Jezioro Pilchowickie jest dobrze znane tysiącom turystów, a każdy metr jego brzegów, niezależnie od poziomu wody w tym zbiorniku, świetnie znają wędkarze. Jest jednak miejsce dość trudno dostępne, gdzie znacznie rzadziej można spotkać wędkarza czy turystę. Leży ono niemal dokładnie tam, gdzie przy średnim, zwykłym poziomie wody w jeziorze kończy się rzeka, a zaczyna pilchowicki zbiornik. Czyli, gdzie w wodach Bobru jeszcze widać dno, a już za zakrętem zaczynają już jeziorne rozlewiska.

Dotrzeć w to miejsce można bez trudu, jadąc asfaltową drogą do końca wsi Barcinek. Tu, obok fabryki, należy skręcić w lewo i leśną drogą zejść kilkaset metrów w głąb doliny przełomu Bobru. U końca tej drogi już bez trudu można znaleźć tajemnicze podziemia. Schodząc w dół, warto jednak zwrócić uwagę na wracającą, stromą ścieżkę ostro opadającą nad samą rzekę. Tam bowiem, kilkanaście metrów nad lustrem Bobru, jest pierwsze miejsce, które warto zobaczyć.

To ogromna, betonowa, pionowa rura, do dziś jeszcze wyposażona w resztki dawnych urządzeń technicznych. Zbudowano ją wielkim nakładem sił i środków, w trudno dostępnym miejscu, i wyposażono w szereg instalacji połączeń, które biegną w kierunku leżących kilkadziesiąt metrów wyżej dawnych fabrycznych zabudowań. Wewnątrz zbiornika zachował się jeszcze stalowy pomost i resztki rur, a na zewnątrz widać resztki drewnianej konstytucji, która podtrzymywała dach. Tak zlokalizowana instalacja, jeśli nie ma połączenia z urządzeniami ukrytymi wewnątrz góry, nie ensu. A jednak ją zbudowano.

Zdania co do przeznaczenia tej budowli są bardzo podzielone. Jedni badacze tego terenu twierdzą, że jest to tylko pozostałość po dawnej oczyszczalni ścieków, a inni są przekonani, że chodzi tu raczej o zbiornik na paliwo lub ewentualnie o resztki instalacji chłodniczej. Cokolwiek to jednak było, musi mieć ukryte głęboko pod ziemią połączenie z tym, czemu służyło. Jest chyba pewne, że najprawdopodobniej instalacja ta obsługiwała podziemia leżącej znacznie wyżej fabryki. Tak ważnej, że w latach wojny ściągano na to odludzie specjalistów zarówno z Niemiec, jak i z podbitej Europy.

Wielu badających ten teren twierdzi, że jest to jedno z najtajniejszych miejsc III Rzeszy. Właściwie niemożliwe do wykrycia z powietrza, dające się zatopić poprzez podniesienie lustra wody w jeziorze, a równocześnie dalekie o najbliższych zabudowań. Bez trudu można było ten teren całkowicie izolować od otoczenia i w zupełnej tajemnicy prowadzić tu dowolne badania, doświadczenia i budowy. A tych ostatnich wykonano w tym miejscu naprawdę dużo. Do dziś nie wiadomo zresztą ile, bo dostępna jest tylko mała część podziemi.

Maszyny wywieziono natychmiast

Do leżącej na końcu Barcinka fabryki Rosjanie dotarli już w połowie maja 1945 roku. Łukasz S., dobrze pamiętający tamte czasy, twierdzi, że wraz z jednostką NKWD przyjechali rosyjscy specjaliści, którzy dobrze wiedzieli, czego w tym zakładzie mogą oczekiwać. Już pierwszego dnia zabrali setki rolek perforowanych taśm i równie wiele teczek kartonowych szablonów. Z relacji tego człowieka wynika też, że widział on zdenerwowanie „kogoś bardzo ważnego” w rosyjskiej ekipie, kto straszliwe zrugał oficera odpowiadającego za ten teren. Z awantury wynikało, że Rosjanie spodziewali się znaleźć w tym miejscu nie tylko kartony i rolki perforowanych taśm, ale także pracujących tam specjalistów. Tymczasem zabezpieczony przez Rosjan zakład był absolutnie pusty, a niemiecka ludność Barcinka twierdziła, że kilkunastu ludzi opuściło teren fabryki na kilka dni przed wejściem Rosjan. Jak się zdaje, nie zdołano wtedy ustalić, co dokładnie stało się z liczną załogą fabryki. Zarówno jej wielkość, jak i wielkość położonych niżej, już nad rzeką, podziemi wyklucza, by pracowało tam tylko kilkanaście osób. Dobrze wiedzieli o tym także Rosjanie, znajdując obok fabryki sporej wielkości barakowe osiedle.

Łukasz S. opowiada, że od tego dnia radykalnie wzmocniono ochronę zakładu, pozostawiając tam kilkudziesięciu wyłącznie rosyjskich żołnierzy wojsk NKWD. Zakwaterowano ich w luksusowo wyposażonych barakach, które w latach wojny zamieszkiwali pracujący w zakładzie specjaliści. Część baraków była urządzona tak, by mogły w nich wygodnie mieszkać całe rodziny. Reszta sprawiała wrażenie bardziej hotelu niż obozu pracy przymusowej.

Tej fabryki Rosjanie nie szabrowali. Roboty i demontaż, które tu wykonywano, robiono delikatnie, świadomie i celowo, bardzo dbając, by nic nie zostało uszkodzone. Przez wiele tygodni bardzo starannie demontowano wyposażenie zakładu, szczególną troską otaczając demontowane obrabiarki. Łukasz S. twierdzi, że były to bardzo precyzyjne maszyny, na których Rosjanom ogromnie zależało. W sierpniu 1945 roku doszło nawet do tego, że za przypadkowo zniszczoną lub uszkodzoną maszynę kilku żołnierzy – monterów zapłaciło śmiercią. Zdemontowane maszyny Rosjanie wywozili na bliską stację kolejową, a wszystkie wagony były podobno kierowane jako bardzo pilny transport wprost do Moskwy.

Z fabryki wywieziono nie tylko wszystkie obrabiarki, ale także kilkadziesiąt skrzyń drobnych elementów, które zdążyli wyprodukować jeszcze Niemcy. O tych ładunkach nie wiadomo właściwie nic ponadto, że były bardzo… kolorowe. Specjaliści twierdzą, że mogły to być elementy wykonane z różnych metali, będące częścią jakiegoś precyzyjnego oprzyrządowania. Np. samolotów lub łodzi podwodnych.

Łukasz S. twierdzi, że pod koniec sierpnia 1945 roku, w czasie penetracji kolejnych fabrycznych zabudowań, Rosjanie odnaleźli ukryty pokój, w którym znaleziono dużą ilość personalnych akt. Były to akta osobowe pracujących tam w czasie wojny robotników i specjalistów, co na pewno pozwoliło Rosjanom na odnalezienie przynajmniej części tych ludzi już na terenie Niemiec. Podobno były tam także jakieś akta związane z niemieckim wywiadem. Jeśli tak było naprawdę, musiał to być bardzo cenny łup. Łukasz S. zapamiętał, że tuż po odnalezieniu pokoju z aktami, do Barcinka zjechała jakaś ważna komisja, a wieczorem świętowali nawet szeregowi żołnierze…

W miarę postępu demontażu maszyn Rosjanie pogłębiali penetrację zakładu, chcąc dotrzeć do fabrycznych podziemi. Doszło nawet do tego, że do fabrycznej kanalizacji wpuszczano zabarwioną wodę, by odkryć, jak przebiegają podziemne instalacje. W ten sposób ujawniono jednak niewiele. Natomiast katastrofą skończyła się próba wejścia na jakiś niższy poziom fabrycznych piwnic, bo w czasie eksplozji min zginęło tam wielu żołnierzy. Nie wiadomo dlaczego, ale nawet po sprawdzeniu do Barcinka spacerów Rosjanie chyba nie podjęli dalszych prób wejścia od strony fabryki w głąb góry.

Zasypane hale

Prawdziwą tajemnicą Barcinka i przełomu Bobru są do dzisiaj podziemne i częściowo naziemne budowle, położone kilkadziesiąt metrów niżej, już nad samym Bobrem. W miejscu kończy się droga i zaczyna leśna ścieżka. Wystarczy zejść kilka metrów w stronę jeziora, by natrafić na pierwsze ślady potężnych budowli. Żelbetowe słupy i potężne, stalowe, czterdziestocentymetrowe szyny wystające wprost ze stoku. Nieco niżej wyraźnie widać naziemne fragmenty instalacji i hal, do których dziś można już wejść jedynie przez dziury w pękających, zewnętrznych ścianach. To dziwne miejsce i dziwna budowla. Przez ciężkie betonowe stropy przechodzą tam bowiem szyby ukrywające betonowe, zbrojone stalowymi rurami słupy, które niegdyś musiały służyć jako podpory dla fundamentów ciężkich maszyn. Choć hale te leżą tuż nad rzeką, są jednak na tyle wysoko, że nie jest dla nich groźny nawet najwyższy poziom wody w jeziorze. Dlatego należy wykluczyć, by to woda naniosła w to miejsce ogromne ilości ziemi. Nie jest to zresztą muł, a raczej suchy gruz skalny, przemieszany z ziemią. Tym właśnie niemal pod sam sufit wypełnione są hale. Jednak na dostępnych fragmentach ścian zachowały się do dziś jeszcze resztki kabli energetycznych. Zwracają one uwagę tym, że wszystkie są kryte ołowianymi koszulkami. Ponieważ takie kable w zasadzie kładziono tylko w ziemi, ich ułożenie na ścianach i sufitach tych pomieszczeń budzi zdziwienie. Zapewne jednak ze względu na przeznaczanie hal uznano, że takie właśnie, specjalne instalacje są w nich potrzebne.

Dokładna penetracja tych pomieszczeń jest jednak niemożliwa. Zostały one bowiem wysadzone w ten sposób, że zasypano je gruzem skalnym pod sufit. W ten sposób nie ma dostępu do żadnych drzwi ani przejść, które w takich miejscach przecież być musiały. Jakakolwiek próba dokopania się do drzwi lub przejścia prowadzącego w inne miejsce wymaga przerzucenia wielu ton ziemi. Prawdziwym problemem jest jednak to, że zupełnie nie wiadomo, gdzie takich wyjść czy przejść należy szukać.

Dziura, przez którą wchodzi się do środka, została tuż po wojnie wybita w jedynej, zewnętrznej ścianie tej budowli. Tuż pod sufitem hali. Natomiast nieco niżej widać na tej ścianie wyraźnie ślady po zamurowanym wejściu i oknie. Tędy zapewne kiedyś wchodzono do środka. Czyli tam, gdzie obecnie zalegają zwały ziemi. Ostatnio podjęto próbę rozbicia jednego z tych zamurowań. Okazało się, że wykonano je niezwykle starannie, zamiast klasycznej zaprawy murarskiej stosując doskonałej jakości beton. Czterech pracujących tam ludzi, po wielu godzinach kucia, odkryło, że zamurowanie ma grubość co najmniej trzech długości cegieł. Bo tyle warstw zamurowania ujawniono, ale nadal nie przebito się na drugą stronę muru. By tego dokonać, potrzebna jest sprężarka i pneumatyczny młot. Badacze zapowiadają że podejmą taką próbę, by ujawnić, co ukryto za tak grubym i niezwykle starannie wykonanym zamurowaniem.

Łukasz S. zapamiętał, że ta część podziemi została odkryta tuż po wojnie. Była zresztą dobrze widoczna i trafienie tam było problemem. Pierwszej ich penetracji dokonali Rosjanie. Jednak nauczeni przykrym doświadczeniem z wybuchem min w fabryce, byli już bardzo ostrożni. I szybko uznali, że tam nie ma czego szukać, bo wszystko zostało wcześniej wysadzone i już wtedy było zasypane niemal pod sufit. W tej sytuacji trudno było poszukiwać tam nieuszkodzonych cennych maszyn i urządzeń. A pokusa była spora, bo na stoku zbocza znaleziono wtedy duże ilości wiór po obróbce metali kolorowych. Ujawniono także zabetonowaną studnię, w której „zbrojenie” betonu stanowiły właśnie te wióry. Przy rozkuwaniu betonu w tej studni pracował przez kilka dni Łukasz S. I twierdzi, że po rozkuciu jej na głębokość około metra zarządzono przerwanie robót. Dziś w tym miejscu jest już tylko mały dołek w ziemi.

Ponieważ pod ścianą tych hal nie ma drogi, a kiedyś mogła tam być co najwyżej nieco szersza ścieżka, wejście do pomieszczeń musi znajdować się wewnątrz stoku. Tam też muszą być ukryte drogi zaopatrzenia i zasilania. Nikt przecież nie budował ogromnym nakładem sił i środków betonowych bunkrów i hal bez konkretnego, użytecznego celu.

Kapitańska ambona

To kolejne dziwne miejsce w tej okolicy. Tuż obok leżącego w pobliżu mostu widać wyraźnie zachowanie do dziś betonowe „nabrzeża”, które zapewne służyły kiedyś jako miejsca cumowania i postoju… miniaturowych łodzi podwodnych. Nie wiadomo, w jaki sposób, ale jeszcze z niemieckich czasów dla tego miejsca zachowała się nazwa „kapitańska ambona”. Trudno sobie wyobrazić, by taką nazwę bez powodu nadano miejscu leżącemu tak daleko od morza. Ale jeśli było ono miniaturowym „morzem”, na którym marynarka wojenna prowadziła badania nowych rodzajów broni, to taka nazwa może być w pełni zasadna.

Zdaniem tych, którzy już od lat przeszukują ten teren, właśnie badaniem i wyposażeniem tego rodzaju wojennego sprzętu zajmowano się tam w latach wojny. Sam most jest też o tyle dziwny, że właściwe prowadzi donikąd. Wprost w urwisko skalne, o którym mówi się, że ukrywa grupę innych podziemi. Tej informacji nigdy jednak nie udało się potwierdzić, bo po drugiej stronie Bobru nie znaleziono właściwie niczego poza kablami, które istniejący zespół podziemi zasilały prądem z pilchowickiej elektrowni.

Najciekawsze w tej okolicy jest jednak to, co można określić jako system podziemnych, a w razie potrzeby także podwodnych korytarzy, pomieszczeń i doków. Zamykany wodoszczelnymi bramami…

Marek Chromicz

Archiwum Nowin Jeleniogórskich 37, 12.09.2000 r.

Fot. Fotopolska.eu

3 komentarze

  1. „resztki drewnianej konstytucji”, „Tak zlokalizowana instalacja, jeśli nie ma połączenia z urządzeniami ukrytymi wewnątrz góry, nie ensu.”

    Wtedy już ćpaliście, czy dopiero teraz?

    • „ale nawet po sprawdzeniu do Barcinka spacerów Rosjanie chyba nie podjęli dalszych prób”

  2. Przedstawiona w artykule fabryka to nic innego jak… młyn który jest na starych mapach niemieckich, mam taką i na niej jest tak to właśnie opisane. Nic więcej…Za to są inne ciekawe miejsca o których mało kto wie ale to już wiem nie z map.

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Marek Lis

694 792 203

Zgłoś za pomocą formularza.