Trener, pedagog, ratownik GOPR, popularny „Mały” zwany też „Profesorem”, był jednym z najbardziej znanych i rozpoznawanych mieszkańców Karpacza. Pożegnaliśmy Go na cmentarzu w Karpaczu 12 marca.

W pionierskich, powojennych latach w Karpaczu znali się wtedy wszyscy. Docierali w Karkonosze z różnych stron kraju odmienionego przez wojnę, z bagażem własnych, nierzadko tragicznych doświadczeń. Byli młodzi, chcieli żyć, pracować, bawić się. Wielu z nich, podobnie jak Janusz Cich, związało się z Karkonoszami na całe życie. Niektórzy zostawali kierownikami i pracownikami górskich schronisk i domów wczasowych, na które zamieniano przedwojenne pensjonaty. Większość z nich zajmowała się szeroko pojętą obsługą rodzącego się po wojnie ruchu turystycznego. Stawali się przewodnikami, ratownikami i trenerami sportowymi.

Jednym z nich był także Janusz Cich. Pracę trenera w miejscowym klubie sportowym „Śnieżka”, rozpoczął po ukończeniu studiów w Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego w 1957 r., będąc jednocześnie czynnym zawodnikiem. Przez lata był także współorganizatorem Pucharu Samotni i Pucharu Śnieżki. Był działaczem sportowym i prawdziwym społecznikiem, którego życzliwość i optymizm, zjednywała wszystkich, którym dane było Go spotykać. Będąc trenerem i pedagogiem w karpackim ogólniaku, wychował trzy pokolenia mieszkańców Karpacza.

Gdy żegnaliśmy Go 12 marca na karpackim cmentarzu, zgromadził się tłum Jego wychowanków, uczniów i sąsiadów.

Był człowiekiem serdecznym i życzliwym i w sposób naturalnym lubiącym ludzi. Swoim optymizmem zarażał wszystkich. – O nikim nigdy nie wypowiadał się źle, a i inni o nim zawsze mówili z życzliwością. Był powszechnie lubiany, często bywając „duszą towarzystwa” – wspomina żona Alicja.

Wielu z olbrzymiej rzeszy jego wychowanków, ma masę wspomnień i przeżyć związanych z Januszem. Zdarzeń, które niejednego z nas kształtowały i pozwalały znaleźć własną drogę i cel w życiu.

Był autorem i bohaterem niezliczonych anegdot, a niektóre z nich, my jego wychowankowie, uczniowie a później często młodsi koledzy, poznawaliśmy dopiero po latach. Jedną z takich historii, dziś brzmiącą zabawnie, lecz wtedy w roku 1960, mogącą zakończyć się utratą pracy i wyrokiem „za działanie na szkodę ustroju”, był epizod związany z Mistrzostwami Europy Juniorów w saneczkarstwie, organizowanych wówczas siłami działaczy KS Śnieżka Karpacz. Janusz wśród rozlicznych talentów, znany był również z tego, że potrafił „od ręki” ładnie pisać, co było wykorzystywane przy wypisywaniu dyplomów, dekorowaniu sal z różnych okazji itp. Wraz z moim ojcem mieli wykonać transparenty witające uczestników mistrzostw. Sprawa była prestiżowa i pilna. Do siedziby klubu dostarczono zwoje czerwonego płótna, pędzle i białą farbę. Dwudziestoparoletni aktywiści ochoczo zabrali się do roboty i po całonocnej pracy, w centrum Karpacza zawisł nad ul. 1 Maja olbrzymi transparent z dobitnym hasłem: Na sankach do socjalizmu! Po latach, gdy już można było bez obaw wspominać te czasy, dowiedzieliśmy się, że skórę dwóch dowcipnisiów, uratował ówczesny komendant posterunku MO, który rankiem, tuż przed przyjazdem zagranicznych delegacji, kazał ów transparent zdjąć. Cała historia zakończyła się ostrą reprymendą, ale bez dalszych konsekwencji. Po prostu w Karpaczu znali się wtedy wszyscy, często pomagając sobie, kub przynajmniej nie szkodząc, mimo różnych poglądów i miejsc zatrudnienia.

Podobnych „kryminalnych” historii z udziałem Janusza można by przytoczyć więcej. Jak choćby zatrzymanie i przesłuchanie podopiecznych Janusza, którzy przed sezonem zimowym, tradycyjnie czyścili trasę zjazdową Z Małej Kopy, porastającą młodnikiem i maliniakami. – To był niepisany układ między leśniczym a klubem. My wycinaliśmy krzaki a on miał porządek w swoim rejonie. Kłopoty zaczęły się gdy w grę weszła chciwość. Podobno leśniczy wziął pieniądze za porządkowanie trasy, a kilkoro z nas, wtedy młodych zawodników Śnieżki, trafiło na komendę MO w Jeleniej Górze. Sprawa oparła się o prokuraturę i nie wiadomo, jak potoczyłyby się dalej nasze losy, gdyby nie urok osobisty i talenty mediacyjne młodego trenera, jakim był wtedy Janusz – wspomina Kazimierz Mazur, wychowanek i późniejszy następca Janusza Cicha.

Kazimierz Mazur, jak wielu jemu podobnych, do Śnieżki trafił trochę przez przypadek. Ktoś kogoś znał, podpatrywał z zazdrością starszych i wcześniej czy później trafiał pod skrzydła Janusza. Podobnie działo się zresztą z młodzieżą, która trafiała także do innych sekcji klubu Śnieżka Karpacz. W latach 60. do klubu należeli prawie wszyscy młodzi mieszkańcy miasta. Jedni zjeżdżali, drudzy biegali, jeszcze inni skakali na nartach. Pozostali zasilali wiodącą przez lata sekcję saneczkową i bobslejową. W tamtych latach rytm treningów i zawodów, organizował nam życie, co zapewne uchroniło wielu z nas przed głupstwami młodości, które czasami potrafią nieodwracalnie zmarnować ludzki los.

Janusz Cich w tym procesie pełnił rolę szczególną. Wielu z nas prowadząc nas jako zawodników, uczył następnie i wychowywał w miejscowym ogólniaku, który stał się potem szkołą sportową a następnie szkołą Mistrzostwa Sportowego. Na narciarzy wychował też swoich synów Krzyska i Waldka, który podobnie jak ojciec, jest trenerem narciarstwa w Karpaczu. Pierwsze laury na narciarskich stokach zdobywają już także wnuki Janusza Lena i Aleksander.

Z rozlicznych wspomnień, jakie przyjaciele i znajomi zamieszczali w sieci po śmierci Janusza, wybrałem wpis Mirosława Grafa: To był taki wesoły ale i bardzo konkretny Gość. Bardzo będzie Nam Go brakowało. Ale myślę, że z Egonem Myśliwcem oraz z Jasiem Klamutem założą Klub u „góry” i będą uczyli jeździć na nartach tych którzy na dole się tej sztuki nie nauczyli.

Jacek Jaśko (podopieczny i wychowanek Janusza Cicha w latach 60)

1 Komentarz

  1. Miłe i sentymentalne wspomnienia. Będąc w latach 70 w Szklarskiej znałem wielu cenionych ludzi związanych z narciarstwem o Egonie nie wspomnę, bo to ikona Karkonoszy !

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

601 566 560

Zgłoś za pomocą formularza.