prowadzący w głąb stoku, w którym do dziś wyraźnie widać ślady zamurowań, zabetonowań, ślepe okna, wnęki i resztki różnych instalacji ukrytych pod warstwą naniesionego przez wodę piasku i błota. Ta część podziemi szybko przekształca się w cały system komór, chodników i korytarzy dziś jeszcze sprawiających wrażenie zakładu przemysłowego. Większość pomieszczeń ma szerokość co najmniej czterech metrów i wysokość sięgającą pięciu, a nawet sześciu metrów. Są to więc sporej wielkości komory przypominające wielkie garaże, a nawet hangary. Zachowane resztki stalowych konstrukcji i instalacji świadczą o tym, że kiedyś w te miejsca była doprowadzona woda, prąd i prawdopodobnie sprężone powietrze lub gazy techniczne. Szczególnie dużo jest tam resztek rur, konstrukcji wyciągowych, wbetonowanych sztab, szyn i innych konstrukcji. W kilku miejscach wyraźnie widać chyba śluzy, którymi zastąpiono poszczególne komory lub nawet cały system.

Penetrację i odpowiedź na pytania, czemu ten system służył, utrudniają niestety pokłady piachu i mułu, naniesionego tu w ciągu wielu lat przy wysokich stanach wody w jeziorze. Dokopanie się do betonowego dna pomieszczeń wymaga sporego nakładu sił. Ubity piach i muł są bowiem twarde jak skała. Choć trudno powiedzieć dlaczego, te komory i korytarze sprawiają raczej wrażenie pomieszczeń doświadczalnych niż produkcyjnych. Jest to możliwe, bo widać, iż te miejsca miały połączenie windami, zapewne z fabryką leżącą wysoko, na szczycie wzniesienia. Choć szyb windy zapewne został wysadzony dawno temu, zachował się jeszcze ślad po stalowych prowadnicach. Najdziwniejsze jest jednak to, że podobny ślad prowadzi w innym miejscu, choć tuż obok… w głąb ziemi. Jeśli ten system był rzeczywiście dla jakichś celów technicznych okresowo zatapiany, trudno sobie wyobrazić, by był tam jeszcze niższy poziom. A jednak wydaje się, że tak jest…

Rewelacje Łukasza S.

Miejsce to ma być niebawem zbadane przez poszukiwaczy stowarzyszenia TALPA, który twierdzą, że te podziemia stanowią jedynie mały fragment znacznie większego, naukowo-badawczego kompleksu. Potwierdza to także Łukasz S., który obserwował działania Rosjan w tym miejscu bezpośrednio po wojnie. Twierdzi on, że w odnalezionym przez NKWD tajnym pokoju z aktami znaleziono nie tylko dokumentację techniczną, ale i modele, prawdopodobnie miniaturowych okrętów podwodnych. Człowiek ten opowiada też, że pamięta wyciąganie przez Rosjan z podziemi od strony jeziora ogromnych kawałków blachy, będących częścią jakichś wyraźnie rozbitych konstrukcji. – Iwanycz z Odessy, przy wódce, opowiadał mi o podziemnej stoczni, którą Niemcy odchodząc wysadzili. On i jego drużyna przez kilka tygodni penetrowali te podziemia, wydzierając spod zawalonych betonów fragmenty rozbitych metalowych cygar. Iwanycz twierdził też, że pod ziemią widać wtedy było zawalone „garaże”, z których sterczały sterty blachy. I oni właśnie tę blachę wydzierali, bo Rosjanie szybko zorientowali się że jest to szczególnego rodzaju materiał. Iwanycz mówił, że twardszy jak stal, a lekki jak aluminium. Wszystko, co znaleźli, pakowali w drewniane skrzynie i szybko wywozili. Podobno Rosjanie nawet handlowali tą „blachą” z osadnikami, ale ja ten materiał wtedy widziałem tylko z daleka.

Pamiętam natomiast pierwszą ekipę NKWD, która przejmowała fabrykę. Już mówiłem, że oni widzieli, po co tu przyjechali. Ale jestem prawie pewien, że nie wiedzieli prawie nic o podziemnej stoczni. Dopiero po odkryciu pokoju z dokumentami nad wodą zrobił się ruch.

Jeszcze w 1949 roku, gdy wchodziłem do tych podziemi, wyraźnie było widać było ślady hal montażowych, resztki maszyn i techniczne resztki jakby w garażach. Choć w sporej części było to zawalone oraz wyszabrowane przez Rosjan, którzy leżącą wyżej fabrykę demontowali wręcz pieczołowicie, i tak było widać, że jest to podziemna stocznia, a co najmniej jakieś okrętowe warsztaty. Na początku lat pięćdziesiątych do tych podziemi wiele razy wchodziły polskie ekipy wojskowe. Także one długo coś wynosiły z tych podziemi. W grudniu 1954 roku to właśnie wojsko wysadziło sporą część tych podziemi. To były dwa duże wybuchy, od których drżała ziemia.

Gdy wiele lat później zobaczyłem film o niemieckich bazach łodzi podwodnych na wybrzeżu Francji, byłem pewien, że nadwodne podziemia w Barcinku dokładnie przypominają to, co widziałem na filmie. Te podziemia w latach wojny musiały wyglądać tak samo, tyle że jakby w miniaturze.

Kto pamięta świetnie utrzymane gruntowne drogi, które, choć prowadzą ostrym stokiem, mają łagodne łuki i mały spadek, wie, do czego były potrzebne 12-kołowe platformy, które jakiś czas po wojnie stały jeszcze na przyfabrycznym placu. Dziś jestem pewien, że musiały to być lory, na których wożono wielkie elementy „łodzi podwodnych”.

Ludzka pamięć

Łukasz S. jest starym człowiekiem, ale jak się zdaje, o dobrej pamięci. Nie ukrywa, że na kolejną rozmowę zgodził się dlatego, że już niebawem być może nie będzie następnej. To, co opowiada, jest rzeczowe i logiczne, choć chwilami wydaje się niezbyt prawdopodobne. Pytany, dlaczego opowiada o tamtych czasach dopiero teraz, twierdzi, że o tym, co pamięta z bezpośrednio powojennych dni, rozmawiano z nim wielokrotnie. Oficjalnie ostatni raz jeszcze w 1982 roku. Później przychodzili już tylko poszukiwacze skarbów. Zdaniem Łukasza S. prawdziwe skarby z tego terenu wywieźli jednak już Rosjanie. To była technika. Nie znaleźli jednak ludzi, głównie Francuzów i Włochów, którzy tu pracowali w latach wojny. Baraki, które służyły jeszcze długo po wojnie, były osiedlem tych właśnie specjalistów. Niemcy jednak zdołali ich wywieźć lub wymordować. W każdym razie Rosjanie specjalistów tu już nie zastali, twierdzi Łukasz S.

Jego zdaniem podziemia leżące na brzegu jeziora są częścią fabryki i można się do nich dostać właśnie od tej strony, z góry, z fabrycznych piwnic. Łukasz S. twierdzi też, że zaledwie kilka lat temu rozmawiał z Niemcem, który służył w Barcinku w 1944 roku, a kilka lat temu w czasie wakacji odwiedził ten teren. To właśnie ten Niemiec przekonał go, że w tym miejscu były prowadzone supertajne badania. Praktycznie nic o nich nie wiedzieli nawet Niemcy, którzy pełnili tam służbę wartowniczą. Obowiązywał ich zresztą zakaz jakichkolwiek kontaktów z załogą zakładu.

Wyprawa starych ludzi

Pomimo dość szczegółowej penetracji dostępnej części podziemi nie znaleziono tam żadnej możliwości wejścia w głąb tego systemu. A bez takiego badania trudno jest opowiedzieć na pytanie, czemu naprawdę te obiekty służyły. Pewne jest tylko to, że, wykonane w trudnym terenie ogromnym nakładem sił i środków, musiały być czymś ważnym. Dobrze udokumentowana wiedza o niemieckich badaniach naukowych potwierdza też, że na pewno badania podwodnego sprzętu prowadzono w okolicach Wałbrzycha, w Jeziorze Bystrzyckim. O Jeziorze Pilchowickim „…te przekazy milczą”. Zapewne dlatego, że był to naprawdę tajny, a po rozmiarach zachowanych podziemi widać, że także wielki ośrodek badawczy.

Łukasz S. twierdzi, że wspomniana wizyta Niemca nie była przypadkowa czego on sam nie ukrywał. Jako wartownik widział on bowiem, i , jak twierdzi, zapamiętał miejsce, w którym na wysokim brzegu jeziora ludzie pracujący w tym kompleksie po prostu znikali z bardzo stromej ścieżki. Jego zdaniem miejsce to leży w bezpośrednim sąsiedztwie wielkiej betonowej wieży, która zachowała się do dzisiaj. – To była wyprawa bardzo starych ludzi – opowiada Łukasz S., relacjonując swój spacer z owym Niemcem nad brzegi jeziora. – Betonową rurę znaleźliśmy dość szybko, ale zejście do niej zabrało nam sporo czasu. Niemiec był jednak uparty i twierdził, że pokaże mi, gdzie znikali ludzie. Szukał długo, ale niczego nie znalazł. Po dwóch dniach wróciliśmy tam jeszcze raz. Tym razem ze szpikulcami, które zrobiłem ze stalowego drutu. Niemiec wierzył bowiem, że w skalistym gruncie przysypanym leśną ściółką znajdzie miękki nasyp ukrywający wejście. Nie znaleźliśmy niczego.

Łukasz S. twierdzi, że nie wierzy, iż ów Niemiec był tam tylko wartownikiem. Dlatego, że nie uzyskał pełnej odpowiedzi na żadne z zadanych Niemcowi pytań. Ten bowiem albo zasłaniał się brakiem pamięci, albo niezrozumieniem pytań zadawanych mu przez Łukasza S. Zaś zapytany, po co szuka miejsca, gdzie na ścieżce znikali ludzie, odpowiedział, że pytanie, jak było urządzone to wejście, męczy go od dziesięcioleci. I dlatego postanowił sprawdzić to w terenie.

– To było już prawie siedem lat temu. Od tego czasu, czyli od drugiego wejścia na brzeg jeziora, nie wiedziałem go już nigdy – kończy swoją relację Łukasz S.

– Szczegółowy przegląd tego stoku, dokonany kilkanaście dni temu, potwierdza istnienie miejsc, których mógł szukać Niemiec. Są tam bowiem zawaliska, które mogą ukrywać wejście do podziemnych chodników. Te muszą w tym miejscu istnieć, skoro w jakiś sposób z wnętrza góry, co ciągle jeszcze wyraźnie widać, do betonowej wieży doprowadzono cały system różnych instalacji. W jakiś sposób musiały one być poprowadzone z leżącej znacznie wyżej fabryki.

Tekst i zdjęcie: Marek Chromicz

„NJ” nr 44, 31.10. 11.2000 r.

1 Komentarz

  1. Opowiastki .Teraz rozgrywa się wielka tragedia ze szpionami w Polsce ,kto do tego doprowadzil i czy wogóle to się wyjaśni i poniosąodpowiedzialność przed sądem .Sądem wojskowym a moze wojennym.

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

Zgłoś za pomocą formularza.