Z Płoniną, ze starym zamkiem i zniszczonym w ostatnich latach pałacem wiąże się kilka dość wiarygodnych informacji dotyczących dziwnych losów tej okolicy w ostatnich dniach wojny i w pierwszych latach po jej zakończeniu. Miejsce to było bowiem już w 1944 roku wytypowane jako z ważniejszych ukryć, w którym planowano złożenie cennych depozytów.

W gronie specjalistów uważa się, że płoniński zamek był jednym z tych tajnych ukryć, które G. Grundmann przygotowywał dopiero jesienią 1944 roku i których nie objęła oficjalna lista sporządzonych przez niego skrytek. Wiedza na ten temat, choć nadal bardzo ograniczona, powoli staje się jest coraz większa, co budzi nadzieje na poważne odkrycia. Płonina, a szczególnie nie zbadane lochy starego zamku, jest bowiem miejscem, w którym można oczekiwać na odnalezienie bardzo cennych depozytów. Szansa jest tym większa, że ostatnie badania potwierdzają, że stary zamek niegdyś był rzeczywiście połączony tunelem z okolicznymi wzgórzami. Są też tacy badacze tego terenu, którzy twierdzą, iż zamkowe lochy prowadzą znacznie dalej. Podobno nawet aż do Bolkowa.

Stary zamek w Płoninie już od wielu lat jest przedmiotem intensywnej eksploracji i prób dotarcia do dotychczas nie odkrytych zamkowych podziemi. Próby te są podejmowane ciągle od nowa, a dla wielu poszukiwaczy – poważnym źródłem inspiracji jest krótki, kilkumetrowy szyb, który zaczęto drążyć pod starym zamkiem pod sam koniec wojny. A wiadomo, że nie jest to jedyne miejsce, w którym drążono nowe podziemia. Właśnie z tego też czasu pochodzi informacja o wielkim depozycie, który złożono pod koniec wojny w lochach Płoniny. Z obecnie dostępnych informacji wiadomo, że depozyt ten przewożono do zamku przez cztery kolejne noce, bezpośrednio z Wrocławia, tuż przed zamknięciem miasta pierścieniem rosyjskich wojsk.

Wiarygodność tej informacji, bezpośrednio po wojnie potwierdzili niemieccy świadkowie, uczestnicy tych zdarzeń. Poinformowali oni Amerykanów, że pałac w Niesytnie był miejscem, w którym przyjmowano depozyt, dokonywano przepakowania i podziału zgromadzonych skarbów, które po odpowiednim przygotowaniu złożono w lochach pod starym zamkiem.

Zaginione komando

Jeden ze świadków zdarzeń, które miały miejsce kilka miesięcy po zakończeniu wojny i po wkroczeniu na ten teren wojsk rosyjskich, opowiada, że Rosjanie już w lecie 1945 roku rozpoczęli poszukiwanie pewnej grupy ludzi. Zapewne NKWD, przez wiele miesięcy, szukało śladów po kilkunastoosobowym komandzie, które, jak twierdzili, pracowało w starym zamku jeszcze przez kilka dni po ustaniu działań wojennych. Ich zadaniem miało być nie tylko przeniesienie wrocławskiego depozytu do podziemi starego zamku, ale i takie ich zamaskowanie i zabezpieczenie, by nie zostały one odkryte. Komando to zdaniem Rosjan miało się składać wyłącznie z niemieckich żołnierzy i podoficerów. Ludzie ci, jak mówiono bezpośrednio po wojnie, po wykonaniu swojej pracy dziwnym trafem nie zostali zlikwidowani. W każdym razie nie wszyscy.

Józef K., który ostatnie lata wojny spędził pracując w jednym okolicznych gospodarstw rolnych w sąsiedztwie Płoniny jako robotnik przymusowy, twierdzi, że pamięta te poszukiwania. Opowiada, że Rosjanie prowadzili je z wielką determinacją, stosując wobec miejscowych Niemców zarówno zastraszanie, jak i próby przekupstwa. W pewnym momencie podobno nawet gwarantowali temu, kto ujawni, kto miejsce pobytu choćby jednego żywego członka tego komanda, możliwość albo szybszego wyjazdu do Niemiec z całym majątkiem, albo wyłączenia jego i całej rodziny z grona wysiedlanych. Do wyboru.

Świadek ten twierdzi, że Rosjanie spore znaczenie przywiązywali do informacji pochodzących od ludzi takich jak on, robotników przymusowych. Ich bowiem zdaniem, mieszkając na tym terenie, musieli oni coś wiedzieć i coś widzieć. Józef K. opowiada jednak, że praktycznie takich możliwości nie było. Przyznaje on, że już w lecie 1944 roku wiadomo było, że na starym zamku prowadzone są jakieś roboty budowlane, w pałacu spotykają się niemieccy dygnitarze, a cały teren jest silnie strzeżony. Jednak szczegółów tych zdarzeń wówczas nie znał chyba nikt. Nawet okoliczni Niemcy wiedzieli tylko to, co mogli zauważyć. Zjeżdżających do pałacu gości i silnie strzeżone transporty, wożone ciężarówkami jedynie przez cztery noce. To właśnie tych ciężarówek, a raczej ich zawartości, tak intensywnie szukali Rosjanie.

Józef K. dziś już nie potrafi sobie przypomnieć, czy pod koniec wojny ktokolwiek wiedział coś więcej o komandzie, które pracowało w pałacu. Jego zdaniem szansa, by wiedziała o tym okoliczna ludność, była minimalna. Pałac był bowiem poddany ostremu nadzorowi, a wiosną 1945 roku wszyscy czekali już tylko na koniec wojny i starali się nie szukać dodatkowych kłopotów. Te przecież w warunkach kończącej się wojny oznaczały śmierć. Rosjanie nie mieli więc większych szans…

W archiwach Waszyngtonu

Dość powszechne przekonanie, że głównym źródłem informacji o tajemnicach mogą być archiwa rosyjskie, jest zapewne uzasadnione. Bo wiele tych tajemnic kryje się w całkiem innym miejscu. W archiwach amerykańskich, które gromadzą ogromne ilości niemieckich dokumentów z tamtego czasu. To właśnie z tych archiwów pochodzą najnowsze informacje dotyczące starego zamku i pałacu w Płonie.

Chcący zachować anonimowość informator opowiada, że z amerykańskich archiwów pochodzi potwierdzenie, że do Płoniny rzeczywiście dotarły cztery transporty, jak to określa, „depozytów Rzeszy” z Wrocławia. Jego zdaniem materiały te potwierdzają jednoznacznie także to, że na starym zamku w ostatnich miesiącach wojny pracowało kilkunastoosobowe komando, które zajmowało się przepakowywaniem mniejszych paczek w zabezpieczone przed wilgocią skrzynie, które później „spuszczano do zamkowych lochów”. Z „amerykańskich informacji” wynika także, że przepakowywano w zasadzie rzeczy już zabezpieczone i dobrze opakowane. I dlatego w zasadzie dokładnie nie wiadomo, co to było. Ponieważ jednak wiele opakowań było uszkodzonych, zapewne także celowo, zachodziła konieczność ponownego zabezpieczenia części tego depozytu. Właśnie wtedy pracujący przy tym żołnierze mieli okazję zobaczyć, co naprawdę przygotowują do schowania. A były to prawdziwe skarby, obrazy, precjoza złote i srebrne, a także „metalowe”, porcelana, szkło i duże ilości książek. Były tam podobno też skrzynki z monetami, oraz co najmniej kilka skrzynek złota w bankowych sztabkach.

Sojusznicza współpraca

Z zachowanych w USA materiałów wynika, że do Amerykanów już w czasie lub lipcu 1945 roku zgłosiło się dwóch podoficerów niemieckich, członków komanda pracującego w Płoninie. Jak twierdzili, tylko im udało się uratować życie z pogromu, do którego doszło 11 lub 12 maja 1945 roku. Ktoś z nadzoru, kto nie sprawdził, ilu ludzi znajduje się w tym momencie w lochach starego zamku, odpalił ładunek wybuchowy licząc na to, że w ten sposób pogrzebie w podziemiach wszystkich uczestników i świadków ukrywania depozytu.

Podoficerowie, którzy to zdarzenie przeżyli, właśnie w tym czasie, późnym wieczorem, przebywali w pomieszczeniach gospodarczych pod zamkowym tarasem. Poszli tam po kilka wiader smoły, którą zalewano ukrywane skrzynie. Gdy od wybuchu zadrżała ziemia, natychmiast zorientowali się, co się naprawdę stało. I korzystając z tego, że już od dawna ubierali się w cywilne ubrania, natychmiast uciekli z pałacu.

Z ich zeznań, złożonych przed amerykańskimi oficerami, wynika także, że postanowili jak najszybciej przedostać się do amerykańskiej strefy okupacyjnej i sprzedać swoją wiedzę o płonińskim skarbie, za prawo wyjazdu z okupowanych Niemiec do USA. Czy ten zamiar niemieckich podoficerów się powiódł, nie wiadomo. Mój informator twierdzi jednak, że z dokumentów wynika, iż Amerykanie, którzy zdawali sobie sprawę z tego, że wschodnia strefa okupacyjna Niemiec na długie lata wpadła w ręce Rosjan, postanowili zdobytymi informacjami pohandlować ze wschodnimi sojusznikami.

Amerykanie byli bowiem zorientowani równie dobrze jak Rosjanie w tym, że Niemcy pod koniec wojny ukryli setki ton i wiele tysięcy sztuk skarbów własnych i zrabowanych w całej Europie. I także oni mieli w tamtym czasie ogromne kłopoty z lokalizacją większości skrytek. Te bowiem, urządzenie podobnie jak na Podsudeciu, głównie w starych kopalniach, pałacowych lochach i alpejskich, specjalnie przygotowanych podziemiach były nie do odkrycia. W każdym razie bez współpracy tych, którzy je sporządzali. A w pierwszych, powojennych miesiącach o taką współpracę Niemców z okupantami nie było łatwo.

W tej sytuacji zgłoszenie się dwóch informatorów, podających informacje o dużej skrytce, Amerykanie musieli uznać za sporą szansę. Nawet pomimo tego, że skrytka była poza ich zasięgiem. Bowiem wiedzą o jej istnieniu mogła być ważnym towarem w handlu informacjami. I rzeczywiście była, o czym świadczą archiwalne dokumenty. Wynika z nich, że Amerykanie szybko wymienili zdobyte od podoficerów informacje z Rosjanami, którzy zajęli ten teren. I dlatego Rosjanie tak szybko zaczęli poszukiwanie jakichkolwiek świadków zdarzeń, które rozgrywały się na zamku kilka miesięcy wcześniej.

Ponieważ nic nie wiadomo o tym, by Rosjanie odnieśli sukces w prowadzonych poszukiwaniach skarbu, można się domyślać, że „dobrym, sojuszniczym” obyczajem amerykańscy informatorzy nie powiedzieli im wszystkiego. Jest bowiem mało prawdopodobne, by podoficerowie nie zdradzili, jak i gdzie ukrywano depozyt oraz w jaki sposób można się do niego dostać. Ale jest i taka możliwość, że powiedzieli niecałą prawdę. Wszak zdawali sobie sprawę z tego, że Amerykanie nie mają możliwości zweryfikowania przekazanych im informacji.

Helikopter

Z dokumentów zachowanych w waszyngtońskich archiwach wynika, że podoficerowie zeznali, iż prace w Płoninie były nadzorowane w dość szczególny i niezwykły w tamtym czasie sposób. Nad zamkiem i pałacem kilkakrotnie latały nie tylko małe samoloty, ale i maszyny, które niemal wisiały w miejscu. Jeśli to prawda, zapewne chodzi tu o „tajemnicze spodki” stosujące na Grodnej, czyli o pierwsze helikoptery montowane we Wrocławiu.

Także Józef K. pytany, czy pamięta loty nad okolicą zamku i zamkiem, potwierdza, że miały one miejsce. I także on twierdzi, że były to nie tylko samoloty, ale też jakieś dziwne maszyny, podobne do współczesnych helikopterów.

Poważne wątpliwości musi budzić także często powtarzana sugestia, że nad Płoniną osobiście latał G. Grundmann, z powietrza sprawdzając jakość tego ukrycia. Trudno sobie jednak wyobrazić, by jeśli nawet rzeczywiście latał, wiedza o tym dotarła do robotnika rolnego czy nawet pracujących w zamku żołnierzy. Plotka ta jednak uporczywie powraca…

Gdzie jest prawda

Dramatyczna historia Płoniny to nie tylko jej stare, dawne dzieje. Nie mniej dramatyczne są losy tego wzgórza w ostatnich latach, gdy doszło tam do wielkiego pożaru, zniszczeń i ostatecznej dewastacji pałacu. Eksploratorzy twierdzą, że być może jest to jedynie przypadek. Ale ich zdaniem taki właśnie rozwój wydarzeń już doprowadził niemal do zapomnienia, że to miejsce istnieje. Nieliczni turyści, których w tych ruinach poza sezonem niemal w ogóle nie można spotkać, „podziwiają” ruiny spalonego pałacu i resztki starego zamku. I dlatego, jeśli ktoś już przygotował akcję wyciągania depozytu, lub ją przygotowuje, nikt mu właściwie w tym nie może przeszkodzić.

Dla wielu eksploratorów niemal dowodem na istnienie w podziemiach starego zamku lochów, kryjących skarb, jest stałe zainteresowanie tym terenem niemieckich „turystów”. Idące tak daleko, że już przed kilkunastu laty zabiegali oni o dzierżawę tego wzgórza.

Póki co, wstęp na ten teren jest możliwy jedynie po wykupieniu stosownego biletu, albowiem to, co pozostało po zamku i pałacu, udostępniono do zwiedzania. Mój „amerykański” informator twierdzi jednak, że do zamkowych lochów można się dostać całkiem inną drogą. Trudną i kosztowną, ale możliwą…

Marek Chromicz

Zdj. Fotopolska.eu

Archiwum Nowin Jeleniogórskich nr 21, 23.5.2000 r.

3 komentarze

  1. NKWD wykonywało pierwsze próby pozbycia się pozbycia się odpadów atomowych wzbogacony urany. Składowano wykorzystane materiały pod ziemią w oławianych małych formach.

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Andrzej Buda

601 566 560

Zgłoś za pomocą formularza.