To było jedno z najgłośniejszych zabójstw w Jeleniej Górze w latach 80. W swoim domu w Sobieszowie zginął z rąk bandytów znany stomatolog Ludwik Uruski. Złodzieje liczyli, że znajdą w domu lekarza dużo pieniędzy. Ukradli sto złotych.

Główny podejrzany w tej sprawie Marian R. nie stanął jednak przed sądem. Dosięgła go jednak kara boska, jak mówili wtedy ludzie. Mężczyzna z kryminalną przeszłością, już po zatrzymaniu i osadzeniu w areszcie, dokonał tzw. samookaleczenia i wbił sobie w okolice serca igłę. Gdy miał składać wyjaśnienia na milicji źle się poczuł. Igła zaczęła się przesuwać w kierunku serca. Marian R. trafił do jeleniogórskiego szpitala. Tutaj jednak ordynator oddziału chirurgicznego odmówił wykonania zabiegu. Zatrzymanego zabrano więc do celi aresztu, gdzie zmarł.

Sprawcami napadu na dentystę byli mieszkańcy Szczecina. Wspomniany Marian R., jego brat Kazimierz oraz Ryszard B., który wpadł na pomysł obrabowania doktora.

Ten ostatni osobnik, kryminalista skorzystał z dobrodziejstwa warunkowego zwolnienia i w 1983 roku powrócił z zakładu karnego do rodzinnego Szczecina. Tam od razu nawiązał kontakty z kolegami z półświatka, w tym i z Marianem R., z którym poznał się w 1972 roku w areszcie.

Marian imał się różnej roboty, ale interesował go przede wszystkim szybki i łatwy zarobek. Współpracował z prostytutkami, które wystawiały mu swoich klientów, handlował dolarami, jeździł na handel na Węgry. W ślad brata poszedł o dwa lata młodszy brat Kazimierz, który starał się dotrzymywać kroku bratu. On także był karany.

Ryszard B. ciesząc się z odzyskanej wolności opowiedział więc kompanom o niedawnej wizycie w Jeleniej Górze. W restauracji „Galery” usłyszał przypadkowo rozmowę dwóch jegomości, którzy rozmawiali przy wódce o wizycie u dentysty w Sobieszowie. Jeden z nich opowiadał, że zapłacił sporo za wyrwanie zęba, a „doktor jest pazerny na pieniądze, więc musi być bogaty” – doleciało do uszu Ryśka.

Grupa ze Szczecina zjawiła się w Sobieszowie któregoś styczniowego dnia. Dwóch mężczyzn stało przy furtce posesji. Doktor Uruski zobaczył ich przez okno, ale że szykował się już do wyjścia, bo jechał do przychodni, polecił gospodyni, by ich odprawiła. Kobieta krzyknęła, by przyszli później, w godzinach przyjęć, bo doktor wyjeżdża.

Następnego dnia doktor, jak zwykle, przyjmował po południu pacjentów w gabinecie w swoim domu. Był już wieczór, gdy ostatnia pacjenta wychodziła z gabinetu. Wtedy przy furtce pojawiło się dwóch mężczyzn. Jeden z nich trzymał się za szczękę, adrugi prosił dentystę o przyjęcie kolegi, bo cierpi z bólu. I dodał, że pieniądze nie grają roli. Po chwili wahania doktor Uruski zdecydował się przyjąć pacjenta, którego zaprosił do gabinetu.

Może godzinę, może dwie później do willi doktora podeszło dwóch milicjantów, których wezwał zaniepokojony sąsiad dentysty. Jak nigdy tego wieczoru wszystkie światła w willi doktora były zapalone, co nigdy wcześniej się nie zdarzało. I to zaniepokoiło sąsiada.

Gdy milicjanci zaczęli pukać do drzwi z wezwaniem: „Otwierać, milicja!” nagle światła pogasły. Jeden z funkcjonariuszy zaświecił do środka przez okno latarką. Zobaczył stojącą na schodach postać, która po chwili schowała się za ścianą. Za moment słychać było otwieranie okna z drugiej strony budynku. Jeden z milicjantów poszedł w tamtym kierunku. Ciszą przerwał dźwięk rozbijanej szyby. Od strony ogrodu przez okno wyskoczyło dwóch osobników. Milicjanci nie mieli broni, a bandyci zniknęli za chwilę w ciemnościach. Jeden z nich przeskoczył przez płot i wskoczył do zaparkowanego na ulicy fiata. Samochód z miejsca odjechał.

W tym czasie, skrępowanej przez bandytów gospodyni doktora udało się wyswobodzić. Kobieta nie wiedziała, że bandyci uciekli. W wielkim strachu wyszła na taras i zeskoczyła do ogrodu łamiąc sobie nogę i doznając wstrząśnienia mózgu. Ostatkiem sił doczołgała się do mieszkania sąsiadów.

Milicjanci znaleźli ciało doktora Uruskiego związane i leżące na podłodze w gabinecie dentystycznym. Nikt z przybyłej na miejsce grupy operacyjno-dochodzeniowej nie przypuszczał, że jeden z bandytów cały czas jest w domu. Osobnik ukrył się na strychu.

W ujęciu sprawców napadu i morderstwa pomógł przypadek. Gdy bandyci uciekali z Jeleniej Góry zostali zatrzymani do rutynowej kontroli drogowej w Lwówku Śląskim. W dokumentach zostały spisane ich personalia z dowodów osobistych. Gdy milicja opublikowała w prasie kilka dni po zdarzeniu portrety pamięciowe sprawców, funkcjonariusz z Lwówka skojarzył te twarze z kontrolowanymi niedawno mężczyznami podróżującymi fiatem i dał znać swoim przełożonym. Milicja w Szczecinie niedługo potem zatrzymała podejrzanych.

Na przesłuchanie aresztowanych braci R. pojechał do Szczecina prokurator Mieczysław Habzda. Młodszy z braci nie przyznawał się do winy. Z kolei Marian chciał wyczuć prokuratora i dowiedzieć się, jakie ma dowody.

– Zdecydowano ostatecznie, że Marian R. zostanie przewieziony do Jeleniej Góry i na miejscu będziemy prowadzili dalsze czynności – wspomina Stanisław Szawłowski, który wtedy był naczelnikiem wydziału dochodzeniowo-śledczego WUSW w Jeleniej Górze.

Gdy 22 lutego miało się rozpocząć przesłuchanie mężczyzna źle się poczuł. „Odezwała się” wspomniana igła, którą wcześniej osadzony wbił sobie w serce.

Wobec odmowy udzielenia pomocy przez chirurga, Marian R. zmarł. Przeciwko lekarzowi wszczęto postępowanie, trafił nawet do aresztu, ale wkrótce wyszedł na wolność i poszedł na zwolnienie lekarskie. Przeciwko lekarzowi trafił naet do sądu akt oskarżenia, ale wkrótce chirurga objęła amnestia. Doktor wyjechał z Jeleniej Góry.

Sekcja zwłok zmarłego Mariana R. wykazała obecność w jego ciele w powłokach brzusznych jeszcze jednej igły. W jaki sposób osadzony wcześniej w areszcie mężczyzna wszedł w posiadanie igieł pewnie nikt nie dochodził. W każdym razie o śmierci kompana dowiedzieli się jego koledzy, którzy uznali, że całą winę mogą zrzucić na Mariana, bo już mu nic nie zaszkodzi.

Ryszard B. zeznawał, że w czasie napadu na dentystę, doktor się wyrywał, „więc Marian założył mu nelsona i, widać, trochę za mocno przycisnął”. On sam był w tym czasie na piętrze. A brat Mariana stał na czatach przed budynkiem.

Gdy cała trójka plądrowała mieszkanie w poszukiwaniu pieniędzy, u drzwi zjawili się zaalarmowani przez sąsiada milicjanci.

Ostatecznie Kazimierz R. i Ryszard B. stanęli przed sądem pod zarzutem rozboju, a zabójstwo dentysty przypisano zmarłemu Marianowi R. Trzeci z mężczyzn odpowiadał za pomocnictwo.

Grzegorz Koczubaj

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

601 566 560

Zgłoś za pomocą formularza.