Mysłakowicki „Orzeł” był w latach wojny jednym z pierwszych zakładów przemysłowych, w którym ukryto fabrykę zbrojeniową przeniesioną z głębi Niemiec. Powojenna penetracja zakładu, jego piwnic i podziemi podejmowana była wielokrotnie, ale nigdy nie została przeprowadzona do końca. Poważni eksploratorzy twierdzą, że ta fabryka nadal kryje tajemnice z lat wojny. Tezę tę zapewne potwierdza to, że w okolicach fabryki w różnym czasie ujawniono kilka podziemnych pomieszczeń i budynków. Kolejne zaś są ciągle poszukiwane. Tak jak nadal nie odnalezione pozostają wejścia do mysłakowickich tuneli. Ogromnie trudno jest dziś ustalić, kto i co pewnego wie o tych sprawach. Wiele jednak świadczy o tym, że tacy ludzie w Mysłakowicach żyją. Niektórzy z nich wiedzą nawet o tym, że podziemia przebiegają przez ich podwórka…

Michał W., który przez wiele lat pracował w „Orle”, opowiada, że już w latach pięćdziesiątych, szeptem i bardzo ostrożnie opowiadano o skarbach, które są ukryte gdzieś w jej podziemiach. Pamięta on, że co jakiś czas plotki te sprowadzały do zakładu jeleniogórski urząd bezpieczeństwa, który na ogół bezskutecznie próbował ustalić autorów tych plotek lub informacji, bo jak było naprawdę, nie wiedział nikt. On sam był dwukrotnie zatrzymywany, za każdym razem na kilkanaście godzin, i straszony odpowiedzialnością za ukrywanie niemieckich tajemnic. Zapewnia jednak, że nic władzom nie powiedział, bo nic… nie wiedział. A jego jedyną winą było to, że podobnie jak inni, powtarzał krążące plotki.

Powracająca co jakiś czas plotka opowiadała w tamtych czasach o wielkim magazynie, w którym pod koniec wojny ukryto ogromne ilości odzieży, zapasy żywności i dużą część najcenniejszego wyposażenia mysłakowickiego zamku. Opowiadano, że o takim magazynie mówili Niemcy, wyjeżdżający po wojnie z Mysłakowic. Jednak pod koniec lat pięćdziesiątych plotkę powoli zapominano i sprawa wielkiego magazynu ostatecznie przycichła.

Wróciła dopiero już kilkanaście lat po wojnie, gdy przystąpiono do rozbierania wielkiej hałdy żużlu popiołów z fabrycznej kotłowni. Złożony na hałdzie materiał systematycznie rozwożono po okolicy, gdzie służył m.in. do budowy dróg pustaków. Na pewnym etapie likwidacji tej hałdy okazało się, że przez wiele lat ukrywała ona w swym wnętrzu sporej wielkości bunkier. Po odkopaniu jednej ze ścian znaleziono wejście do tego bunkra, zamknięte doskonale zachowanymi stalowymi drzwiami. Otwarto je nie bez sporych kłopotów, w towarzystwie MO i władz, które, podobnie jak obserwujący to zdarzenie gapie, zapewne liczyły na wielki skarb.

Rozczarowanie było ogromne. Okazało się, że bankier jest zapomnianym od czasów wojny ukrytym pod hałdą magazynem wojskowego wyposażenia. Znaleziono tam duże ilości starych, wojennych masek przeciwgazowych, sporo polowych łóżek, tysiące opatrunków i zestawów pierwszej pomocy oraz wiele innego, drobnego wyposażenia, które zapewne miało pomóc okolicznej ludności przetrwać przejście frontu i pierwsze tygodnie okupacji. Co prawda, mówiono wtedy, że nie było to wszystko, co w magazynie odnaleziono, bo podobno nocą, w ukryciu, wywieziono jakieś skarby. Michał W. twierdzi jednak, że było to praktycznie niemożliwe. Pamięć o magazynie przetrwał tylko jakiś czas, do momentu, gdy mysłakowickie dzieciaki zgubiły ostatnią maskę gazową, znalezioną w tym magazynie.

Strategiczne łożyska

W latach wojny w „Orle” oficjalnie produkowano m.in. sukno dla wojska, koce oraz wkłady filtrów do masek przeciwgazowych. Jednak już od 1943 roku właśnie w tej fabryce ulokowano jedną z wytwórni łożysk tocznych, przeniesioną z zagrożonych alianckimi bombardowaniami centralnych Niemiec. Część tej wytwórni ukryto w podziemiach fabryki.

Tuż przed ewakuacją niemieckich władz wejście do podziemi zabetonowano, ukrywając zarówno podziemia, jak i ich zawartość. Jednak istnienia podziemnej fabryki nie dało się skutecznie ukryć, bo zakończenie wojny przeżyli nie tylko niemieccy robotnicy, ale i ci, których przywieziono tu na przymusowe roboty.

Michał W. opowiada, że po podjęciu pracy w „Orle” rozmawiał z ludźmi, którzy te podziemia odnaleźli. Pomocni w tym przedsięwzięciu okazali się miejscowi Niemcy, którzy o fabrycznych podziemiach sporo wiedzieli. Pomimo tego poszukiwanie możliwości wejścia do podziemnych hal trwało dość długo. Niemcy bowiem pomagając równocześnie jednak robili wszystko, by opóźnić wejście pod fabrykę. Okazało się, że mieli w tym racjonalny cel. Chodziło o ochronę czegoś naprawdę ważnego. O maszyny, urządzenia i surowce do produkcji łożysk, które będą potrzebne do niemieckiego udziału w wojnie, która, jak oczekiwano, miała niebawem wybuchnąć pomiędzy niedawnymi wojennymi aliantami.

Ostatecznie jednak podziemia otwarto, znajdując tam rzeczywiście cenne maszyny i surowce, bardzo nowoczesne obrabiarki i sporo gotowych łożysk. Zdaniem mojego rozmówcy wszystko to zostało natychmiast wywiezione do Rosji. Zaś podziemia, bez ich głębszego zbadania, w części nawet zasypano, zadowalając się cennym, technicznym łupem. Wojennym łupem stały się także potężne, bardzo nowoczesne, pracujące bezszumnie wentylatory, które w podziemiach. „Orła” albo produkowano, albo tylko montowano. Z raportów, które odnaleziono w Niemczech, wynika, że były one przeznaczone do wentylowania podziemnych fabryk i pracowały tak cicho, by wietrznie ukryte na powierzchni nie zdradzały położenia podziemi.

Skrytka w zamku

Mieczysław Bojko, mieszkaniec Mysłakowic i zarazem eksplorator, twierdzi że zachował się dokument, z którego wynika, iż w listopadzie 1943 roku komando robocze liczące kilkunastu ludzi przez 28 dni wykonywało w mysłakowickim zamku, zapewne w piwnicach, ukrycie dla potrzeb G. Grundmanna. Jego zdaniem, tego wczesnego i nieoficjalnego schowka, który miał być zabezpieczeniem nie tylko dla zamkowych zbiorów należy szukać właśnie pod zamkiem. Schowek, którego poszukuje się w „lodowej” piwnicy za zamkiem, jest bowiem znacznie późniejszy i powstał już pod koniec wojny, dla innych celów. Był utajnioną częścią jednej z typowych składnic Grundmanna.

M. Bojko uważa, że informacje na ten temat, pochodzące od odwiedzających Mysłakowice Niemców, są bardzo wiarygodne. Jego zdaniem wiedzą oni także, gdzie tego schowka należy szukać. Jeden z nich, przyjeżdżający do Mysłakowic co roku, wręcz twierdzi, że w 2005 roku, w sześćdziesiąt lat po wojnie, zostanie w Hamburgu otwarta koperta zawierająca dawne miejsca, przez które szybko można dojść do obu schowków. Być może to zbieg okoliczności, ale właśnie w Hamburgu umarł G.Grundmann…

Zamkowych schowków szukali po wojnie zarówno stacjonujący w zamku Rosjanie, jak i szabrownicy, którzy po odejściu Rosjan przeszukali zamek kilka razy, i to bardzo dokładnie. Przy okazji dewastując ten obiekt. Wtedy właśnie zniknęli strzegący wejścia do zamku rycerze, z których jeden podobno miał być „kluczem” otwierającym schowek.

Podziemny młyn

Bojko jest pewien, że tunele, prowadzące spod mysłakowickiego zamku, rzeczywiście istnieją. Sam bowiem był w podobnym, bardzo długim, podziemnym tunelu, który niegdyś zaopatrywał w wodę przypałacowy młyn. Także podziemny, bo pod powierzchnią ziemi ukryto nie tylko młyńskie koła, magazyny i kanały ale tam także znajdowało się koło wodne, napędzające młyn. Młyn ten zbudowano niemal w bezpośrednim sąsiedztwie zamku, tego bowiem wymagały warunki hydrotechniczne na Jedlicy i kanale doprowadzającym wodę z okolic „Orła”. Sąsiedztwo zamku było zapewne główną przyczyną ukrycia młyna pod ziemią, a równocześnie gwarantowało bezpieczeństwo młyna jak i niezakłócanie spokoju zamkowych gości. Młyński tunel miał zdaniem M. Bojki około 1500 metrów długości. „Jako chłopak chodziłem z kolegami po tym tunelu i młynie, podziwiając wtedy jeszcze zachowane maszyny” opowiada ten poszukiwacz, wskazując równocześnie na możliwości i potencjał techniczny, jakim dysponowano już w XIX wieku, przy kopaniu tak wielkich obiektów. Niestety, do dziś po podziemnym młynie zachowały się jedynie wnęki w powierzchni ziemi, przypominające o istniejących tu kiedyś podziemnych obiektach. Zdaniem M. Bojki dziś nie ma już żadnych szans na odtworzenie tego młyna. A szkoda, bo byłby to niezwykle ciekawy zabytek techniki.

Choć Michał W. nieco inaczej opisuje podziemny młyn, to jednak potwierdza jego istnienie i twierdzi, że on także, jako dziecko, wchodził do młyńskiego kanału. Jego zdaniem, od dawna nie używany wodny kanał, jeśli tylko zbudowano w nim boczne komory, był doskonałym schowkiem. I tam właśnie, jest togo pewien, pracowali przez niemal miesiąc ludzie Grundmanna.

Znikające ciężarówki

Nieżyjący już od kilku lat Heinz Knobloch, niegdyś mieszkaniec Mysłakowic, opowiadał, że pod koniec wojny trafia w szeregi volksturmu. Do jogo zadań, które spełniał na zmianę wraz z innym volksturmistą, należało pilnowanie przejazdu kolejowego w Mysłakowicach, notowanie przejeżdżających aut oraz obserwowanie i regulacja ruchu na skrzyżowaniu dróg i kolejowym przejeździe. W ostatniej dekadzie kwietnia 1945 roku ruch w tym miejscu był bowiem naprawdę duży. Setki i tysiące furmanek, liczne samochody, trochę wojska i uciekający przed nadchodzącym frontem uchodźcy gwarantowali że ani on, ani jego kolega nie nudzili się.

Heinz Knobloch zapamiętał, że jednego z ostatnich dni kwietnia, późnym popołudniem, przez przejazd przejechały dwie charakterystyczne, ciężko wyładowane ciężarówki, pilotowane przez oficera na motocyklu. Zgodnie z poleceniem zanotował ich numery rejestracyjne w specjalnym raporcie. Przy okazji zapamiętał, że jego uwagę zwróciło to, że auta pojechały jakby pod prąd. Bo podczas gdy niemal wszyscy jechali na południe i zachód, te ciężko wyładowane samochody pojechały na wschód, skręcając z głównej drogi na tzw. królewski szlak. Heinz Knobloch dobrze znał tę okolicę i sądzi, że auta jadą w kierunku pałacu w Karpnikach. Dlatego gdy godzinę później usłyszał głuchy huk od strony Mrowca, nie skojarzył go z ciężarówkami, które przejechały przez przejazd. Dopiero gdy chwilę później na przejazd wrócił oficer na motocyklu, powiązał ciężarówki z usłyszanym hukiem.

Volksturmista opowiadał, że ów oficer zatrzymał się, zsiadł ze swojego BMW, podszedł do niego i bez słowa po prostu wyjął z rąk Heinza Knoblocha notatnik, w którym zapisywał on numery przejeżdżających aut. Włożył notatnik do mapnika i sięgnął do kabury. Po kilku sekundach zastanowienia, nadal bez skowa, wsiadł na motor i odjechał w kierunku Kowar. Zdumiony i przerażony strażnik kolejowego przejazdu natychmiast po tym zdarzeniu chciał powiadomić o zajściu swoich przełożonych, ale nikt nie miał zamiaru słuchać jego relacji. – To był już czas pełnego rozprężenia i znikającej administracji – opowiadał.

Kilka dni później zdecydował się na sprawdzenie, co zdarzyło się w okolicach Mrowca. Jeśli bowiem przejazd ciężarówek był jakoś związany z hukiem, który dobrze słyszał, jego źródło nie mogło być daleko. Liczył też na ślady ciężarówek na drodze. Popełnił błąd. Bo śladów aut, szczególnie jeśli ciężarówki zjechały z drogi, należało szukać jeszcze tego samego wieczoru. Potem deszcz zmył wszystko. Pomimo tego, po kilku godzinach poszukiwań znalazł ślad po niedawnym wybuchu, nad potokiem, w miejscu gdzie kiedyś była ziemna jama. Teraz przeryta dynamitem.

Rosjanie, okupacja i wysiedlenie uniemożliwiły mu wtedy podjęcie próby ustalenia, czy naprawdę znalazł miejsce, gdzie wybuchem zasypano ciężarówki.

Kilka lat temu, bardzo już stary, Heinz Knobloch w czasie ostatniej wizyty w Mysłakowicach powiedział, że ślad po wybuchu w tym miejscu jest nadal. Jest. Chyba jest…

Cmentarz w Krogulcu

Zaledwie kilka lat temu, wczesną jesienią 1994 roku, na stary cmentarz w Krogulcu przyjechało trzech mężczyzn. Dwóch Niemców i pewien mieszkaniec Kowar. Zaopatrzeni w łopaty dość szybko odkopali stary grób, a w nim trumnę pełną kosztowności. Do dziś nie wiadomo, czy był to tylko przypadek, czy ktoś jednak widział, jak pracowali na cmentarzu.

Jeszcze tego samego dnia na granicy zatrzymano samochód, którym Niemcy wracali do kraju, kwestionując legalność przewożonych, zabytkowych walorów. „Starocie” zatrzymano, a Niemców po wyjaśnieniach zwolniono.

Mówi się, że była to prowokacja. Zatrzymano bowiem ułamek tego, co wyjęto z grobu. Reszta spokojnie przekroczyła granicę…

Podobna sytuacja zdarzyła się całkiem niedawno pod Karpnikami. Zauważono tam Niemców, którzy bardzo pracowicie przekopywali… las. Tym razem obserwujący to zdarzenie pośpieszyli się i zaatakowali kopiących już po wyciągnięciu pierwszej bańki. Okazało się, że w środku jest stara, rodzinna porcelana. Niemcy upierali się, że właśnie po to przyjechali. Po pamiątkę. Po kilku miesiącach okazało się jednak, że pamiątek musiało być więcej. Zaledwie kilka metrów od miejsca, gdzie była porcelana, znaleziono dwa puste dołki,

Tekst: Marek Chromicz

Zdj. Fotopolska.eu

Archiwum Nowin Jeleniogórskich nr 52, 28.12.1999

1 Komentarz

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Alina Gierak

502 499 336

Zgłoś za pomocą formularza.