W 1997 roku nasz redakcyjny kolega, Marek Chromicz, napisał pierwsze teksty poświęcone poszukiwaniu poniemieckich skarbów. Redaktorowi Chromiczowi udało się pozyskać zaufanie wielu eksploratorów, dzięki czemu w krótkim czasie stał się prawdziwym specem od „sekretnych skrytek” , bursztynowej komnaty i złotego pociągu. Na przestrzeni kilku lat napisał wiele tekstów na ten temat, co przysporzyło mu wielu fanów, Nowinom Jeleniogórskim wielu nowych czytelników.

Od ukazania się pierwszej publikacji minęło już ponad 20 lat. Można śmiało powiedzieć, że dorosło całe nowe pokolenie młodych ludzi. W tym czasie kilka zagadek zostało rozwiązanych, w kilku miejscach prowadzi się oficjalne prace archeologiczne. Nie bacząc na to zdecydowaliśmy się przypomnieć publikacje Marka Chromicza, bez ingerencji w ich zawartość. Sięgamy zatem głęboko do naszego archiwum, by przypomnieć jeszcze starsze historie. Liczymy też na to, że internet ma ogromną siłę dotarcia do wielu ludzi, nie tylko mieszkańców regionu.
Jeżeli są Państwo gotowi – to zapraszamy w każdy weekend na nasz portal, aby pobuszować w historii naszego tygodnika oraz historii naszych ziem.

Zamek Czocha doskonale znany tysiącom turystów, a także widzom wielu popularnych filmów, które tu kręcono, położony tuż nad leśniańskim jeziorem zaporowym na Kwisie, był świadkiem wielu niezwykłych historii. Nie tylko tych najdawniejszych, bo początki zamku sięgają XIII wieku, ale i tych najnowszych, z okresu tuż po wojnie, a także z lat pięćdziesiątych, gdy zamek przejęło na dom wypoczynkowy Wojsko Polskie. Poczynając od maja 1945 roku, aż co najmniej do końca lat pięćdziesiątych działy się na tym zamku dziwne, do dzisiaj zdumiewające rzeczy. Zniknęły bowiem z tej posiadłości ogromnej wartości zabytki sztuki, których wartość dzisiaj jest trudno oszacować.

Ta wiekowa budowla jest jednym z tych bardzo nielicznych miejsc, które naprawdę zawierały, a może i do dziś jeszcze zawierają prawdziwe, a nie wyimaginowane skarby. To, co o nich wiadomo, jest bowiem poświadczone przez bezpośrednich uczestników wydarzeń z tamtych lat, a realnie wtedy istniejące w zamku skarby są, przynajmniej w części, opisane w zachowanych, oryginalnych dokumentach z pierwszych, powojennych lat.

Czocha, podobnie jak i kilka innych, okolicznych zamków, wyszła z wojny właściwie nietknięta, ze wszystkimi chyba zasobami, które zbierano tutaj przez całe stulecia, a także z tym, co w zamku zgromadzono już w XX w. i w latach wojny. Bo właśnie wtedy na zamek trafiły rzeczy niezwykłej wprost wartości i rzadkości, zasoby rosyjskich muzeów i skarby rodzinne rodziny carskiej dynastii Romanowów. W zamkowym skarbcu były złożone m.in. insygnia koronacyjne rosyjskich carów i srebrne ikony z Ławry Peczerskiej. Zamek nad Kwisą już od lat dwudziestych był schronieniem dla wielu rosyjskich, porewolucyjnych emigrantów, a o jego właścicielu mówiono, że pomimo niemieckiego nazwiska, pochodzi z Ukrainy.

Trochę historii

Pierwsze wzmianki o zamku Czocha pochodzą z lat 1241-1247. Założona wtedy warownia należała do króla czeskiego Wacława i najprawdopodobniej była warownią broniąca Czechy przed najazdami książąt śląskich. Jako jeden z zamków obronnych Okręgu Kwisy, Czocha krótko należała do księcia jaworskiego Henryka. W 1329 roku wzmiankowana jest jako Castrum Caychow (stad właśnie pochodziła pierwsza powojenna nazwa zamku – Czajków). Już kilkanaście lat później zamek przeszedł ponownie w ręce króla czeskiego, jako lenno. Po wielu zmianach właścicieli, wielokrotnym sprzedawaniu i dziedziczeniu Czochy, ostatecznie już od początku XX wieku, w posiadanie zamku weszła rodzina drezdeńskiego bankiera, Ernesta von Gütschofa. I to właśnie z tym, co szczególnie ta rodzina zgromadziła w zamku, zatknęli się po wojnie polscy konserwatorzy sztuki. Ale niestety nie tylko oni! I to pomimo tego, że zamkowy skarbiec – sejf, był wykonany przez rzemieślników, którzy pracowali głównie dla Rockefellerów.

Gütschof był wybitnym kolekcjonerem dzieł sztuki i namiętnym bibliofilem. Podobno za rzadką książkę gotów był zapłacić niemal każdą cenę. Równie silnie był przywiązany do wszystkiego co piękne. Doskonale znając wartość zbiorów zgromadzonych na zamku, tuż przed zakończeniem wojny Gütschofowie wywieźli zapewne najcenniejsze precjoza. W zamku jednak, jak się okazało już po wojnie, pozostało wiele, bardzo wiele…

Protokolarne zapisy

„Protokół przejęcia przez Referat Kultury i Sztuki w Lubaniu przedmiotów zabytkowych znalezionych w zamurowanej piwnicy zamku Tzschocha. Przejęcia dokonano w obecności referenta powiatowego kultury i sztuki prof. K. Orlicza, burmistrza miasta Leśnej K. Lecha, komendanta posterunku Milicji Obywatelskiej L. Czerniaka, bibliotekarki zamku Tzschocha obywatelki narodowości niemieckiej K. v. San…” Lista przedmiotów znalezionych i opisanych w tym protokole obejmuje kilkadziesiąt pozycji ikon malowanych na drewnie, kilka pozycji ikon tkanych i malowanych, kilkanaście pozycji starych malowideł „obkładanych bronzem”, jedną ikonę wysadzaną kamieniami. Jest to tylko mały fragment, sporządzonego niemal bezpośrednio po wojnie, na druku firmowym niemieckiej fabryki papierosów, spisu rzeczy znalezionych w jednym tylko pomieszczeniu zamku Czocha.

Stan zamku i jego zasoby doskonale ilustruje pochodzący niemal z tego samego okresu, dokument będący sprawozdaniem referenta z lubańskiego Działu Ochrony Zabytków, który we wrześniu 1945 roku pisał tak: „W ciągu miesiąca września w dalszym ciągu prowadzono prace nad uporządkowaniem, segregacją i inwentaryzacją zbiorów znajdujących się w zabezpieczonych:

Miejskim Muzeum w Lubaniu w salce von Plaiffa, w Kuźnicach i na zamku Czosze.

Obecnie wszczyna się podobne prace w pałacu w Stawiskach (Schonbrunn). Z uwagi na znaczne wartości naukowe i artystyczne pałacu hrabiego von Plaffa w Kuźnicach i zaku dyrektora von Gütschofa w Czosze ponawiam swój wniosek złożony ustnie obywatelowi Syposzowi i obywatelowi Dobrzańskiemu jak najszybszego przejęcia powyższych obiektów wraz z należącymi do nich majątkami przez Ministerstwo Kultury i Sztuki od Ministerstwa Reform Rolnych i oddanie ich do dyspozycji uczonych i artystów. A mianowicie: a) w Kuźnicach na dom wypoczynkowy dla artystów malarzy, historyków sztuki i kultury antycznej, b) zamek w Czosze na kolonie wypoczynkowe dla profesorów uniwersytetów, uczonych, dziennikarzy i literatów. Z uwagi na wspaniałą bibliotekę liczącą 25 tysięcy tomów. Oba obiekty są w doskonałym stanie. Lubań, 1 października 1945 roku. Arlicz Karol, powiatowy referent kultury i sztuki”.

W listopadzie tego roku komisja rewindykacyjna przez dłuższy czas wywoziła z zamku bibliotekę, w tym ponad 1000 tomów najrzadszych, białych kruków. Na szczęście, część tych zasobów trafiła do Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu i te zasoby uratowano. Od wielu już lat na zamku nie ma nawet śladu po ogromnej bibliotece m.in. dlatego, że przez długi czas zamkowe książki, obrazy i meble służyły jako opał dla skoszarowanych na zamku uchodźców z ogarniętej wojną domową Grecji.

Klucznica i burmistrz

Wkraczający na Śląsk Rosjanie już nie zastali na zamku jego właściciela. Dość dziwnym, ale szczęśliwym dla zamku zbiegiem okoliczności, Rosjanie właściwie też nie dokonali na Czosze większych zniszczeń ani rabunków, a sam zamek, na pewien czas, popadł wręcz w zapomnienie. Faktycznym szefem zamku i jego strażnikiem została dawna zamkowa klucznica, której jakoś udało się przekonać Rosjan, że powinna tam zostać.

W ten sposób stała się ona świadkiem pracy polskich komisji rewindykacyjnych i pracy polskich muzealników. Zapewne wiedziała od dawna, co kiedyś na zamek przywieziono i co jest jego prawdziwym skarbem. Być może to właśnie ona miała go pilnować z wiarą w to, że po wybuchu wojny pomiędzy aliantami Niemcy szybko wrócą na Śląsk. Jednak powolne, ale konsekwentne przenoszenie zamkowych zbiorów do polskich muzeów i bibliotek skłoniło ją zapewne do poszukiwania możliwości wywiezienia z zamku rzeczy najwartościowszych. Nawiązała ona bliskie kontakty z ówczesnym burmistrzem Leśnej. W ten sposób została połączona wiedza klucznicy z wiedzą burmistrza. Była to, jak się okazało, kompozycja sił wystarczająca do obrabowania zamku.

Klucznica doskonale wiedziała, że zamkowe książki i obrazy są jedynie widoczną częścią zamkowego bogactwa. Wiedziała też, gdzie należy szukać prawdziwych skarbów. Klucznica i burmistrz, po sforsowaniu ukrytych w boazerii sali rycerskiej drzwi prowadzących na ukrytą klatkę schodową zeszli do położonej niżej części zamku. Tu, za gładką, pozornie ślepą ścianą, znajdowało się pomieszczenie, w którym ukryty był zamkowy skarbiec – sejf. Przebicie wejścia w ścianie dla silnego mężczyzny nie stanowiło żadnego problemu. W sąsiednim pomieszczeniu, osadzony głęboko w ziemi był sejf. Jednak sforsowanie zamków skarbca było ponad siły tej pary. Ale jako gospodarze terenu, mogli działać dość spokojnie, wiedząc, że ukryte przejście znają tylko oni. Mieli więc czas na sprowadzenie na zamek kasiarzy – fachowców, którzy dopuszczeni do tajemnicy ostatecznie rozpruli sejf, umożliwiając dotarcie do skarbu. Niestety, do dziś nie wiadomo, co tam naprawdę znaleziono. Znana jest bowiem tylko część zasobów skarbca, która wpadła w ręce polskich władz.

Wszystko, co znaleziono w skarbcu, klucznica i burmistrz wraz z kasiarzami załadowali na dwie (!) ciężarówki i udali się w kierunku pobliskiej granicy. Do dziś nie wiadomo co tam się wydarzyło, bo granicę przejechało tylko jedno auto z klucznicą i burmistrzem. Druga ciężarówka została zawrócona do Polski, jako że celnicy odkryli jej zawartość. „Zamkowa para” bezpiecznie dotarła do zachodnich Niemiec, gdzie szybko ułożyła sobie dość zasobne życie.

Przebywający już od jakiegoś czasu w Niemczech Zachodnich Gütschof odkrył, że został okradziony przez swoją klucznicę i wystąpił przeciwko niej na drogę sądową. Podobno nic to nie dało, bo zapewne trudno było przed sądem udowodnić, że np. ikony lub insygnia koronacyjne carów były tradycyjnymi zasobami Czochy. Być może szybka śmierć właściciela zamku nie ma z tą sprawą żadnego związku, ale faktem jest, że klucznica szybko uzyskała spokój, po śmierci byłego szefa w wypadku samochodowym. I „zamkowa para”, jak w bajce, żyła długo i bardzo zasobnie…

Zniknęły skarby i… dyrektor

Po wielu perypetiach druga ciężarówka wraz z całą zawartością dotarła ostatecznie do Jeleniej Góry. Przywiezione tutaj bezcenne zbiory sztuki, w tym ogromna kolekcja ikon, zostały zabezpieczone w gmachu sądu i w pomieszczeniach archiwum. Pomimo opieczętowania drzwi, zabezpieczenia kluczy i zachowania innych środków ostrożności, wszystko co przywieziono, ostatecznie zniknęło równie skutecznie i tajemniczo jak ciężarówka, która przekroczyła granicę.

Świadkiem tych zniknięć była zmarła niedawno Eugenia Triller, ówczesna kierowniczka jeleniogórskiego archiwum, która przez całe lata próbowała walczyć o ujawnienie winnych tego skandalu. W 1994 roku napisała ona do jednaj z gazet list, w którym opisała dramatyczne wydarzenia tamtych lat.

„Archiwum miejskie podlegało Referatowi Kultury. Jego dyrektorem, a równocześnie kierownikiem Muzeum Miejskiego był niejaki Borkowski – przypuszczam, że było to nazwisko przybrane. Mówiono, że jest Ukraińcem ożenionym z Niemką i sprzyja Niemcom. Pewnego dnia do Borkowskiego zgłosił się przybysz z zachodu. Był to wysoki, szczupły mężczyzna w średnim wieku. Przedstawił się jako profesor Wereszczyński, ale gdy zorganizowano mu wykład o Śląsku, wykazał brak podstawowej choćby wiedzy na ten temat. Za sprawą Wereszyńskiego Borkowski już po miesiącu znalazł się w obozie pracy, a Wereszczyński zajął jego miejsce na stanowisku Muzeum Miejskiego. … Pewnego dnia ów rzekomy profesor nakazał mi przygotować w archiwum pomieszczenia na przyjęcie niespodziewanego transportu. Miał nadejść za pół godziny. Przygotowałam obszerne pomieszczenie w skrzydle, gdzie stał długi stół roboczy. Oświadczyłam Wereszczyńskiemu, że zgodzę się na umieszczenie przedmiotów pod warunkiem, że sąd opieczętuje drzwi.

Kiedy wnoszono skrzynie, sędzia opowiedział mi ich sensacyjne losy. Ciężarówkę zatrzymano na granicy – właściciel nie chciał podać jej zawartości. Wiadomo było, że pochodzi z zamku Czocha. Ciężarówka pod konwojem milicji skierowana została do sądu w Jeleniej Górze. Rzekomego właściciela uwięziono. W sądzie złożono porcelanę, kryształy i około 100 albumów filatelistycznych. To, co nie zmieściło się w sądzie postanowiono – za radą Wereszczyńskiego – zabezpieczyć w Archiwum Miejskim.

Byłam obecna przy otwieraniu skrzyń i spisywaniu ich zawartości. W dwóch skrzyniach znajdowały się popiersia carów, od Ruruka do ostatniego z rodu Romanowów. Rzeźby były brązowe, a u dołu podpisane cyrylicą. … Miałam w rękach popiersia m.in. Piotra Wielkiego i Katarzyny II. W innej skrzyni były kandelabry z cesarskiego stołu – ustawiono je także długim rzędem na stole. W innej znajdowały się nakrycia stołowe, wśród których ukryto rękopiśmienny kodeks z XIII wieku – pergamin był oprawiony w białą, świńską skórę. Dalej widziałam ikony. Było ich może kilkaset. Ustawiono je na podłodze od największej do najmniejszej. Zainteresowała mnie najmniejsza, wielkości mojej dłoni, z dedykacją dla arcyksięcia. Pamiętam też piękny obraz Matki Boskiej w szerokich złotych lub złoconych ramach.

Sędzia zamknął drzwi pomieszczenia i opieczętował je. Nie minęło wiele czasu, kiedy pewnego dnia zjawił się w sekretariacie niepozorny, w średnim wieku człowiek, z 12-14-letnim chłopcem. Szukał mnie. Powiedział, że został zwolniony z aresztu, jest z zamku Czocha i ma klucz do pomieszczenia archiwum, gdyż ma wybrać kilka albumów filatelistycznych. Od sędziego wiedziałam, że albumy zdeponowano w piwnicach sądu, a więc kłamał. Nie prowadząc z nim żadnych rozmów odebrałam klucz i spisałam protokół w obecności dwóch świadków – urzędników miejskich o złożeniu klucza w szafie pancernej prezydenta miasta, a petenta odprawiłam.

Na drugi dzień w archiwum zjawił się znowu ten sam mężczyzna, ale tym razem… z sędzią. Zażądali klucza. Sędzia sam po niego poszedł i dwaj panowie weszli do pomieszczenia, w którym złożono carski skarb. Dość długo wybierali albumy, których tam nie było. Po dwóch, trzech miesiącach pomieszczenia znowu otwarto. Tym razem zrobił to Wereszczyński, któremu sąd oddał klucz. Osobiście pakował przedmioty do skrzyń. Przed transportem pytałam, dokąd pojadą. Usłyszałam, że do magazynów w Karpaczu. Nigdy o takich magazynach nie słyszałam.

Wereszczyński nadal pełnił funkcję dyrektora muzeum. Z Wrocławia przyjechała trzyosobowa komisja, w której był mój dobry znajomy. Tę historię znam z opowiadania. Wereszczyński zaprosił komisję do gabinetu, żeby się rozgościła i zapewnił, że za chwilę wraca – ma na mieście pilną sprawę do załatwienia. Panowie z Wrocławia czekali na Wereszczyńskiego kilka godzin, wreszcie poszli do mieszkania Wereszczyńskiego. Nie było tam po nim najmniejszego śladu…”

I nie ma do dziś ani po „dyrektorze”, ani po wywiezionych do Karpacza (?) skarbach.

Poszukajmy

Skarb carów Rosji był nie tylko na zamku Czocha. Jakaś jego część była także w Jeleniej Górze, w gmachu sądu i w budynku archiwum. On realnie istnieje. Być może żyją ludzie, którzy pamiętają skrzynie wnoszone do sądowych piwnic i do archiwum. Być może pamięta ktoś, kto w przenoszeniu i załadunku tych skrzyń uczestniczył. Tego przecież nie mogła wykonać jedna czy dwie osoby. Co najmniej kilkunastu ludzi musiało wiedzieć i widzieć, co i kiedy noszono, na co załadowano, gdzie to miało jechać…

Po ponad pięćdziesięciu latach szansa na znalezienie czegokolwiek jest niewielka, ale może warto odtworzyć inne szczegóły jeleniogórskiego epizodu losów carskiego skarbu dawnej, imperialnej Rosji…

Marek Chromicz

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

601 566 560

Zgłoś za pomocą formularza.