Archiwum Nowin Jeleniogórskich 2015 rok

Mówi się, że podania i legendy często mają w sobie ziarno prawdy, że powstają zwykle w oparciu o jakieś autentyczne zdarzenia, że nie zawsze są całkowicie zmyślone. Z drugiej jednak strony niełatwo jest w dzisiejszych czasach – w dobie nauki i zdrowego rozsądku, dawać wiarę starym przesądom. Wystarczy jednak odrobina uporu i cierpliwości, aby przekonać się, że ludzie wcale nie tak chętnie odżegnują się od spraw duchowych i od niewyjaśnionego, a niemal każdy zakątek jeleniogórskiej kotliny wciąż zdaje się skrywać w sobie dawne tajemnice…

Zjawa pośród mgieł

Jeden z Czytelników NJ, całkiem niedawni doniósł nam o wydarzeniach mających ponoć miejsce na terenie Rudaw Janowickich. Wokół malowniczo położonych Kolorowych Jeziorek – perły lokalnego krajobrazu i tym samym wielkiej turystycznej atrakcji regionu, okrzykniętej w plebiscycie National Geographic Trzecim Cudem Polski, dzieją się jakoby dziwne rzeczy. Sprawa wydaje się o tyle intrygująca, iż doniesienie zostało potwierdzone podobnym…

– To było w październiku ubiegłego roku (tekst napisany w 2015 roku – przyp. red) . Kilka dni z rzędu lało wtedy niemiłosiernie, ale ogólnie rzecz biorąc zimnica nie doskwierała. Na grzyby można było jeszcze trafić – opowiada swą historię pan Adam z Janowic Wielkich.
– Przyjechaliśmy z żoną i psem, aby przejść się po okolicy, pooddychać dobrym powietrzem i przy okazji zebrać z ziemi jakiegoś podgrzybka, lub prawdziwka. Na jeziorka przybywają często szkolne wycieczki, więc wybraliśmy trochę późniejszą, popołudniową porę. Mieliśmy na sobie barwne kurtki przeciwdeszczowe i dobre buty. I zanim jeszcze zaczęło się ściemniać staliśmy się świadkami przedziwnego zdarzenia. Żona zobaczyła niewysoką postać w ciemnoszarym płaszczu, wspinającą się po wzniesieniu, tuż przy lazurowym stawie. Zrobiła się już wówczas niemała mgła, bo zapowiadało się na nią od rana. Teraz w powietrzu wisiała dość gęsta zasłona, ale w tamtym miejscu panuje duża wilgotność, więc jest to zjawisko zupełnie naturalne. Całkowicie nienaturalne, było natomiast to, co wydarzyło się później. Postać zniknęła nam z oczu, skręcając w prawo pod górę. Wcale nas ten widok nie zaskoczył, spaceruje tam wiele osób, a przeciwdeszczowy płaszcz nie jest niczym wyjątkowym. Jednak kilka chwil później, kiedy schodziliśmy od jeziorka w prawo, tuż za drewnianą chatką, ta sama postać nagle wyszła zza drzew i przeszła przez ścieżkę idąc tym razem stromo w dół. Ubranie miała mokre od deszczu, błyszczące nasiąkniętą wodą. Nasz pies zwykle reaguje nerwowo w obliczu zbliżających się obcych, więc odruchowo chwyciłem go za kolczatkę i zapiąłem klamrę smyczy. On jednak wcale nie kwapił się do ataku, tylko cofnął, chowając się za mymi nogami. To mnie bardzo zdziwiło, bo zazwyczaj temperamentu mu nie brakuje. Ten osobnik zatrzymał się na granicy drzew i stał chwilę, kompletnie bez ruchu. Żona trochę się wystraszyła, złapała mnie za rękę, a ja krzyknąłem w stronę nieznajomego „Coś się stało? Pomóc w czymś?”. Ten nie zareagował, tak jakby w ogóle nie usłyszał mego głosu. Mówię do żony „chodźmy wolno w drugą stronę, ale nie spuszczajmy tego gościa z oka, wydaje mi się podejrzany, może to jakiś ćpun?”. Pies nam trochę popiskiwał, to wszystko było dziwne, bardzo dziwne jak Boga kocham. Odwróciłem się na moment, żeby zobaczyć, czy pod nogami nie plączą mi się korzenie, a za sekundę tego człowieka już nie było. Tak jakby się zapadł pod ziemię! Był, po czym jednej chwili rozpłynął się w powietrzu. Wracaliśmy do auta w milczeniu, oglądając się co chwilę za siebie, dopiero kiedy ruszyliśmy z miejsca, zaczęła się rozmowa. Nasz pies odrobinę się trząsł, tak jak robi to w nerwach, ale w domu całkowicie się uspokoił. Jestem przekonany, że widzieliśmy ducha. Cała nasza trójka. Pierwszy raz w życiu, owszem, ale co do tego nie mam żadnych absolutnie wątpliwości! Nigdy nie wierzyłem w zjawy, ale dziś mam inne podejście do tych spraw.

Leśne widziadło?

– Chodzę tu na grzyby od trzydziestu lat. Znam okolicę jak swoje własne mieszkanie – mówi pan Ryszard. – I słyszałem już niejedną historię o dziwnych spotkaniach w tym miejscu. Pamiętam jeszcze dobrze głośną sprawę bandyty, który napadał tu kobiety dawno temu, pisały o tym gazety. Teraz jest bezpiecznie i ludzie chętnie przyjeżdżają oglądać jeziorka. Jedno z nich często wysycha prawie zupełnie, ale teren jest ładny, jest co oglądać. Mnie się zdarzyła taka zabawna historia – szedłem sobie w górę lasem, z drogi w kierunku Wielkiej Kopy wszedłem w zagajnik i widzę jak między drzewami porusza się ktoś niewysokiego wzrostu. Widziałem, że to nie grzybiarz, bo nie miał ani koszyka, ani siatki. Nic do niego nie mówiłem, nie krzyczałem, pilnowałem swego nosa. Schyliłem się po maślaka, a kiedy podniosłem wzrok ta postać stała przodem gapiąc się na mnie jak sroka w gnat. Obejrzałem się za siebie, myśląc że ten ktoś śledzi wzrokiem coś, co znajduje się za mną, ale za mną niczego godnego uwagi nie było. A ten stał i się gapił i gapił. Ruszyłem w jego kierunku, myślałem zapytam, o co gówniarzowi chodzi. Postać obróciła się i jakby lekceważąc moją reakcję wolno weszła między drzewa. Mnie to nie zniechęciło, ale z tych drzew nikt już nie wyszedł. Tak jakby ten człowiek rozpłynął się w powietrzu. Dziwne, prawda? – pyta pan Ryszard.

Dźwięki młotka

Trzecia z opowiedzianych nam historii miała miejsce jeszcze w latach sześćdziesiątych.

– Byliśmy tu na wycieczcie. To była może szósta klasa, tego już nie pamiętam – mówi pan Zygmunt z Jeleniej Góry.
– Poszedłem z kolegą obejrzeć jeziorka, był ciepły, letni wieczór. No i mój kolega, który nie był dobrego zdrowia nagle zemdlał. Stracił przytomność, jak mu się to czasem zdarzało. Byliśmy sami, trochę spanikowałem, bo nie wiedziałem czy lecieć kawał drogi do najbliższego domu, czy go cucić, czy co. No i rozejrzałem się dokoła, mając nadzieję że kogoś dostrzegę i zawołam. Nikogo jednak nie było jak okiem sięgnąć. I nagle dobiegł mnie bardzo wyraźny metaliczny dźwięk, tak jakby ktoś uderzał w kamień kilofem, albo młotkiem. Ruszyłem za tym odgłosem, a on zaprowadził mnie tuż pod skałę, gdzie znajdowało się wejście do dawnej sztolni. Ten dźwięk wcale nie ustępował, wydawało się że ktoś z całej siły tłucze kilofem w ścianę. Położyłem się na ziemi i krzyknąłem „Pomocy! Jest tam kto?”. I w tym momencie odgłos „zgasł”, tak jakby świeczkę zdmuchnąć, choć jeszcze przed sekundą dał się słyszeć bardzo wyraźnie. Nie wiem do dziś kto to był, człowiek, czy nie, wiem że wspominam to zdarzenie z ciarkami na plecach. Było w tej sytuacji coś dziwnego, czego nie potrafię do końca wyrazić słowami. Kiedy wróciłem, mój kolega odzyskał już przytomność, a ja spytałem go czy słyszał uderzenia młotka. Potwierdził, że owszem i że słyszał moje wołanie o pomoc. Kto to mógł wtedy być w tej starej sztolni? Tego nie wiem…

Legendy

Zachodni i środkowo europejski folklor obfituje w rozmaite opowieści o duchach mieszkających w kopalniach. Stara tradycja wymienia tak zwane pukacze – istoty uderzające w ściany chodników i sufitów korytarzy, wskazujące nieraz górnikom miejsca pokładów rudy. Co ciekawe, według legendy, pukacze są z natury przyjazne ludziom (choć czasem bywają również złośliwe i przewrotne), boją się jednak znaku krzyża, w związku z czym, niektórzy wydobywcy, lub dawni poszukiwacze skarbów, woleli nie umieszczać podobnych znaków w obrębie swych kopalń, czy wyrobisk. Jak głoszą dawne podania pukacze to duchy Żydów, biorących udział w ukrzyżowaniu Chrystusa i skazanych za to na surową pokutę. To oczywiście jedynie baśnie i legendy, ale jako się rzekło wiele z dawnych podań ma w sobie jakieś ziarno prawdy. Może charakterystyczne (niewyjaśnione zarazem) echa i stukoty, które czasem słyszy się w opuszczonych miejscach stały się zaczątkiem podobnych historii?

Niektóre z imion mogły zostać zmienione

Antoni Gąssowski

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

Zgłoś za pomocą formularza.