W 1997 roku nasz redakcyjny kolega, Marek Chromicz, napisał pierwsze teksty poświęcone poszukiwaniu poniemieckich skarbów. Redaktorowi Chromiczowi udało się pozyskać zaufanie wielu eksploratorów, dzięki czemu w krótkim czasie stał się prawdziwym specem od „sekretnych skrytek” , bursztynowej komnaty i złotego pociągu. Na przestrzeni kilku lat napisał wiele tekstów na ten temat, co przysporzyło mu wielu fanów, Nowinom Jeleniogórskim wielu nowych czytelników.
Od ukazania się pierwszej publikacji minęło już ponad 20 lat. Można śmiało powiedzieć, że dorosło całe nowe pokolenie młodych ludzi. W tym czasie kilka zagadek zostało rozwiązanych, w kilku miejscach prowadzi się oficjalne prace archeologiczne. Nie bacząc na to zdecydowaliśmy się przypomnieć publikacje Marka Chromicza, bez ingerencji w ich zawartość. Sięgamy zatem głęboko do naszego archiwum, by przypomnieć jeszcze starsze historie. Liczymy też na to, że internet ma ogromną siłę dotarcia do wielu ludzi, nie tylko mieszkańców regionu.
Jeżeli są Państwo gotowi – to zapraszamy w każdy weekend na nasz portal, aby pobuszować w historii naszego tygodnika oraz historii naszych ziem.

Jelenia Góra, jak niemal każde dolnośląskie, stare miasto, ma dwa oblicza. Jedno z nich, czyli zwyczajne, dobrze nam znane miasto oglądamy codziennie, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Ale pod Jelenią Górą jest także drugie miasto, o całkiem pokaźnych rozmiarach, o którym ciągle wiemy bardzo mało.

Wzgórze Kościuszki

Pokryte parkiem Wzgórze Kościuszki kryje w sobie rozległy labirynt korytarzy i hal. Jest to obiekt, którego budowę rozpoczęto już przed wojną, ale roboty na dużą skalę prowadzono w tym miejscu dopiero od 1942 roku. Od tego czasu do końca wojny, dzięki pracy dowożonych tu więźniów z obozu w Dąbrowicy, wykonano pod parkiem bardzo rozległy system chodników i sal, który użyty jako schron, mógł podobno pomieścić około 10 tys. osób. Do dziś zachowały się tylko niektóre wejścia do tych podziemi, chociaż jeszcze kilkanaście lat temu istniały wyraźne ślady prawie wszystkich, dziś już zapomnianych wejść. Parkowi spacerowicze i młodsi mieszkańcy ulicy Chełmońskiego dziś mogą już tylko obserwować nieliczne ślady po wejściach, w tym zachowaną bramę wjazdową do podziemi. Ale już tylko niewielu jeleniogórzan pamięta, że w okolicy kortów tenisowych jeszcze w latach osiemdziesiątych widoczny był szyb windy z szynami prowadzącymi w głąb, a niedaleko od tego miejsca znajdowały się dwa wejścia do podziemi. Zarówno szyb windy, jak i wejścia zostały zawalone m.in. kolumnami, które pozostały po rozebranych parkowych pomnikach. Ostatecznie szyb i wejścia zasypano śmieciami, gruzem i ziemią, i tak zniwelowano, że praktycznie ślad po nich zaginął.

Na szczęście zachowała się mapa i inwentaryzacja tego obiektu sporządzona 9 października 1946 roku przez podporucznika Waszyrowskiego. Wraz z nim i jego zespołem, nad sporządzeniem dokumentacji obiektów ukrytych pod parkowym wzgórzem, pracowały jeszcze cztery inne drużyny. Być może właśnie one weszły do ukrytego w innej części wzgórza, bliżej cmentarza, podziemnego szpitala. Niestety, po tej penetracji nie (?) zachował się żaden dokument. Świadkowie, którzy oglądali tę część podziemi jeszcze kilka lat po wojnie, potwierdzają, że był to rzeczywiście szpital. Znaleziono tam bowiem nie tylko typowe, szpitalne wyposażenie sal chorych, ale nawet niemal kompletne sale operacyjne. Świadkowie potwierdzają też, że jeszcze w 1968 roku od strony cmentarza można było wejść do tej części podziemi na głębokość kilkudziesięciu metrów. Także te wejścia zostały ostatecznie kompletnie zawalone.

Zapewne obie części schron i podziemny szpital były ze sobą połączone, przynajmniej jednym korytarzem. Podziemia były wyposażone we własny generator prądu, ujęcie wody, kompresorownię i inne, konieczne instalacje, a korytarze i sale były malowane pasem farby fosforowej, co już przy minimalnej ilości światła pozwalało na bezpieczną komunikację. Obok wejść i wjazdu od ulicy Chełmońskiego do podziemi można było się dostać także od góry. Poprzez wejście (teraz zabetonowane) z budynku obecnego LOK-u.

O skali podziemi i ich wyposażeniu świadczy opis mapy wykonanej przez podporucznika Waszyrowskiego. Z dokonanych pomiarów wynika, że poszczególne komory miały od 9 do 15 metrów długości, 8 metrów wysokości i od 4 do 7 metrów szerokości. Ci, którzy penetrowali podziemia zaraz po wojnie, twierdzą, że wiele świadczy o tym, że pod przedstawionym na mapie podstawowym systemem jest ukryty drugi, nie mniejszy zespół podziemnych korytarzy. Tam jednak nikt (?) nie był. Istnieją natomiast wiarygodne świadectwa ludzi, którzy dokopali się od góry do najwyższego poziomu komór. Twierdzą oni, że podejmowane w latach sześćdziesiątych liczne próby wdarcia się do podziemi od góry, z parku, zawsze niestety kończyły się zawaleniem, wcześniej chyba wysadzonych, wyrobisk. To przy braku odpowiednich środków uniemożliwiało dalszą penetrację.

Wspomniana mapa potwierdza, że system ten albo jest wykuty w skale, albo obetonowany. To zaś gwarantuje, że jeszcze dzisiaj, po odpowiednim przygotowaniu i wyposażeniu, mógłby dość łatwo być udostępniony do zwiedzania. Wcześniej jednak chcą go raz jeszcze spenetrować jeleniogórscy eksploratorzy. Ich bowiem zdaniem, wiarygodne jest świadectwo pracownicy niemieckiego archiwum o tym, że w styczniu 1945 roku właśnie w opisanych podziemiach otwarto filię tej instytucji, w której zgromadzono wiele cennych zbiorów. A nikt w tym systemie podziemi nigdy archiwum nie znalazł. I nikt (?) od bardzo dawna tam nie był.

Wykorzystywane do dziś na magazyny kilkadziesiąt metrów systemu stanowią minimalną część wielkiej całości. By tam jednak wejść, trzeba odsłonić nie tylko zasypane sztolnie i szyby, ale i zburzyć postawione kiedyś ściany. Tam po prostu trzeba ponownie wejść, choćby po to, by dokonać starannej inwentaryzacji tego, co się zachowało. I by sprawdzić, czy rzeczywiście jest to system zamknięty, którego nikt nie penetruje.

Pruskie lochy

Innym bardzo interesującym miejscem poszukiwań powinny być lochy, których budowę rozpoczęto prawdopodobnie już w XIX stuleciu, w stoku naprzeciw dworca kolejowego. W latach wojny także te podziemia były przez kilka lat rozbudowywane przez więźniów, dowożonych tu z Dąbrowicy. Codziennie przez kilka lat pracowało tutaj około 30 osób. Musiały one w tym czasie wykonać sporo pracy i radykalnie powiększyć stare wyrobiska. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że podziemia, poprzez komory istniejące pod Paulinum, mają połączenie ze schronami pod Wzgórzem Kościuszki. Ustalenie, jak jest naprawdę, wydaje się jednak dość trudne, bo pruska część korytarzy jest podobno zatopiona. Ale ich ewentualna penetracja jest tym bardziej interesująca, że do dziś niestety nic nie wiadomo, nawet w przybliżeniu, o przeznaczeniu tego systemu podziemi. Były tam nie tylko korytarze, ale i obszerne hale, a nawet zapadnie, broniące podziemi przed intruzami. Ze względu na obecność w tych lochach wody, wojsko nigdy ich (o ile wiadomo) nie inwentaryzowało. Warto więc być może zrobić to teraz i współczesnymi metodami sprawdzić, co tam jest naprawdę.

Ci, którzy wchodzili do tego systemu jeszcze kilka lat temu, opowiadają, że doszli zaledwie około 70-80 metrów w głąb wzgórza. Czy na pewno tylko tak daleko? Zapewne warto też sprawdzić, dokąd prowadzi wejście, którego resztki zachowały się w okolicach gmachu I Liceum.

Szpara w górze

Warto to zrobić tym bardziej, że istnieje wiarygodne świadectwo, obecnie 57-letniego człowieka, o tym, że przypadkiem odkrył wejście do pruskich podziemi. Twierdzi on bowiem, że niemal naprzeciw zawalonego (dlaczego?) wiaduktu nad torami, w pobliskich górkach, odkrył w 1971 roku szparę, przez którą wszedł na kilkanaście metrów w głąb góry. To, co zobaczył, było miejscem zmagazynowania wielkiej ilości broni. Człowiek ów, zamknięty później za jakieś przestępstwo, przez pewien czas próbował „handlować” z ówczesnymi władzami swoją wiedzą o tych lochach, proponując informacje o wejściu w zamian za wolność.

Przywieziony na miejsce, jak mi opowiadano, wyraźnie kluczył, ostatecznie nie chcąc chyba pokazać odkrytego przez siebie wejścia. Istnienie tego wejścia jest jednak prawdopodobne, bo także w tym miejscu przez długi czas pracowali więźniowie z Dąbrowicy.

Tunel

Dość zagadkowym, a dziś już pod tym względem niemal zupełnie zapomnianym miejscem jest teren zabudowany pawilonem handlowym przy ulicy Wolności i otaczający go skwer z kamieniem poświęconym pamięci twórcy języka esperanto. Jeszcze przez kilka powojennych lat w tym właśnie miejscu był stary, istniejący tam od bardzo dawna, cmentarz. W latach pięćdziesiątych, jak się wydaje przypadkowo, odsłoniło się w tym miejscu wejście do podziemnego korytarza. Niezbyt pewne informacje podają, że był to tunel o długości około 300 metrów, w dobrym stanie, ale o nieznanym przeznaczeniu. Niestety nie wiadomo też nic konkretnego o tym, czy człowiek, który tam wszedł, dotarł tylko na tę odległość, czy też miejsce, do którego doszedł, było końcem tunelu.

Istnienie tego tunelu, a w każdym razie dużych podziemi potwierdza także ktoś, kto przed laty w tym właśnie miejscu miał kiosk-zieleniak. W czasie handlu, jak opowiada, wielokrotnie miał okazję słyszeć rozmowy ludzi, którzy jakieś podziemia w okolicy tego miejsca widzieli. Ważniejsze jednak jest to, że ów człowiek był świadkiem rozbiórki cmentarnej zabudowy i widział, jak w miejscu, gdzie dziś jest pamiątkowy kamień, zapadła się koparka. Twierdzi on, że maszyna wpadła tak głęboko, iż wykluczone jest, by był to tylko grób, nawet nienormalnie głęboki. Mógł to być właśnie wspomniany tunel, tym bardziej, że przy wydobywaniu maszyny znaleziono tam dość spore szczeliny. Cmentarny charakter miejsca przesądził jednak o szybkim zasypaniu otworu.

Dwie relacje

Eugenia Triller, przez kilka powojennych lat szef jeleniogórskiego archiwum, była świadkiem nie tylko losów części skarbu Romanowów. Była ona też świadkiem powojennego już, polskiego zapoznawania się z Jelenią Górą i odkrywania wielu takich miejsc, które nigdy Polakom nie zostały ujawnione przez odchodzące niemieckie władze miasta. Pani Eugenia Triller opowiadała, że kilka lat po wojnie miała okazję zwiedzić podziemia jeleniogórskiego ratusza. Jak się jednak w czasie zwiedzania okazało, pokazano jej nie tylko piwnice pod ratuszem. Istniejącym wtedy przejściem zaprowadzono ją do położonych już pod rynkiem i kamienicami sal, których wyposażenie przypominało coś pośredniego pomiędzy salą posiedzeń rady a starodawną piwiarnią. Były tam zachowane nie tylko stare ławy i szafy, ale nawet wielkie i jak się jej wydawało cenne obrazy. Niestety, nic nie wiadomo o tym, co stało się z tymi salami, a tym bardziej z ich wyposażeniem. Z tej relacji wynika, że położone w amfiladzie sale prowadziły w kierunku obecnego parkingu przy ulicy Grodzkiej.

Z innej relacji kogoś, kto w 1983 roku zamierzał kupić zrujnowaną kamieniczkę nr 4 przy tej właśnie ulicy wynika, że sale, podziemia i co najmniej dwupiętrowe lochy rzeczywiście w tym miejscu są. Człowiek ów opowiadał mi niedawno, że oglądając wspomnianą kamieniczkę zszedł do piwnicy, która po bliższej penetracji okazała się być częścią jakiegoś podziemnego systemu. W jednej z kolejnych piwniczek znalazł on zamurowane przejście, które po rozbiciu muru pozwoliło na dotarcie do dalszej części systemu. W kolejnej ze starych, sklepionych piwnic znajdowała się studnia – zejście w głąb ziemi, wyposażone w klamry. Jak się okazało, było to zejście na chyba najniższy poziom, będący dość sporych rozmiarów korytarzem. O tym, że korytarz ten jest najniższym poziomem systemu, świadczyło wyposażenie go w kanał odprowadzający wodę. Zaś ukierunkowanie korytarza, zdaniem mojego informatora świadczy o tym, że mógł on łączyć ratusz z okolicą obecnego dworca autobusowego. Ponieważ to podziemne przejście było jeszcze kilkanaście lat temu w dobrym stanie technicznym (obudowa ceglana), jest wielka szansa, że jest ono dostępne i obecnie. Mój rozmówca twierdzi, że ponieważ był sam i tylko z jedną latarką, nie ryzykował dalszej penetracji tych podziemi. Niedługo zaś później przestały one być tak łatwo dostępne. Istnienie podziemnych przejść z ratusza poświadcza (?) podobno także stara plotka, która ich istnienie uzasadnia tym, że rajcy miejscy właśnie podziemiami przechodzili do pobliskiej karczmy i domu schadzek. Jeśli wszyscy dochowywali tajemnicy, można sobie wyobrazić, jak bardzo było to wygodne ze względu na wszystkowidzące… żony. Istnienie tego systemu, studni i dolnego korytarza potwierdza także inny, bardzo wiarygodny świadek, który te lochy oglądał.

Jak szwajcarski ser

W czasie zbierania informacji o systemie podziemi pod Wzgórzem Kościuszki okazało się, że są w polskich rękach poniemieckie dokumenty poświadczające, że pod Jelenią Górą jest jedenaście wielkich bunkrów. Najbardziej „znane” z nich, to ogromne bunkry pod Szkołą Podstawową nr 1 i pod hotelem Europa. Innym, zagospodarowanym już po wojnie bunkrem jest powiększona, stara kasa niemieckiego banku, który mieścił się w budynku Orbisu. To pomieszczenie było przed laty, a zapewne jest i dziś schronem „wojennym” dla władz i centralą alarmową. Tu właśnie włącza się podobno wszystkie syreny alarmowe w mieście i województwie.

Ze starych materiałów wynika, że bardzo prawdopodobne jest połączenie przynajmniej części tych podziemi w jeden system, prowadzący z okolic dworca PKP, przez podziemia parkowe i bunkry w centrum miasta, aż do ratusza i dalej, w kierunku dworca PKS lub, jak chcą niektórzy badacze, aż do wieży Krzywoustego.

*

Jednak by wiedzieć, jak jest naprawdę, jaki jest stan i rzeczywista skala tych podziemi, trzeba podjąć ich eksplorację. Bez tego niemożliwe jest ustalenie nawet tego, jak daleko sięgają dziś te podziemia, które oficjalnie opisano i zinwentaryzowano tuż po wojnie. Dziś nie wiemy także w jakim są one stanie, bo przecież od czasu gdy ostatni raz (?) byli w nich ludzie, minęło już pół wieku.

Jeśli natomiast po bliższych badaniach okazałoby się, że do udostępnienia możliwa jest choćby mała część tego systemu, można sobie wyobrazić, jak wielką atrakcją turystyczną byłoby jeleniogórskie, podziemne miasto. Jest także ogromnie prawdopodobne, że w czasie eksploracji podziemi nastąpią dalsze odkrycia, a być może dojdzie nawet do sensacji.

Jak sądzę, warto spróbować podjąć takie badania. Tym bardziej, że w najgorszym razie dojdzie „jedynie” do zinwentaryzowania stanu podziemi, a w najlepszym – być może do stworzenia ogromnej, turystycznej atrakcji. Ponieważ sprawą mogą zająć się prywatni badacze, nie są na ten cel potrzebne żadne, publiczne pieniądze. Wystarczy tylko, a jest to zarazem konieczne, by odpowiednie służby sprawowały nadzór nad tym, co będzie się w podziemiach działo i nad tym, co tam zostanie znalezione…

Marek Chromicz

1 Komentarz

  1. I właśnie tą drogą powinniśmy iść ! Turystyka podziemii super temat ! Miasto podziemii Super .Z tego były by pieniądze .

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Marek Lis

694 792 203

Zgłoś za pomocą formularza.