Dziś przypominamy kolejny „skarbowy” tekst Marka Chromicza. Ten został opublikowany w lutym 1998 roku. Pod tekstem znajdą Państwo wcześniejsze publikacje.

W środowisku ludzi zajmujących się poszukiwaniem „skarbów” i penetracją miejsc, o których sądzi się, że jest tam coś ukrytego, jest to miejsce cieszące się szczególnym zainteresowaniem. Pomimo tego, że było ono już wielokrotnie i przez różne grupy poszukiwawcze intensywnie badane, nadal budzi wiele emocji i nie mniej nadziei na poszukiwawczy sukces. Już dziś wiadomo, że wiosną pojawia się tam eksploratorzy i być może tym razem szeroko zakrojone poszukiwania zakończą się poważnym sukcesem. Miejsce, o które chodzi, to dolina Bobru, w okolicach Rybnicy, Siedlęcina i Starej Kamienicy. Tam właśnie, w okolicy tzw. wądołów, jest kilka miejsc, których zagadkę warto spróbować wyjaśnić.

Dziś już chyba nikt nie jest w stanie podać dokładnej daty, od której rozpoczęło się przeszukiwanie tej okolicy, a tym bardziej nie wiadomo, kiedy po raz pierwszy rozpoczęła się ta sprawa. Jej początki muszą bowiem sięgać zapewne jeszcze lat czterdziestych. Niewątpliwe jest to tylko to, że jej głównym źródłem był donos, a pożywką skomplikowane, powojenne ludzkie losy.

Czas zaciera ślady

Od czasu, gdy na ziemię jeleniogórską, w tym także w dolinę Bobru, wkroczyły zwycięskie wojska sowieckie, minęło ponad pięćdziesiąt lat. Czas zatarł więc pamięć nawet tych, którzy byli, lub mogli być, świadkami tych wydarzeń. Wszystko, co dziś można w tej okolicy ustalić, to jedynie pojęcia – „chyba, gdzieś tutaj, coś chyba było…”. Dodatkowym utrudnieniem jest to, że teren ten był zajmowany właśnie przez Rosjan. Brakuje wiarygodnych świadectw o tym, co Rosjanie w konkretnych miejscach zastali, co wiedzieli, a co zlekceważyli.

Dziś nie wiemy nawet tego, czy w Dolinie Bobru znaleźli oni ślady po obecności na tym terenie silnych jednostek Wehrmachtu. Wydaje się, że przynajmniej wysokowyspecjalizowane jednostki wojskowe, zajmujące się poszukiwaniem i wywożeniem maszyn i urządzeń, a także rosyjski wywiad musiały wiedzieć, że w ostatnich latach wojny w dolinie Bobru prowadzone były na dużą skalę tajne, podziemne roboty. Do dziś można znaleźć na tym terenie wyraźne ślady po takiej infrastrukturze, która powinna była Rosjan zainteresować – jak choćby liczne kable czy fragmenty radiowego (?) masztu. Takie ślady bezpośrednio po wojnie musiały być wyraźnie widoczne. Rosjan jednak nie zainteresowały. Może zlekceważyli oni tę wiedzę, nie widząc w niej nic szczególnego?

Wydaje się zrozumiałe, że informacja o długotrwałej blokadzie jakiegokolwiek ruchu w dolinie Bobru przez Wehrmacht nie była znana powojennym, polskim władzom. Ludność napływowa tej sprawy znać nie mogła, a autochtoni nie byli zainteresowani ujawnianiem czegokolwiek. Zapewne nie przekazali jej także Rosjanie, którzy nie mieli w tym żadnego interesu.

Donos

Ktoś jednak doniósł na pewną kobietę, nazwijmy ją imieniem Helga, prawdopodobnie górnoślązaczkę, wywiezioną na roboty i po wojnie osiadłą nad Bobrem. Informowano, że w latach wojny, przez dłuższy czas utrzymywała ona bliski kontakt z Niemcem, żołnierzem Wehrmachtu. Donos ów dotarł do Urzędu Bezpieczeństwa, który niemal natychmiast przystąpił do przesłuchania jej, co we wczesnych latach pięćdziesiątych nic dobrego nie zapowiadało. Kobiecie, której postawiono zarzut pomagania Niemcom, broniła się tym, że kontaktowała się tylko z jednym Niemcem, strażnikiem, który umożliwiał jej od czasu do czasu przynoszenie żywności dla ginących z głodu jeńców pracujących w dolinie Bobru. Motyw jeńców i tajnej budowy szybko zainteresował prowadzących śledztwo. Kobieta zeznała, że według jej wiedzy, pochodzącej od zaprzyjaźnionego żołnierza, nad Bobrem budowany był tajny, podziemny szpital. Z informacji tych wynikało, że roboty prowadzono na dużą skalę i na rozległym terenie. Niestety, niewiasta ta, jeśli przekazy są prawdziwe, nie potrafiła wskazać dokładnego miejsca prowadzonych robót. Funkcjonariuszom UB wskazała jedynie jaskinię, która była miejscem zamieszkania więźniów i kilka miejsc, które mogły być zasypanymi, zamaskowanymi wjazdami do podziemi.

Dziś oczywiście trudno jest ustalić, jak wiele wiarygodnych informacji z lat wojny uzyskali wtedy ludzie prowadzący śledztwo. W każdym razie sprawa na jakiś czas „przyschła”, a kobieta została zwolniona.

Wehrmacht w dolinie Bobru

Zarówno zeznania wspomnianej kobiety, jak i inne źródła, w tym dokumenty, potwierdzają, że co najmniej od 1943 roku nad Bobrem prowadzone były na dużą skalę roboty ziemne. Cały, rozległy teren był obsadzony przez Wehrmacht, a okoliczną ludność obowiązywał bezwzględny zakaz wstępu do lasu i do doliny Bobru. W ten sposób Wehrmacht osłaniał także przed własną ludnością to, co było w tej okolicy robione.

Nad Bobrem często przebywał wuj Hermana Geringa, znany koneser sztuki. Nie bez powodu, niemałym nakładem środków, zbudowano pomiędzy Starą Kamienicą a Rybnicą lotnisko, zdolne do przyjmowania małych samolotów. W czasie tych wizyt, na zamkniętym przez Wehrmacht terenie, panował ożywiony ruch. Lotnisko funkcjonowało dłuższy czas, a świadkowie, w tym także Helga, wskazali nawet miejsce, gdzie znajdował się lotniczy hangar. Także w terenie zachowały się ślady, potwierdzające istnienie lotniska. W tej właśnie okolicy jeszcze niedawno znajdowano liczne betonowe słupki, których konstrukcja i zachowane kable świadczą, że mogły to być elementy ogrodzenia pod napięciem. W kilku miejscach można jeszcze dziś znaleźć fragmenty kabla, zarówno wieloparowego, telefonicznego jak i kabli energetycznych, co ewidentnie poświadcza, że gdzieś w najbliższej okolicy była potrzebna spora moc energetyczna. Do dziś także zachowały się tak ewidentne ślady, jak doskonale utwardzone drogi prowadzące donikąd… Pewnym śladem jest i to, że Wehrmacht wykonał w Starej Kamienicy bardzo solidną, zdolną do przyjęcia wielkich ciężarów rampę kolejową, która zachowała się do dziś.

Poszukiwania

Pierwsze poważne roboty poszukiwawcze w terenie prowadzone były już w latach siedemdziesiątych. W tym bowiem czasie powstała, najprawdopodobniej półoficjalna grupa badawcza, która, mając przyzwolenie władz, penetrowała teren. Niektórzy współcześni eksploratorzy twierdzą, że grupa ta składała się głównie z funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, którzy postanowili wykorzystać wiedzę pochodzącą z dawno i, jak się sądzi, celowo „przyschniętej” sprawy. Wtedy raz jeszcze odnaleziono wspomnianą kobietę i ponownie poddano ją przesłuchaniom. Także i tym razem nie potrafiła ona wskazać dokładnie „co i gdzie”, a wskazała jedynie te miejsca, o których mówiła już wcześniej. Ponieważ zorientowała się, że władze nic nie wiedzą o jej powojennych powiązaniach, można przyjąć, że mówiła tylko to, co chciała powiedzieć. Tym razem jednak dokonano odsłonięcia kamienia ukrywającego wejście do jenieckiej jaskini – sypialni, a także odnaleziono miejsce, w którym owa niewiasta schodziła wraz z wartownikiem w głąb ziemi. Udało się także ustalić (?) miejsce, w którym także jeńcy wchodzili w podziemia. Wydaje się, że niczego więcej nie uzyskano od tego świadka. Ówczesne badania terenu trwały ponad pół roku.

Także lata osiemdziesiąte były czasem intensywnych przeszukiwań doliny Bobru. Jednak najpoważniejsze chyba roboty podjęto co najmniej dwukrotnie już w latach dziewięćdziesiątych. Wszystko to jednak nie przyniosło oczekiwanego skutku. Podobno niczego tam nie znaleziono.

Czarny Janek”

W archiwach sądowych zachowały się z lat pięćdziesiątych akta sprawy bandy „Czarnego Janka”. Na jej członków wydano wyroki śmierci i wykonano je. Wcześniej jednak banda ta, przypisująca sobie także polityczne cele, działała przez długie lata na terenie pogórza karkonoskiego, gromadząc w swoich szeregach m.in. Niemców, członków Wehrwolfu. To właśnie z szefem tej bandy, „Czarnym Jankiem”, już po wojnie utrzymywała intensywne kontakty pani Helga. Trudno sobie w tej sytuacji wyobrazić, by nie podjęli oni próby odkrycia tego, co chciał ukryć Wehrmacht. Dziś już nawet nie ma kogo o to spytać…

Nowe fakty

Ostatnio ujawnił się człowiek, który był członkiem pierwszej grupy poszukiwawczej i postanowił przekazać te wiadomości, które wtedy zgromadzono. Jest to głównie informacja o tych miejscach, które ówcześnie przeszukano, o zastosowanych wtedy metodach i założeniach badawczych. Wartość tego materiału jest ograniczona, bo świadczą o niej wyniki poszukiwań.

Najnowszym elementem sprawy jest ujawnienie się Niemca, który twierdzi, że pracował przy robotach w dolinie Bobru. Przywiózł on dokumenty, plany i mapy, które miały ułatwić poszukiwania. Wraz z polskim wspólnikiem, autochtonem zamieszkałym w okolicy, podobno zbadali teren, ale żadne roboty nie zostały podjęte. Ów Niemiec kolejny raz już się nie pojawił.

O zainteresowaniu przeszukiwaniem tego terenu świadczy i to, że do jeleniogórskich władz zwrócił się ostatnio o pozwolenie na roboty poszukiwawcze pewien mieszkaniec stolicy, zdecydowany wydać na te poszukiwania niemałe pieniądze.

Szpital czy kolekcja Rafaella

Już niebawem w teren wyjdą ekipy poszukiwawcze. Być może oficjalne, ze stosownymi pozwoleniami. Na pewno wyjdą też inne, bez pozwoleń, ale na pewno nie mniej skuteczne. Nikt jednak nie chce powiedzieć, czego zamierza w dolinie Bobru szukać. Jedni twierdzą, że ich celem jest odkrycie szpitala, podziemnej budowy, będącej świadkiem tamtych, wojennych czasów. Inni, zapewne wiążąc swoje nadzieje z wizytami wuja Hermana Goeringa, liczą na odkrycie w dolinie Bobru kolekcji dzieł Rafaella. Jeszcze inni nie mówią nic.

Lotnicze zdjęcia

Jedną z podstawowych, poważnych metod badawczych jest analiza lotniczych zdjęć terenu. Są one wykonywane w szczególny sposób, a ich umiejętna interpretacja jest prawdziwą, kosztowną sztuką, ale nie magią. To oznacza, że interpretator jest w stanie wskazać wszystkie rzeczywiste anomalie terenowe, będące skutkiem działalności człowieka. Lotnicze zdjęcia terenu to jeden z najbardziej poszukiwanych i pożądanych przez eksploratorów dokumentów. A zdjęcia z poważna interpretacja to prawdziwy rarytas.

Takie właśnie zdjęcie doliny Bobru udało mi się zdobyć, w załączeniu wraz z interpretacją. Mam nadzieję, że pomoże ono komuś w rozszyfrowaniu tajemnicy doliny Bobru.

Warto szukać

Być może ktoś znajdzie kolekcje obrazów, ale póki co, jeden z moich informatorów podaje, że znalazł ostatnio trochę wojskowego wyposażenia, stertę sprzętu radiowego i kilka małych zawiniątek. Przyznał się tylko do tego, było to w dolinie Bobru, a w jednym z zawiniątek znalazł kilka, jak mówi… żółtych łyżek. Warto więc szukać, a przynajmniej uważnie patrzeć pod nogi. Szczególnie w lesie…

Marek Chromicz

3 komentarze

  1. Z sarkazmem, to może weźcie jakieś artykuły jeszcze starsze? Po 23 latach kotlet już nie jest odgrzewany, jest śmierdzący zgnilizną.

Napisz komentarz


Masz ciekawą sprawę? Czekam na info!

Marek Lis

694 792 203

Zgłoś za pomocą formularza.