Nie minął jeszcze rok od śmierci wielkiej polskiej poetki Urszuli Kozioł, a przyszło pożegnać się z najwybitniejszym polskim prozaikiem XX i XXI wieku. Wiesław Myśliwski, autor m.in. Traktatu o łuskaniu fasoli, odszedł cztery dni po swoich 94. urodzinach.
Niech pan tylko łuska fasolę – to ostatnie zdanie powieści, docenionej już drugą w jego dorobku nagrodą Nike. Długo, bo aż do 2015 roku, Wiesław Myśliwski był jedynym pisarzem, któremu przyznano ją dwukrotnie. Od niego zresztą zaczęła się historia tej nagrody – jego Widnokrąg był pierwszą uhonorowaną w ten sposób książką. Jednak to nie wpisanie do annałów takiej czy innej nagrody decyduje o wyjątkowej pozycji Myśliwskiego w najnowszej historii polskiej literatury.

Choć Myśliwski świadomie czy wręcz programowo nie korzystał z internetu, a nawet nie posiadał do niego dostępu, wszystko wskazuje na to, że to właśnie dzięki niemu i rosnącej roli tzw. mediów społecznościowych stał się powszechnie znany nawet wśród osób nieczytających i nieznających jego książek. Paradoks? Być może, ale nie powinien nas dziwić. Myśliwski jest… był ostatnim mędrcem – w najgłębszym tego słowa znaczeniu. Mówił tak, jak pisał, a jego pisarstwo w pewnym sensie składało się z pięknych, refleksyjnych zdań. Takich, które intuicyjnie nazywamy sentencjami. Nie za długich, pełnych treści, dotykających uniwersalnych problemów – śmierci, miłości, pamięci, sensu życia. I tak, niechcący, ten autor wielusetstronnicowych powieści wpasował się w kulturowe trendy krótkich postów, wiadomości ograniczonych jakąś z góry określoną liczną znaków. Wyrwane z jego książek zdania idealnie nadawały się na post na Facebooku, ale też mieściły się na kartce z życzeniami z takiej czy innej okazji. Tymczasem nie w tych powycinanych z wielkich opowieści mądrościach kryje się jego wielkość, a nawet nie w takiej czy innej pojedynczej książce.
Myśliwski mawiał, że ideałem byłoby napisać jedną książkę. I on w pewnym sensie osiągnął ten ideał. Na jakimś etapie swojego życia doszedł bowiem do przekonania, że nie sposób zrozumieć drugiego człowieka – ba, nie sposób zrozumieć samego siebie. Ale człowiek ze swej natury podejmuje te z góry skazane na niepowodzenie wysiłki. I tym było jego pisarstwo: jedną, długą, wielowątkową opowieścią, rozpisaną na kilka książek, od debiutu, czyli Nagiego sadu począwszy, a na ostatnim, wydanym w roku 2018 Uchu igielnym skończywszy.
Świadomy niemożności opowiedzenia i tym samym zrozumienia wszystkiego do końca, stał się filozofem języka, filozofem żywej mowy, dla której kultura chłopska była inspiracją, a jej świat – punktem wyjścia do zadawania fundamentalnych pytań. I jego pisarstwo było niekończącym się zmaganiem z pytaniami o istotę pamięci, o śmierć, a przede wszystkim – o miłość. I na żadne z tych i wielu innych nigdy nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi. Ale opowieściami Szymka Pietruszki z Kamienia na kamieniu czy bezimiennego, łuskającego fasolę narratora Traktatu…, pomagał nam się z nimi mierzyć. Dlatego też nic tak bardzo nie zafałszowuje istoty pisarstwa Myśliwskiego, jak szafowanie cytatami z jego książek na portalach społecznościowych.
Był zresztą Myśliwski w Polsce tak naprawdę niedoceniony. Mimo nagród, mimo wielości poświęconych mu prac naukowych, w tym kilku doktoratów, mimo jego stałej obecności w tak zwanej branży literaturoznawczej. Krytyka literacka w jakimś sensie zaraz po jego debiucie zrobiła mu krzywdę, przypisując go do tzw. nurtu chłopskiego. I choć będący tu głównym winowajcą Henryk Bereza niemal w czasie rzeczywistym podkreślał, że młody wówczas pisarz wyrasta poza taki czy inny nurt, było już za późno. Kiedyś dla celów naukowych przeanalizowałem incipity poświęconych Myśliwskiemu prac naukowych i okazało się, że wszystkie – bez jednego wyjątku! – zaczynają się od przypisania go do nurtu chłopskiego względnie wiejskiego wliteraturze polskiej, nawet jeśli nie miało to żadnego znaczenia dla podejmowanej w dalszej części pracy problematyki. Tak po prostu, aby tylko przykleić etykietkę, jak robi się to w serwisach streamingowych, gdzie każdy bez wyjątku film nie może być po prostu filmem, ale musi być kryminałem, komedią czy innym thrillerem. Tak, jakby ta właściwa, bezprzymiotnikowa literatura była gdzieś indziej.
Głośne, tak głośne, że aż nieszczere zachwyty nad jego prozą rozlały się po popularnych mediach dopiero po wydaniu ostatniej powieści pisarza, Ucha igielnego w roku 2018. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że stało się to dopiero wtedy, kiedy uświadomiono sobie, że prawdopodobnie jest to ostatnia powieść Myśliwskiego (dziwnie podobna to sytuacja do przyznania Nike Urszuli Kozioł i zachwytów nad będącym jej ostatnią książką poetycką Raptularzem). On sam zresztą dosyć wyraźnie to zasugerował. I dopiero wtedy czytaliśmy hiperboliczne zachwyty, rzadko podparte rzeczowymi argumentami, nad tą skądinąd dobrą – jak każde dzieło pisarza – powieścią, ale z pewnością nie najlepszą powieścią w jego dorobku.
Tymczasem zupełnie niezależnie od miałkości i reakcyjności polskiej, szczególnie gazetowej krytyki literackiej, udało się osiągnąć Myśliwskiemu coś, czym poszczycić mogą się tylko nieliczni. Otóż dla niezliczonych czytelników nie tylko w Polsce, ale i wszędzie tam, gdzie przekładano jego książki, stał się pisarzem osobiście ważnym. Stał się kimś, kto niekiedy przypadkowo wkroczył taką czy inną powieścią w czyjeś życie i wpłynął na nie w znaczącym stopniu. Wpłynął na życiowe wybory, pomagał zmagać się z najtrudniejszymi sytuacjami, przeprowadzał przez najciemniejszy czas. Rzadko o tym mówił, ale docierały do niego słowa wdzięczności z całego świata. Tym samym jego literatura stała się kwestią najwyższej wagi, wyłamując się z dominujących kategorii popularności, stopnia zapewnienia rozrywki, trzymania w napięciu, zaspokojenia ciekawości czy jakichkolwiek innych kryteriów, którymi mierzy się dzisiaj dzieła literackie. Wyprowadzając swoją filozofię języka z myśli Ludwiga Wittgensteina, trafił pod strzechy. I co więcej, stał się wielu ludziom bliski tak, jak bliscy są przyjaciele – niezależnie od swej urody czy innych przymiotów, bo zaprzyjaźniał się z nimi w sposób nieoczywisty, wcale nie tylko nagrodzonymi książkami. Mnie w ciemnej godzinie uratował Ostatnim rozdaniem, powieścią uznaną w chwili wydania za najsłabszą w jego dorobku.
W końcu stał się Myśliwski kimś ważnym również w Jeleniej Górze, i to całkiem niedawno, bo w roku 2017. Najpierw jednak krótka anegdota – podobno przed kilkudziesięcioma laty, chyba w latach 70. albo 80., przegrał konkurs na dramat z wrocławskim pisarzem Stanisławem Srokowskim, w którym to konkursie nagrodą była tegoż realizacja na deskach… jeleniogórskiego Teatru im. C. K. Norwida. Słyszałem o tym od samego zainteresowanego, więc wierzę, że rzeczywiście tak było.
Tymczasem już bez żadnych wątpliwości w roku 2017 dramat Myśliwskiego wystawiła… jeleniogórska grupa młodzieżowa STA-ART pod kierunkiem Łukasza Dudy. Reżyserowane przez niego przedstawienie pod tytułem Domówka było adaptacją dramatu Requiem dla gospodyni, a traktowało o śmierci i radzeniu sobie z nią. Młodzi, początkujący jeleniogórscy aktorzy mierzyli się wówczas z przedwczesną śmiercią swojej koleżanki, i postanowili zmierzyć się z tą tragedią sięgając właśnie po tekst Myśliwskiego, autora starszego od nich o około… 70 lat. Pisarz znów stał się dla kogoś ważny, i różnice pokoleniowe nie miały tu żadnego znaczenia.
Za zasłoną powagi i niejakiej surowości miał też Myśliwski oryginalne, często przepełnione ironią poczucie humoru. W czasie pandemicznego zamknięcia przeczytał moje Bóle fantomowe i wystawił liczącą dokładnie dwa zdania recenzję. Pierwsze zdanie brzmiało: Ta książka do połowy jest nudna.
Drugie zdanie zachowam tylko dla siebie, z wdzięcznością, jaką odczuwam jedynie wobec najbliższych, którym wiele zawdzięczam.
Żegnaj, Mistrzu.
Jędrzej Soliński
Artykuł ukazał się w Nowinach Jeleniogórskich z 15 kwietnia 2026 r. (Nr 5/2026)


