Zbigniew Frączkiewicz – rocznik 1946, absolwent Liceum Sztuk Plastycznych w Łodzi oraz studiów na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Laureat wielu prestiżowych nagród rzeźbiarskich. Mieszkał m. in. w Łodzi, Warszawie, Legnicy, Lubinie, a od ponad 30 lat zamieszkuje w Szklarskiej Porębie. Jego dzieła eksponowane są w różnych miejscach Europy.

– Jak się tu znalazłeś?

– Czuję się łodzianinem. Po skończeniu studiów w Warszawie postanowiłem pożegnać się z dużymi miastami i poszukać miejsca w naturze. Początkowo myślałem o miejscu nad morzem, ale życie ułożyło inny scenariusz. Zaproszono mnie na plener w Legnicy. Gdy tam przyjechałem i wyszedłem z dworca na miasto, trafiłem do przepięknego parku w Legnicy. Spodobało mi się. Potem były zmagania rzeźbiarskie w Legmecie z udziałem kilkunastu rzeźbiarzy. Moja praca „Nastroje” uhonorowana została główną nagrodą. Przede mną był jeszcze rok studiów, ale po jego zakończeniu przyjechaliśmy do Legnicy z żoną, na motocyklu wsk. Pracowałem w Legmecie, który miał swój ośrodek w Szklarskiej Porębie przy Kamieńczyku. Przyjeżdżałem tu jako plastyk zakładowy, by projektować kolory ścian, plac zabaw dla dzieci. Miałem tu też wystawę rysunków w lesie: wielkie rysunki powiewały pomiędzy drzewami na wielkich płachtach. Był akurat lekki halny. Bardzo mi się to spodobało. To były lata 1972-73 – moje zakochanie w Szklarskiej Porębie.

– Potem jednak trafiłeś na stałe do Świeradowa?

– Moja wędrówka po Dolnym Śląsku miała wiele przystanków: Wrocław, Lubin, wieś Czerniec i Chocianów. Niestety, moje małżeństwo się rozłożyło. Mieliśmy chałupę w Świeradowie, na zboczu góry. Była żona i dzieci zostali z Chocianowie, z pracownią w oranżerii pałacowej.

– Gdzie mieszkałeś w Świeradowie?

– Nad “Malachitem”, w typowej chałupie, z kawałkiem powierzchni mieszkalnej i resztą gospodarczą. Uwielbiałem to miejsce, miałem przepiękny widok na Sępią Górę. Było cudownie, ale opowiadam o czasach bez telefonów, nie tylko komórkowych, bez komputerów, internetu. Najmniejsza sprawa wymagała biegu do miasta, bo samochodem nie sposób było się do niego dostać. Każde wyjście oznaczało blisko kilometr górskiej wędrówki, zimą – w śniegu po pas. Byłem młody, dawałem radę, ale po pewnym czasie uznałem, że pora na koniec tej mordęgi. Zacząłem szukać domu w przystępnym miejscu. Wybór padł na Szklarską Porębę – tu mieszkali zaprzyjaźnieni ze mną państwo Puchałowie, tu znalazłem dom, w którym do dziś wieszam obrazy na gwoździach, na których dawniej wisiały obrazy Hofmana. Zamieszkałem tu z moją partnerką Anną.

– To była inna Szklarska Poręba niż teraz…

– Z kozami tu przyjechałem. Miałem je już w Świeradowie. Tam była obórka, w której mieszkały, a w pobliżu łąki, na które wychodziły. W Szklarskiej Porębie mam budynek gospodarczy “Kozi Domek”, to w nim trzymałem kozy. Dzięki nim syn, gdy się urodził, pił kozie mleko. Robiłem kozie sery. Nawet dziś są miejsca w Szklarskiej Porębie, gdzie można tak żyć – blisko natury. Moje marzenia o życiu blisko natury spełniły się.

– To było w końcówce lat 80. Jak wyglądała Twoja praca artystyczna w tym okresie?

– Pracując wcześniej w odlewni, tworzyłem i wysyłałem w świat różne rzeczy, w tym rzeźbę “LGOM”. Nazwę zaczerpnąłem ze skrótu od: Legnicko-Głogowski Okręg Miedziowy. “LGOM” miał podstawę z dębowego pnia, z którego wyrastał, przekształcając się w surowe formy z żeliwa, po głowę z czystej miedzi. Ta rzeźba trafiła do Krakowa na konkurs, gdzie zdobyła Grand Prix. Lubin ją kupił i przez wiele lat stała na środku rynku w tym mieście, aż przestała, bo okazała się nie dość trwała dla silnych facetów, którzy po meczu ją pchnęli. Poleciała w całości.

– To była zapowiedź słynnych Żelaznych Ludzi.

– Od dziecka jestem zafascynowany przemysłem i ludźmi, którzy w nim pracują. Gdy pracowałem w Legnicy i Lubinie, to moje zainteresowanie nasiliło się poprzez obserwację kopalń, hut, odlewni. Miałem okazję zjechać niemal kilometr na dół kopalni, zobaczyć górników, ich wysiłek w trudnych warunkach pracy. Chciałem ich pokazać, jakoś zarejestrować. Stąd wziął się pomysł, który kształtował się przez lata. Pomysł człowieka z części, z żelaza… Najpierw wykonałem stopy, tors. To były przymiarki. Zaprezentowane na wystawie małych form w Felbach w Niemczech spodobały się, wszystkie zostały kupione, a ja otrzymałem propozycję wystawy. Wymyśliłem, że zrobię człowieka z żelaza.

– Skąd wzięło się ich tak wielu?

– Gdy już odlano pierwszego, siedziałem z formierzami, palącymi pety. Głośno myśląc, powiedziałem: „Gdyby były 2-3, to będzie moc!” Formierze na to: „Jak pan skrzynkę wódki postawi, to zrobimy 5!”

Żelaźni pojechali mocno przeciążoną ciężarówka do Felbach. Ja dotarłem maluchem. Tam… wielka niespodzianka! Oberburgemeister Kilta – zapamiętałem go na zawsze – pyta, jaka cena. Podałem jakąś kwotę, a on na to, że bierze wszystkich. Nie ukrywam: stałem się bogaczem. W tym okresie rządziły jeszcze marki niemieckie, a relacje cenowe wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. Stąd wziął się ten domek w górach… I starczyło mi na powielanie Żelaznych Ludzi. To była zaleta idei wynikającej z nauk mojego profesora Oskara Hansena – formy otwartej, czyli dzieła opartego na zestawie części składowych, z których można było je ułożyć. Taka forma sprawdzała się w różnych przestrzeniach, aranżowałem nią zarówno miejsca niewielkie, zamknięte, jak i te w górach. Ekspozycja Żelaznych Ludzi w Karkonoszach poświęcona była umarłym lasom. Odegrali swoje role także w różnych miejscach w niemal całej Polsce, na przykład na zamku w Malborku, w Niemczech, Austrii czy na Placu Wacława w czeskiej Pradze.

– W Szklarskiej Porębie też.

– Tu był ich dom, tu była moja galeria, pokazane zostały też przez jeleniogórskie BWA. Niestety, losy tak się ułożyły, że nie zostały tu. Jeden duży zbiór trafił do Kielc, gdzie zakupili go przesympatyczni i oddani sztuce państwo Tworkowie. Zainteresowanie resztą wyraziło niemieckie miasto hut i kopalni – Hattingen w Zagłębiu Ruhry. Gdy były tam kiedyś eksponowane, pokochali je. 20 lat temu kupili trzy figury, a teraz to, co miałem jeszcze na stanie.

– Dlaczego nie będzie ich tutaj? Brak woli czy pieniędzy ze strony lokalnej społeczności?

– Gdybym był na tyle zamożny, by je sprezentować… Ale tak się moje życie nie ułożyło.

– Żelaźni Ludzie budzili kontrowersje, byli uszkadzani

– Byli wielbieni, ale i nienawidzeni. Gdy wędrowali po Polsce, kradziono niektóre ich części, najczęściej tak zwane przyrodzenie. Musiałem dorabiać. Ale idea na szczęście opierała się na budowie dzieła z części, więc zapasowe były produkowane.

Skoro jesteśmy przy kontrowersjach… Twój “Chrystus Bolesławiecki” też je wzbudził, bo model był czarnoskóry – Twój zięć.

– W sprawie “Chrystusa” trafił do mnie ksiądz Bober z Bolesławca. Ustaliliśmy, że zrobię Chrystusa na krzyż milenijny. Okazał się jednym z największych w Polsce. W Szklarskiej Porębie wykonałem model w skali, która była wzorem dla 7-metrowej figury. Poszukiwałem modela, który by miał świetne ciało: szczupłe i smukłe, nawet sprawiające wrażenie nieco udręczonego. I byłem szczęśliwy, że miałem właśnie takiego zięcia z Burkina Faso. Wydawało mi się, że ksiądz będzie zadowolony z tak wspaniałego modela, a ksiądz na to: „Co? Czarny? Nie ma mowy!” No to wziąłem na modela Krzyśka, miłośnika trunków, też ze świetnym ciałem. I to on był modelem rzeźby “Chrystusa Bolesławieckiego”.

– 100 ton, przy pięknym szlaku w Szklarskiej Porębie z Huty do Jakuszyc. To Twoje najnowsze dzieło.

– Dojrzewało dziesiątki lat. Gdy trafiłem na Dolny Śląsk, marzyłem, by zamieszkać w kamieniołomie. Uwielbiam klimat, otoczenie i materiał takich miejsc. Chciałem zamieszkać w kamieniołomie i znajomi powiedzieli mi o nim. Poszliśmy tam kiedyś na wycieczkę: miejsce wspaniałe, ale za daleko od sklepów i innych podobnych miejsc, niezbędnych do życia. Odkryłem jednak wtedy coś niezwykłego: głaz mozolnie wydobyty i odcięty od złoża granitowego. Na szybko wyliczyłem, że waży 100 ton. Jaki był powód wydobycia go? Poczta pantoflowa mówi, że był planowany jako tworzywo jednej z figur przy Pałacu Kultury w Warszawie, ale nie został ostatecznie z jakiegoś względu zakwalifikowany. Fascynacja nim trwała dziesiątki lat. Wiele czasu robiłem przymiarki, jak ten głaz przekształcić w rzeźbę. Jakieś 8-10 lat temu, przy okazji pleneru w Strzegomiu, wpadłem na pomysł zrobienia miniatury kilkutonowej, na czterech stopach. Pokazują, że człowiek był tu obecny.

– To była namiastka. Ale marzenie udało się jednak spełnić.

– Okazało się, że Anita Kaczmarska z Miejskiego Ośrodka Kultury, Sportu i Aktywności Lokalnej w Szklarskiej Porębie zorganizowała akcję, by można było ten głaz podnieść i podłożyć cztery stopy. Tempo wydarzeń było tak wielkie, że nie byłem w stanie sam tych stóp zrobić, ale pięknie się złożyło, że każdą wykonał inny rzeźbiarz. Dwie stopy wykonali Polacy, a dwie Czesi. Czuję zadowolenie, że moja idea ogólna została wykorzystana, a każdy z detali jest nieco inny, jednak każdy był przez mnie akceptowany.

– Co byś chciał jeszcze zrobić?

– Pomysłów mam wiele, ale teraz skoncentrowany jestem na projekcie w Felbach. Figury – osiem sztuk – stoją tam już na swoich miejscach. Ich transport był mozolny, montaż – już w czasie pandemii – także. Teraz słane są mi zdjęcia pokazujące, jak Żelaźni Ludzie stoją na tle huty. Stanowią wspaniałą całość, jakby to ludzie wyszli z huty i tam stanęli.

– Dziękuję za rozmowę

Leszek Kosiorowski

Zobacz cały zapis filmowy rozmowy:

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

Zgłoś za pomocą formularza.