– Spotkaliśmy się na progu drogerii, zaprosił mnie na kawę. Tak to się zaczęło – wspomina Barbara Kupczyk, żona zmarłego Mariana Kupczyka – człowieka sportu, edukacji i regionu.

Marian Kupczyk wychował się w Mysłakowicach, gdzie Jego mama pracowała w Zakładach Lniarskich Orzeł. Tam chodził do szkoły podstawowej. Znajomości z tego okresu utrzymywał do końca życia, spotykając się z kolegami i koleżankami ze szkolnej ławy. W latach 1964-68 uczył się w Liceum Ogólnokształcących im. Stefana Żeromskiego w Jeleniej Górze w klasie z językiem angielskim.

Ukończył matematykę we Wrocławiu. Po studiach wrócił do Jeleniej Góry. Uczył głównie w szkołach średnich, najdłużej w Zespole Szkół Chemicznych. Ostatnim miejscem pracy była podstawówka w Dąbrowicy, w której był dyrektorem. Wspominany jest jako bardzo dobry nauczyciel i wychowawca.

– Zbierał narty dla dzieci. Pamiętam jak dziś, jak zbierał takie stare narty, trzygwoździowe. Zależało mu, by zarazić je swoją pasją do biegówek – wspomina Bartosz Lipiński, kolega Pana Mariana od lat licealnych aż do końca życia.

– Wspaniały człowiek! – wspomina najbliższy przyjaciela Ryszard Gryglewicz z Jeleniej Góry. – Jeździliśmy razem grać w piłkę, jeździliśmy na rowerach. Kochał sport!

Należał do ekipy Wesołego Autobusu, który od lat siedemdziesiątych poprzedniego wieku kursuje z Jeleniej Góry do Jakuszyc wożąc pasjonatów biegówek. Wesoły Autobus to nie tylko środek transportu, ale i bardzo interesujące środowisko, przez które przez niemal pół wieku przewinęły się setki ciekawych postaci.

To w Wesołym Autobusie Marian Jurczyk poznał, między innymi, Waltera Judkę – jednego z liderów ruchu sportowego w Kotlinie Jeleniogórskiego.

– Miał smykałkę do sportu i kochał sport! – opowiada Walter Judka. – Wydaje mi się, że w Biegu Piastów i Jakuszycach startował od lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Ze cztery razy pojechał ze mną na niemiecki Konig Ludwig Lauf w Alpach. Był przyjacielski i towarzyski.

Kochał Jakuszyce i Bieg Piastów. W serwisie enduhub.com, rejestrującym starty amatorów odkąd są one powszechnie odnotowywane elektronicznie, czyli od 2007 roku, są Jego wyniki z 23 zawodów. Wszystkie rozegrane zostały w Jakuszycach.

Był osobą godną zaufania. Najlepszy dowód, że w Karkonoskim Towarzystwie Biegaczy Narciarskich, którego trzon tworzyło środowisko Wesołego Autobusu, wybrano go przewodniczącym Komisji Rewizyjnej.

Ale zainteresowania Mariana Jurczyka były znacznie szersze. Pasjonowało go zwłaszcza tym, co się działo w naszym regionie, choć lubił też dalsze podróże. Był świadkiem wielu wydarzeń i lubił się dzielić ze znajomymi swoimi wrażeniami osobiście i na facebooku. W ostatnich paru latach życia odwiedził Albanię, Czarnogórę, Chorwację i Irlandię, gdzie cieszył się radosnym towarzystwem wnuków.

W najbliższej okolicy był na otwarciu po przebudowie stadionu lekkoatletycznego w Karpaczu, kibicował na zawodach na stadionie przy ul. Złotniczej w Jeleniej Górze, pojechał do Gryfowa Śl. na spotkanie z Krystyną Mazurówną – córką współzałożyciela matematycznej szkoły lwowskiej, a w Lubomierzu bawił się na Festiwalu Filmów Komediowych.

Owocami tego życia, godnego reportera, były zdjęcia ze znanymi postaciami – to było Jego hobby od wielu lat. Jak opowiada Bartosz Lipiński, czasem dotarcie na dużym zgromadzeniu, na przykład, koncercie, do takich osób, obleganych i chronionych, było dość trudne, ale Pan Marian miał już swoje wypróbowane metody, dzięki którym kolekcja rosła.

Kogóż w niej – na przykład – widzimy z ostatnich lat? Mistrza olimpijskiego w skoku o tyczce z 1980 roku Władysława Kozakiewicza, który miał otwarte spotkanie z kibicami w Książnice Karkonoskiej w Jeleniej Górze. Witię z kultowych “Samych Swoich”, czyli Jerzego Janeczka, napotkanego na festiwalu w Lubomierzu, śliczną, młodziutką płotkarkę (3-krotną mistrzynię kraju) Karolinę Kołeczek, która startowała w Jeleniej Górze.

– Jakieś trzy-cztery lata temu zaczął się skarżyć na zdrowie – mówi Bartosz Lipiński. – Czuł się słabo, odpuszczał starty, tracił wagę. Chudł w oczach. Przez rok nie jeździł na narty. Ale wrócił… Odzyskał siły.

To była cukrzyca. Leczył się. Niestety po okresowej poprawie nastąpiło pogorszenie.

Ostatnie takie zdjęcie zostało zrobione z burmistrzem Dusznik-Zdroju Piotrem Lewandowskim w jego gabinecie. Wiąże się z tym historia świetnie pokazująca charakter Pana Mariana. Duszniki-Zdrój odwiedził przy okazji pobytu w sanatorium. Jako miłośnik sportu nie omieszkał odwiedzić Areny Duszniki, czyli ośrodka biathlonowego. Trafił na mistrzostwa kraju na nartorolkach. Kibicował swoim krajanom, cieszył się zwycięstwem Marcina Zawoła, ale… Był rozczarowany, że taka ważna impreza nie jest w żaden sposób propagowana w mieście, że nie ma żadnych plakatów! Poszedł z tą sprawą do samego burmistrza.

Wiemy to od Waltera Judki, którego opowiedział, jak było. Na użytek publiczny zachował się jednak wobec władz dyplomatycznie. Pochwalił ośrodek i życzył powodzenia.

Miłością życia Mariana Kupczyka była żona Barbara. Ponieważ mąż prowadził życie otwarte, na zewnątrz domu, z pracą, wieloma znajomymi i wyjazdami, to na niej spoczął główny ciężar wychowania dzieci i prowadzenia domu. Trzeba przyznać, że miał szczęście, że trafił na taką osobę. Pani Barbara wspaniale wywiązała się ze swojej roli. Syn ukończył informatykę (mieszka we Wrocławiu), córka, po amerykanistyce, mieszka w Irlandii. Państwo Kupczykowie dochowali się trzech wnuków i jednej wnuczki.

Miłość państwa Kupczyków przetrwała ciężkie próby, w tym rozwód, z inicjatywy Pana Mariana. Utrzymywali ze sobą kontakt, a po latach Pan Marian przyznał, że popełnił błąd, że nie docenił, jak dobrą żoną i człowiekiem jest Pani Barbara. Zaczęli się regularnie spotykać, wyjeżdżać, żyć…

– Zależało mu, by zintegrować rodzinę, odnowić śluby małżeńskie – opowiada Barbara Kupczyk. – Stało się to w 2019 roku.

Leszek Kosiorowski

Fot. Archiwum Mariana Kupczyka

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Marek Lis

694 792 203

Zgłoś za pomocą formularza.