Rozmowa z Bogdanem Andrzejewskim, aktywistą społecznym i przedsiębiorcą z Kowar

Bogdan Andrzejewski to jedna z najbarwniejszych osobowości Kowar i okolic. Zawodnik, trener, kronikarz I kibic klubu sportowego Olimpia Kowary. Pracował w Fabryce Dywanów w Kowarach, z której odszedł po wprowadzeniu przez komunistyczne władze PRL stanu wojennego. Pracował jako drwal w karkonoskich lasach, a później na budowach w Nowym Jorku. Po powrocie założył gospodarstwo agroturystyczne w Kowarach.

– Jak to się stało, że pan – człowiek z karkonoskiego westernu – ale urodzony w Warszawie, osiadł w Kowarach?

– W stolicy się tylko urodziłem, w wyniku rodzinnego przypadku. Mama pojechała w odwiedziny do swoich rodziców, a ja pospieszyłem się na świat… Ale jestem zakorzeniony w Karkonoszach. W Kowarach chodziłem do żłobka, przedszkola, szkół.

– A pana rodzice skąd się tutaj wzięli?

– Tata służył w Korpusie Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jego jednostka została skierowana do ochrony kopalni uranu w Kowarach. Gdy skończył służbę, pracował w kopalni, a potem w grupie poszukiwawczej. Mama natomiast dostała nakaz pracy w Dywanówce. Później była zatrudniona w Orle Mysłakowice. Po zakończeniu nauki poszedłem do pracy w Fabryce Dywanów w Kowarach. Spędziłem w niej mnóstwo lat, aż do burzliwych lat osiemdziesiątych.

– Co to znaczyło w pana przypadku?

– Zawsze szedłem pod prąd. Nigdy nie dałem się okiełznać. Zawsze miałem swoje zdanie. Nikt nigdy nie miał do mnie pretensji o stosunek do pracy. Jeśli miałem kłopoty, to z powodu wyglądu, własnych opinii. W szkole dyrektor kazał mi się z klasy wynosić.

– Ale wróćmy do lat 80. Co się wtedy stało, że był to punkt zwrotny w pana życiu?

– Jaruzelski, wprowadzając stan wojenny, dał swoim służbom oręż, który pozwolił pozbyć się wszelkich ludzi niewygodnych. Chcieli stworzyć społeczeństwo jak w Chinach: wszyscy czapkami nakryci z góry, realizujący to, co nakazuje władza, bo tylko to jest słuszne. I nie ma co o tym dyskutować. Mnie się też wtedy pozbyto. Ale nie należałem do tych, którzy się łatwo poddali. Zahartował mnie sport. Towarzyszył mi niemal od dziecka.

– Czyli stracił pan pracę w Dywanówce, ale poradził pan sobie, uruchamiając własną działalność?

– Tak, a z moją historią łączy się klęska ekologiczna w Karkonoszach w tamtym czasie. Dewastująca je wskaźnica modrzewianeczka. Lasy umierały. Była masa pracy z tego powodu.

– Umarłe drzewa trzeba było wywieźć z lasu.

– Tak jest, a las był miejscem, gdzie tolerowano takich jak ja. Tym bardziej, że Lasy Państwowe miały swoje firmy, ale one nie dawały rady – tak wielkie były wtedy potrzeby, by usuwać skutki klęski ekologicznej w Karkonoszach. Przeszedłem w lesie wszystkie etapy – ciąłem drzewo, wyrywałem koniem, potem zrobiłem prawo jazdy i kupiłem od wojska samochód do wywozu drewna. Praca w lesie była wówczas jedyną, w której mogłem mieć spokój. Nie interesowało się mną SB, co wcześniej, w Dywancówce, skutkowało wezwaniami na ulicę Nowowiejską w Jeleniej Górze. W lesie mogłem czuć się swobodnie, wiedzieć, że nikt mnie nie podsłuchuje, no bo żaden jeleń ani sarna nie mogły mnie podkablować. Nasz region nie był jakoś specjalnie zaangażowany politycznie, a ludzie buntowali się dlatego, że wszystkiego brakowało. Jeśli ktoś był w hierarchii wyżej, to miał dostęp do deficytowych towarów. Na przykład w Dywanówce ci z góry hierarchii mieli dostęp do dywanów, które mogli wymienić na coś innego. Panował bowiem wtedy handel wymienny. Za dywany można było dostać dwa samochody garnków z Olkusza. Jak ktoś był wyżej w hierarchii, to mógł sobie załatwić telewizor – kolorowy Rubin z Piaseczna.

– Czy takich niepokornych dusz jak Pan, które mogły ukryć się w Karkonoszach, było wtedy więcej?

– Tak, ten wątek przewija się zresztą we wspomnieniach wielu ludzi. Normalnej pracy nie mogli dostać, bo nikt ich nie chciał przyjąć, tak na wszelki wypadek, by nie mieć kłopotów. Romek Tryhubczak na przykład, który został wyrzucony z geodezji w Karpaczu, pracował piłą. Przy ognisku w lesie, mogliśmy przedyskutować swobodnie wszystko, co nam się podobało i nie podobało.

– Wspomniał pan o sporcie. Znany jest pan z miłości do klubu Olimpia Kowary.

– Sport integruje ludzi. Gdy zacząłem grać w Olimpii w piłkę nożną jako młody chłopak, poznałem dzięki temu kolegów z różnych dzielnic. Byliśmy małomiasteczkową społecznością, silnie zintegrowaną. Gdy szedłem ulicą, każdemu mówiłem: “Cześć!”. Teraz to się już wyjałowiło, wielu ludzi zamyka się w swoim świecie. Wtedy istniała też silna rywalizacja między szkołami. Dzięki temu ludzie się poznawali. Nikt nie był anonimowy.

– Pan na pewno. Zawsze wyglądał pan jak hipis?

– Mówiono o mnie, że jestem niechlujny. Uważałem, że mam prawo iść swoją drogą. Nawet stawiano mi ultimatum: “Masz ściąć włosy albo nie zagrasz!”

– Potem przeżył pan przygodę amerykańską.

– Spędziłem tam 11 lat. Internet pomagał utrzymać kontakt z Olimpią. Stale śledziłem, jak idzie moim dawnym kolegom i zawodnikom, których kiedyś trenowałem.

– Co pan robił w Stanach Zjednoczonych?

– To, co w tym okresie większość: pracowałem na budowie. Gdy wyjeżdżałem na przełomie wieków, byłem trochę ułomny. Nie znałem dobrze angielskiego, komputer był dla mnie nowością. Później przyjeżdżali z Polski do USA młodzi ludzie, dla których umiejętności obsługi komputera i znajomość języka były czymś naturalnym. Nie musieli już wykonywać najcięższych prac – chłopaki na budowach, a dziewczyny jako sprzątaczki. To było pokolenie bez kompleksów, które nie odstawało od rówieśników amerykańskich i z innych krajów.

– Wrócił pan w 2011 z paroma dolarami w kieszeni. Co pan zrobił?

– To widać tutaj. Pytają mnie: “Po coś wracał?” Odpowiadam, że pojechałem turystycznie, a pracowałem, by zarobić na bilet powrotny. Generalnie w Stanach wiele rzeczy jest dobrze poukładanych, ale są też takie, które nas – ludzi ze słowiańską mentalnością – rażą. To nie jest kraina mlekiem i miodem płynąca.

– Pan ma swoją Amerykę w Kowarach – wielka działka, wspaniałe widoki na góry, konie.

– Szum drzew i ptaków śpiew – to jest moja Ameryka. Jadzia i Tadek Kutowie z Teatru Naszego mieli piosenkę “To jest nasza Ameryka”. Oni odnosili ją do swego ówczesnego miejsca zamieszkania w Michałowicach, ale ta piosenka doskonale pasuje też do mnie. Nie pojechałem do Ameryki tylko pracować, ja ją całą przejechałem, od Nowego Jorku do Los Angeles. Widziałem Amerykę bogatą, ale i biedną, byłem w rezerwacie Indian, Teksasie, Arizonie…

– Żyje pan w przyrodzie. Jak pan ją odczuwa?

– Wstaję o wpół do piątej. Dzień zaczynam od sprawdzenia, czy konie mi gdzieś nie uciekły, czy sarny gdzieś mi ogrodzenia nie przerwały. Mój dzień zaczyna się więc od spaceru. Wieczorem robię taki sam obchód. Ludzie w mieście zachwycają się zmianami pór roku, a ja, przechodząc codziennie obok tego samego drzewa czy krzewu, obserwując je, dziwię się, że zmiany w nich postępują tak wolno. Ale gdy wybucha jesień i przyroda rozkwita pełną paletą barw, jest cudownie. Każde drzewo jest inne, liście różnych gatunków perzebarwiają się inaczej. Gdy była susza, widać było, jak drzewa się broniły, zrzucając – jak brzoza już w połowie sierpnia – liście, by ograniczyć ilość wody potrzebnej do przeżycia.

– Pana dom stoi przy Głównym Szlaku Sudeckim.

– Wędrują nim prawdziwi turyści, z plecakami. Niektórzy pokonują po około 30 kilometrów dziennie, a inni wędrują z przerwą tylko na noclegi. Są wśród nich bardzo ciekawe osobowości. Honoruję ich specjalnym znaczkiem na magnesiku z napisem: “Główny Szlak Sudecki” i moją podobizną: kowboja w kapeluszu. Turyści pytają, czy mają za znaczek zapłacić. Odpowiadam: “Nie! To moje podziękowanie za to, że Pan u mnie był”. Oczywiście jest to nie tylko wyraz wdzięczności za odwiedziny i wspólnie spędzony czas, ale też mój marketing, bo dodaję zawsze do znaczka wizytówkę. Potem czytam w internecie o panu Bogdanie… To bardzo miłe! Z przyjemnością udzielam im noclegu, częstuję herbatą. Mam też pieczątkę potwierdzającą przejście szlaku koło mojego gospodarstwa agroturystycznego.

– O czym pan jeszcze marzy?

– O zdrowiu. Na razie jest w porządku, choć siedemdziesiątka na karku. Powtarzam I polecam wszystkim: sport hartuje!

-Dziękuję za rozmowę

Leszek Kosiorowski

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

Zgłoś za pomocą formularza.